RSS
czwartek, 03 sierpnia 2017

Bądź nieśmiertelny, dopóki nie dowiesz się, że nie jesteś. (…) Śmierć jest tylko czczą spekulacją, póki żyjesz (...)
[Leonard Orr, "Fizyczna nieśmiertelność"]

Gdy sięgnąwszy po tę książkę zorientowałem się, że została wydana w oryginale 37 lat temu, czym prędzej sprawdziłem, czy jej autor jeszcze żyje. Czytanie książki o fizycznej nieśmiertelności autora, który umarł, idealnie oddawało by moje praktycznie podejście do czytanych książek. Autor okazał się wciąż jeszcze żyć, mając obecnie 79 lat, więc może się okazać, że czytałem praktyczne porady. Co jest o tyle dobre, że - jak powtarzam - "I intend to live forever or die trying".

Zbyt wiele tych rad nie było, a większość z tych, które były, powtarzała się co rusz, przetykana uwagami, że słowami do końca wyjaśnić się tego nie da i należy udać się na kurs poprawnego oddychania oraz anegdotkami o ludziach, którzy już są nieśmiertelni (przy czym główny guru w jednym momencie zostaje uznany za "równie starego jak wszechświat"), ale się tym publicznie nie chwalą, bo po co.

Wśród rad dominują te o regularnym powtarzaniu cykli poprawnego oddychania. Byłem ponad dekadę temu na warsztatach Sztuki Życia (Art of Living), które uczyły czegoś podobnego, więc domyślam się, o co może chodzić. Przez parę lat potem wykonywałem wyuczone tam asany i ćwiczenia oddechowe, aż zaprzestałem wpierw drugich, potem i pierwszych. Myślę sobie teraz, że może warto by było je sobie przypomnieć i do nich wrócić, jeżeli faktycznie chcę zostać nieśmiertelny.

Co nieco było rad o jednodniowych i dłuższych głodówkach. Czytałem kiedyś książkę Tombaka "Jak żyć długo i zdrowo" starając się nawet zastosować do niektórych z rad (na przykład pozbyłem się poduszki podczas snu na plecach), a że spora ich część tyczyła diety oczyszczającej, przeszedłem przez proces trzydniowej głodówki, podczas której pić jedynie można było sok z buraka. Nie jadam zwykle zbyt dużo, więc pierwszy dzień nie był trudny - choć zabrakło mi nocnych przekąsek przed komputerem; drugi dzień był ciężki i cieszyłem się, że to wakacje, bo mógłbym mieć kłopot z utrzymaniem odpowiedniej efektywności na studiach lub w pracy; trzeciego dnia organizm już się przyzwyczaił i czułem się lżejszy i bardziej energetyczny niż przez poprzednie miesiące, a gdyby nie konieczność wyjazdu w nadchodzący wtedy weekend być może przedłużyłbym tę głodówkę o kolejny dzień lub dwa. Nie jest to więc temat mi obcy, choć od owego czasu - a też było to ponad dekadę temu - nie powtarzałem tego doświadczenia.

Kolejna porcja rad tyczyła afirmacji, takie jak powyższe. Jako holista-solipsysta[citation needed] nie mogę wykluczyć, że inwokacje i afirmacje faktycznie działają. Nie do końca świadomie sam tej rady przestrzegam, słuchając raczej muzyki o pozytywnych wibracjach niż np. Toma Waitsa, oglądając raczej blockbustery niż zaangażowane kino opowiadające trudne historie i czytając... a nie, czytam wszystko jak leci, nałóg[citation needed] nie wybiera.

Do tej zaś afirmacji doszedłem sam lat kilka przed przeczytaniem książki Orra. Pamiętam, jak podczas jazdy samochodem usłyszałem w radiu utwór, który zawierał frazę "Getting dead one day at a time" i pomyślałem sobie "Well, I'm getting immortal one day at a time". Wygląda więc na to, że i tę naukę sobie przyswoiłem, choć pewnie zdaniem autora powinienem ze swej życiowej maksymy wyrzucić przesiąkniętą myślami o śmierci drugą część i zostać przy nie tak ładnie brzmiącej afirmacji "I intend to live forever".

Cóż, przekonamy się za sto lat, czy mi się udało. A zapewne znacznie wcześniej, czy udało się to Leonardowi Orrowi.

21:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

- Z dwudziestą dziewiątą wiosną pada na człowieka cień kosy. Och, niegościnny ostatni roku, roszczący sobie prawo do młodości! Jej marzenia, jakże teraz przygasłe. Choć zwą cię złotymi, złotej epoki życia jesteś wszak pożegnaniem. Oto, wśród posępnych mgieł przyszłości majaczy grozę budząca trzydziestka, owa niewysłowiona przemiana! Młodość tak prędko odjęta, cnota tak snadnie ukrócona, w liczbie podzielnej... przenikalnej! (...) Czwarta życia dekado! Twe bramy ledwie krótki rok przede mną – choć tu rok i stuleciem zdać się może – co kryjesz w zanadrzu dla postarzałego?
[Thomas Pynchon, "Mason i Dixon"]

Choć przeczytałem te słowa, wypowiedziane obchodzącego "w zeszłym tygodniu" urodziny Maskelyne, będąc już sporo od niego starszym, zwróciłem na nie uwagę, bo zdały mi się wiele mówić o ówczesnej - akcja powieści dzieje się ćwierć millenium temu - i współczesnej młodości i jej postrzeganiu. Przypomniały mi te słowa się teraz, gdy stałem się dokładnie o dekadę od Maskelyne'a starszy.

Teraz bowiem takim rokiem, dla mężczyzn przynajmniej, stał się raczej trzydziesty dziewiąty. Dwudziestodziewięciolatek to wciąż jeszcze - w lansowanym przez zachodnią kulturę stylu życia - młodzieniaszek, "singiel" szukający rozrywki w efektownych hobby i wieczornych imprezach (sam, jak pamiętam, taki byłem). Nikt w tym wieku zdaje się nie myśleć o nadchodzącym cieniu kosy - choć niektórym ściąć zdążyła już któregoś z rodziców. Mężczyźni nie wchodzą w czwartą dekadę życia czując się postarzali - choć zwykle z tej dekady tacy wychodzą.

Inaczej może być w przypadku kobiet. Pamiętam, jak w jednej z mych poprzednich prac koleżanka dowiadując się, że niedawno obchodziłem dwudzieste dziewiąte urodziny, spytała mnie o mą "listę rzeczy do zrobienia przed trzydziestką". Ponoć taki pomysł istnieje i wśród młodych kobiet pracujących w księgowości był wtedy rzeczą popularną. Może więc kobiety są bardziej świadome upływu czasu i dla nich wciąż trzydziestka jest grozę budzącą cezurą. Zegar biologiczny wszak dla nich tyka szybciej.

Dekadę starszy mogę powiedzieć, że choć współcześni czterdziestolatkowie wciąż jeszcze nierzadko łudzą się, że młodość ich dopiero odchodzi, to upływ czasu już po nich widać - zwłaszcza w przypadku tych, którzy zostali rodzicami.

(Obecnie akurat czytam "Fizyczną nieśmiertelność" Leonarda Orra (ISBN: 83-86211-08-3), gdzie pada zdanie "Jeśli zamierzasz być nieśmiertelny, nie powinieneś mieć dzieci wcale". Wyczytana gdzieś korelacja między ilością potomstwa a długością życia różnych gatunków oraz własne doświadczenie z małymi dziećmi, które postarzały mnie bardziej niż najintensywniejsze imprezy przed mą trzydziestką, pozwala zgodzić się z jego autorem.)

Nie wykluczam, że jako amerykański singiel (zwłaszcza z Kalifornii) i w mym obecnym wieku mógłbym wciąż jeszcze nie dumać nad cieniem kosy i nie uważać się za postarzałego. Nie jestem jednak kimś takim, a me młodzieńcze marzenia dawno temu już przygasły - bądź zgasły wręcz całkowicie. Przede mną czterdziestka, ale - wbrew temu, co oznaczała jeszcze pokolenie temu - nie uznaję jej za "budzącą grozę" kryzysu wieku średniego. Ów bowiem, wraz z przedłużającą się młodością we współczesnym społeczeństwie (niczym w Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej młodość współcześnie trwa do c.a. 35 roku życia), przesunął się w czasie i spodziewam się go gdzieś w ciągu najbliższej dekady - ale raczej w jej drugiej połowie. Albo jeszcze później - przypuszczam, że ów wynika prawdopodobnie z poczucia zakleszczenia w jednej i tej samej od wielu lat ścieżce życiowej i chęci jej zmiany, podczas gdy ja od lat nie mogę się zdecydować, jaka ścieżkę życiową wybrać, by dać się w niej życiu zakleszczyć.

13:35, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA