RSS
wtorek, 17 października 2017

Prawdziwe koty nie polują dla zdobycia jedzenia, ale dlatego że was kochają. A ponieważ was kochają, zdają sobie sprawę, że z jakiegoś powodu zapomnieliście umieścić w swoim domu te wszystkie niewielkie osobiste drobiazgi, które czynią go przytulnym. Starają się więc, by je dostarczyć. Bezgłowe ryjówki zawsze są popularne. Jeśli idzie o dodatkowy akcent kolorystyczny, nic nie przebije miniaturowego zestawu wnętrzności.
[Terry Pratchett, "Kot w stanie czystym"]

Wygląda na to, że jestem posiadaczem prawdziwego kota. Moja kotka bowiem, po latach mieszkania w klitce w bloku, gdzie odnosiła spore sukcesy w byciu najbardziej niezgrabnym kotem na świecie (a to nie doskoczyła do szafki i spadła nie ziemię, a to podczas gonitwy nie wyrobiła na zakręcie na korytarzu i głową walnęła w drzwi od łazienki, a to nie utrzymała równowagi na barierce balkonu i spadła - na szczęście tylko z pierwszego piętra), ponad rok temu przeprowadziła się z nami na wieś. I nagle odkryła w sobie instynkt łowcy.

Pierwszych tego objawów nie doświadczyłem osobiście, ale gdy nadeszła tegoroczna jesień i chłodne wieczory, a myszy zaczęły szukać ciepłego schronienie na zimę, zacząłem co wieczór dostawać od niej jedną mysz. Czasem martwą, czasem jeszcze dogorywającą - zawsze jednak w podobnej, głośnej manierze z miauczeniem, bym przypadkiem nie przegapił prezentu. Czym prędzej sprzątałem ów prezent i wyrzucałem go poza teren domu, odciągając od truchła dumnego kota. Dumnego, ale raczej nie głodnego, by gdy raz odgłosy kociego tryumfu rozległy się, gdy już leżałem w łóżku, następnego poranka prezent leżał w zwykłym miejscu na samym środku podłogi w przedpokoju. Jedynie brakło mu uszu i kończyn, reszta leżała nietknięta.

Jeżeli zaś chodzi o dodatkowe akcenty, ehem, kolorystyczne, to pewnego wieczoru gdy mnie nie było Nieuczesana natknęła się na zezwłok myszy z rozprutym brzuchem, skąd wyciągnięty był mysi płód. Dla mnie byłoby to chyba już za dużo, jeszcze w głębi duszy jestem zbyt miastowy.

I tak to wesoło żyjemy sobie z kotem na wsi...

Tagi: Pratchett
23:05, nieuczesany23
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 października 2017

Pan Suttle spojrzał w dół. Wcześniej miał na sobie zwyczajny szary garnitur; a teraz był ubrany w jaskrawoczerwone pończochy, workowate pantalony, jasnozielony kaftan z mnóstwem złotych zdobień oraz pas z mieczem. Dotknął dłonią głowy – zdobiła ją aksamitna czarna czapka z piórkiem.

- Idiotycznie się w tym czuję – powiedział* i usiadł.

* I, prawdę mówiąc, również idiotycznie wyglądał.
[Terry Pratchett, "Odkurzacz czarownicy"]

A tu zaprotestuję - wcale się w takim stroju nie wygląda głupio. A w dobrze skrojonym - a nie wierzę, by czar, który przeniósł całe miasteczko w XVI wiek, ubrał pana Suttle w niedobrany strój, który się wtedy nie zdarzał (bo nie było sieciówek, gdzie maszynowo produkowane ubrania są tylko w kilku rozmiarach, na sporej części ludzi leżących nieidealnie) - wygląda się znacząco godniej, dumniej i wznioślej niż w zwykłym garniturku, który ma teraz krótki okres chwały w modzie. Wiem, to z własnego doświadczenia, bo miałem na sobie i taki strój i umiarkowanie pasujący garnitur.

Jest też powyższy cytat dowodem na to, że "beauty is in the eye of the beholder" ("Actually, in the medial orbitofrontal cortex of the beholder", odparował mi kiedyś na ten bon-mot Nieogolony) - mnie osobiście owe późno-XVI-wieczne stroje zdają się dostojne, zaś ludzie we współczesnych garniturach wyglądają zwykle idiotycznie. Już nie aż tak bardzo jak wtedy, gdy popularność świeciły garnitury robione z tworzyw sztucznych nie przepuszczających powietrza, ale za każdym razem, gdy widzę gest luzowania krawata i odpinania górnego guzika koszuli wykonywany po to, by pokazać, że garniturowcowi jest gorąco, zastanawiam się nad jego idiotyzmem. Oczywiście, sensowniejsze byłoby w takiej sytuacji zdjęcie marynarki, ale tego zabrania pewnie współczesny dress-code - a ponadto jeżeli któryś z elementów stroju nadal niezbyt "oddycha", gest taki ukazuje duże plamy pot pod pachami frajerów wbitych w gajery.

A w wykonanym z materiałów naturalnych stroju dojrzałego renesansu tego problemu nie ma, dlatego i w środku lata da się chodzić w stroju zapiętym na ostatni z wielu guzików i się nie przegrzewać. Przez co idiotycznie dla mego oka (i kory oczodołowoczołowej) wyglądają filmowe postacie z owego okresu Małej Epoki Lodowcowej rozchełstanych wamsach pomykające po ekranie. Ale pan Suttle rozchełstany na szczęście nie był.

Tagi: Pratchett
20:21, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Przekonania teoretyczne i praktyczne o wyższości artystycznej wyobraźni od niewolniczego trzymania się natury były podstawą dla opinii o decydującej roli intelektu w sztuce. Zajęcia artystyczne stawały się przy takim ujęciu przede wszystkim pracą umysłową, gdzie element rzemieślniczy, samo ręczne wykonanie, stawało się tylko czymś dodatkowym, wtórnym. Nic też dziwnego, że okres połowy wieku, okres tryumfu wyobraźni w naszej sztuce był też widownią zaciekłej walki ze strony artystów o uznanie malarstwa i rzeźby za sztuki wyzwolone, a nie za rzemiosło.
["Tryumf swobodnej wyobraźni 1740-1770", w: Mariusz Karpowicz, "Sztuka polska XVIII wieku"]

Pisałem już o tym, jak to w starych czasach, gdy byłem artystą, mieliśmy z resztą Stowarzyszenia Nielotów podobne podejście, które w pewnym momencie skłoniło nas do napisania haiku rekrutacyjnego mającego nam zapewnić wyrobników mających realizować nasze pomysły. O ile bowiem (pracując umysłowo) te siedząc w akademickim barze przy piwie i lufce wymyślaliśmy całkiem żwawo, to (wtórne) przekucie w czyn któregokolwiek z nich wymagające więcej niż kwadransa pracy zdarzało nam się nad wyraz rzadko. Zwłaszcza, gdy wymagały pracy grupowej.

Wydawało mi się wtedy, że był to objaw naszego młodocianego lenistwa i marazmu - na co zresztą wtedy mocno narzekałem i co miała piętnować moja nigdy nie ukończona (znamienne) sztuka "Dekadenci" - a tu się okazuje, że nawiązywaliśmy po prostu do tradycji połowy XVIII wieku. Całkowicie nieświadomie, podczepiając się wtedy raczej do XX-wiecznego ruchu konceptualistów, ale kontynuowaliśmy ten nurt w sztuce polskiej. W odróżnieniu jednak od znanych do dziś artystów XVIII-wiecznych, nam nie udało się znaleźć dobrych wyrobników do urzeczywistnienia tych pomysłów (złych zresztą też nie), zostało więc po naszych pomysłach sprzed mendla lat znacznie mniej niż po artystach sprzed ćwierć millenium i żaden przyszły Karpowicz jr. nic z naszej sztuki nie zaprezentuje w kolejnym tomie pt. "Sztuka polska przełomu milleniów". Może szkoda, rzeźba "Kot bez rymu" mogłaby przykuć uwagę potencjalnego czytelnika.

10:26, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 października 2017

Zaczęło się na północnych krańcach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Rodzina magnacka Paców – Krzysztof, kanclerz litewski i Michał, hetman wielki litewski, ufundowali jeszcze w latach sześćdziesiątych dwa kościoły – w Pożajściu pod Kownem dla kamedułów (1664) i na Antokolu w Wilnie dla kanoników regularnych (1668).
[Mariusz Karpowicz, "Sztuka polska XVII wieku"]

Zwrócił mą uwagę ten fragment tekstu, bo gdy przeczytałem pierwsze jego zdanie, pomyślałem sobie - jako mieszkaniec dominującej północnej części kraju - "O, to gdzieś niedaleko!". A dopiero przeczytawszy drugie zdałem sobie sprawę, że Gdańsk był wtedy zachodnią, a nie północną rubieżą państwa polskiego, leżąc pięćset kilometrów na południe od najdalej na północ wysuniętego skrawka Inflant, a czterysta od północnej granicy samej Rzeczypospolitej owego okresu. Zachodnią zaś granicę miał tuż za rogiem, bo 30 kilometrów od niego zaczynała się Brandenburgia, a najdalej wysunięty przyczółek wielkiej I Rzeczypospolitej był nie więcej niż 200 kilometrów dalej na zachód od Gdańska.

(dygresja: chciałem w Internecie sprawdzić jak dokładnie przebiegały granice Polski u szczytu jej chwały. Na pewno uczą gdzieś tego w szkołach, by uczeń mógł pojąć, jak ogromny był to obszar. Na pewno jest to powszechna wiedza, której po prostu do tej pory nie posiadłem (może akurat byłem chory w szkole). Wpisałem więc frazę "Polska XVII wiek granice" w popularną wyszukiwarkę. Może to źle o mnie świadczy, ale na dwóch pierwszych stronach wyświetlonych wyników wyszukiwania nie znalazłem odpowiedzi - po części dlatego, że były zawalone powtórzeniami zdania "W XVII wieku u granic Polski stanęli Turcy". Wygląda na to, że dla Polaków ważniejsze jest, by granic bronić przed "Arabami" niż to, gdzie faktycznie się one w danej epoce historycznej znajdują. Powyższe dane są więc wzięte z map ówczesnej Rzeczypospolitej, których w sieci jest zatrzęsienie.)

Co przypomina mi o tym, że granice, które uznajemy za stałe i trwałe wcale takimi nie są. O ile po Krymie potrzeba jeszcze sobie takie banały przypominać (w Hiszpanii najwyraźniej trzeba; ciekawe, jak długo jeszcze).

23:02, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA