RSS
środa, 22 listopada 2017

Proces ten [akumulacji kapitału u najbogatszej warstwy społeczeństwa – przyp.red.] nie dokonywał się jednak w społecznej próżni. Dlatego, patrząc na wykresy przedstawione przez Piketty'ego, można zauważyć, że co jakiś czas akumulacja kapitału jest przerywana nagłym cięciem, po którym następuje delikatny spadek, a po kilku latach machina akumulacji rozpędza się na nowo. Z czego wynikają te cięcia? To daty doskonale znane z lekcji historii: 1848, 1914, 1929, 1940 – rewolucje, powstania, wojny oraz kryzysy. Momenty, w których społeczeństwo nie wytrzymuje dotychczasowych różnic i leje się krew. To dla nas ważne memento – oznacza, że obecne różnice dochodowe też w końcu przyniosą jakieś polityczne tąpnięcie. Czy można mu zapobiec? Tak, ale trzeba wypowiedzieć walkę nierównościom. I to nie tylko w odruchu serca, ale z powodu zdrowego instynktu samozachowawczego. Jak? Demokracja zna tylko jeden sposób. Radykalne odwrócenie trendów podatkowych: progresywne podwyżki podatków, opodatkowanie zysków kapitałowych oraz majątku i jego transferów. Przede wszystkim w skali globalnej.
[Rafał Woś, "Dziecięca choroba liberalizmu"]

Też, niezależnie od autora, doszedłem do podobnych wniosków i miło mi, że nie okazałem się w nich osamotniony.

Zdarza mi się czasem uczestniczyć - ba, wręcz je prowokować - w dyskusjach na tematy polityczno-gospodarcze. Strasznie mnie bawi - i zapewne co nieco mówi o współczesnej Polsce - fakt, że podczas gdy ja, kapitalista posiadający firmę, rozliczający VAT, etc., skłaniam się ku poglądom socjalnym czy wręcz socjalistycznym, najgorliwszymi piewcami gospodarczego neoliberalizmu i kapitalizmu w wersji polskiej okazywali się emeryci lub pracownicy budżetówki.

Z obserwacji na popularnym portalu społecznościowym zaś wiem, że sporą część fanów obniżania podatków i minimalizacji roli państwa są uczniowie i studenci. To zrozumiałe (sam w tym wieku bywałem korwinistycznym kucem), między innymi dlatego, że większość z nich łudzi się jeszcze, że osiągnie w życiu sukces i już zawczasu chce zagwarantować sobie prawo do niedzielenia się jego owocami. Oczywiście, są to złudne rojenia, bo ludzie, którzy odnoszą w życiu taki sukces, intensywnie pracują na niego zamiast siedzieć na popularnym portalu społecznościowym i pisać sążniste komentarze.

Żaden z piewców neoliberalizmu nie zauważał jednego prostego faktu: nadmierne nierówności skutkują rewolucją. Wobec tego w interesie każdego, kogo nie stać na warowną forteczkę, w której mógłby się schronić przed rozjuszoną tłuszczą, jest dzielenie się z przegranymi dzikiego kapitalizmu częścią swych dóbr na tyle dużą, by zminimalizować do zera prawdopodobieństwo społecznej rewolty. Temu też uważam za słuszne zwiększenie podatków dla najlepiej zarabiających: te pieniądze pójdą na pomoc dla potrzebujących (tzw. "socjal", które to słowo zwolennicy gospodarczego liberalizmu wymawiają z nieodłączną pogardą w głosie) i uśmierzą część ich trosk, zmniejszając publiczne niezadowolenie. Jeżeli nawet "plebs" wyda te pieniądze na piwo, to też dobrze, dopóki to piwo utrzymuje go w domu na kanapie przed telewizorem.

Tak to z czystego wyrachowania (no, nie tylko; to raczej jest próba racjonalizacji tej mej w życiu zmiany) stałem się socjalistą. Nie mogę jednak wykluczyć, że moje poglądy znów ulegną radykalnej zmianie, gdy wreszcie się dorobię na mej firmie i stać mnie będzie na wybudowanie warownej forteczki. Na to jednak nie się nie zanosi, bo miast intensywnie pracować nad zwiększeniem zysków firmy, piszę sążniste komentarze na blogu.

15:10, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 listopada 2017

Przed zaśnięciem "kawałek" Lechonia: "Podobno (tak mi mówił kiedyś Staś Wasylewski) Mickiewicz był sadystą i tak bił żonę, że aż zwariowała. Podobno (to samo źródło informacji) Słowacki palił opium i niszczył się przez onanizm. Podobno Krasiński podsłuchiwał spowiedź Mickiewicza u x. Kajsiewicza, a pani Róża Raczyńska mówiła o jego listach do Delfiny: Gdybym nie wiedziała, że to pisał wariat - nie chciałabym się przez szczypce dotknąć do tych papierów".

I co z tego? Co to wszystko ma wspólnego z Panem TadeuszemFantazym i Nie-Boską komedią? No tak - myślę - ale co mają zrobić ci, którym Pan TadeuszFantazy i Nie-Boska nie grożą? Czy mają tylko dlatego stać się cnotliwi, czyści, bladzi?
[16 II, WTOREK, w: Jerzy Wittlin, "Pójdź ze mną! Dziennik - pamiętnik (Połowa XII 1981 * połowa III 1982)"]

Przypomniałem sobie ten cytat, bo akurat wkoło rozlewają się afery moralno-obyczajowe. Zaczęło się od Harvey'a Weinsteina, słusznie oskarżanego o wykorzystywanie zależnych od niego zawodowo aktorek, przerodziło się to w akcję na portalach społecznościowych #metoo, pokazującą skalę zjawiska, a fala momentami przyniosła zdumiewające skutki, jak dymisja brytyjskiego ministra obrony, gdyż mendel lat temu położył rękę na kolanie dziennikarki. W Polsce zaś nieco zbłąkaną odnogą tej fali została afera, w której główną rolę zagrał mój ulubiony polski prozaik, Janusz Rudnicki.

Otóż mój ulubiony polski prozaik w czasie rozmowy z kolegą donośnie użył wulgarnego określenia (łac. lupa) w stronę dwóch kobiet, z których jedną trochę znał, a drugiej wcale. I przez parę dni był to główny, wykoślawiony obraz polskiej debaty o molestowaniu seksualnym: "Janusz Rudnicki nazwał panie "kurwami" na głos". Wykoślawiony, bo ograniczający się do tego jednego określenia, a nie omawiający żadnego przypadku, gdy korzystający ze swej władzy samiec alfa wykorzystuje seksualnie kobietę od siebie zawodowo zależną. Nie sądzę, by w naszym kraju takowych nie było (zwłaszcza zważywszy na to, jak Polacy potraktowali zależne od siebie kobiety parę lat temu), przypuszczam raczej, że polscy Harvey'e Weinsteini mają zbyt mocną pozycję, by im podskoczyć. (Nawet Durczoka nikt na tę okoliczność nie przypomniał.)

Czy był to przykład molestowania seksualnego? Nie wydaje mi się. Zwolennicy tezy przeciwnej mogą argumentować, że na moją opinię - poza faktem, że rzecz tyczy mego ulubionego polskiego pisarza - wpływa to, że sam jestem mężczyzną, więc docenić ciężaru tych słów nie umiem. I faktycznie, jestem mężczyzną, ale ze względu na mą fryzurę nieraz słyszałem lecące w mą stronę określenie "pedał" od panów w obuwiu sportowym (a nie wykluczam, że i "kurwą" określony przez nich bywałem) i ani razu nie traktowałem tego jako molestowania seksualnego i chęci zainicjowania homoseksualnego współżycia przez zdecydowanie dominujących nade mną fizycznie samców. Za to za każdym razem traktowałem to jako zagrożenie, bo nigdy nie byłem pewien, czy ten argument nie jest wstępem do mordobicia, najchętniej połączonego ze skrojeniem portfela i komórki. Nigdy nie był, ale obawa (a nawet trwoga) towarzyszyły mi w każdej z tych sytuacji.

Czy był to przykład seksizmu? Cóż, to debaty trwają - ponoć Herr Rudniki do wszystkich mówi per "kurwy",

(pamiętam, że dawno temu, by uniknąć ewentualnych oskarżeń o seksizm postanowiłem, że w ramach zażartych dyskusji kobiety będę nazywał "tępymi ch*jami", a mężczyzn - "tępymi pizdami"; Rudnicki znalazł jedno neutralne określenie)

ale z kontekstu zdania mogło (choć nie musiało) wynikać, że użycie związane było z faktem, że panie były płci żeńskiej. Trzeba wiele dobrej woli, by tak zrozumieć zapamiętane jego słowa, ale jest to możliwe - każdy człowiek, jaki stał pod blokiem wie, że formalnie niemęskoosobowe określenie "kurwy", jak i (równie niemęskoosobowe) "pały", tyczyć się może nad wyraz męskoosobowych patroli policji. Jestem też w stanie wyobrazić sobie, jak w rozmowie z kolegą cham określa panie - o których wie, że jedna jest etatowym pracownikiem gazety - kurwami Babilonu dokładnie tak samo, jak kurwami Babilonu nazwałby dwóch brodaczy, a tym bardziej dwóch mężczyzn w garniturach.

Czy był to przykład chamstwa? A i owszem - i za to należy mu się bura.

Tylko, że to, jak się zachował, w żaden sposób nie zmniejsza mej przyjemności czytania jego prozy. (Czytając ją (ostatnio z rzadka, felietony jedynie) wiem, jakie Rudnicki ma podejście do języka. Nie zdziwiłaby mnie ta jego wulgarność, bo Rudnicki wulgaryzmów nie unika. Zdziwiło mnie więc zdziwienie pani dziennikarki, ale była właśnie co po wywiadzie z nim - może podczas wywiadu zachowywał się inaczej. Zdziwienie jej koleżanki nijak by mnie nie zdziwiło i uznałbym je za w pełni zasadne.) Staram się myśleć ściśle i naukowo, więc doceniając jego prozę staram się nie lekceważyć jego zachowania, ale jego chamskie zachowanie nie obniża w mych oczach wartości jego prozy. Tak jak pięknym opisom przyrody w "Panu Tadeuszu" nic nie ujmuje fakt, że Mickiewicz bił żonę - choć szkoda, bo i zbrodnia nieporównywalnie gorsza, a i dzieło mniej porywające.

A Rudnicki? Cóż, ściśle i naukowo ujmując - "fantastyczny pisarz, tyle że cham" (co w slangu kędzierzyńsko-koźlim zapewne brzmi: "wykurwisty talent, ino ch*j"). A ja znalazłem wytłumaczenie, gdy nigdy mi się nie uda napisać tekstu tak dobrego jak Rudnicki (co przez lata było jednym z mych marzeń i wciąż w głowie planuję cykl opowiadań właśnie w jego stylu, starając się dorównać mu w "mięsistości" używanego języka): to nie kwestia braku talentu, tylko mama mnie zbyt porządnie wychowała.

22:28, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 listopada 2017

Tu bez wątpienie przyda nam się szarość czy nawet czerń deprywacji. Deprywacja to w antropologii stan ciągłego niezaspokojenia jakiejś potrzeby biologicznej lub (częściej) psychologicznej. Biolodzy dodadzą z kolei, że jest ona jednym z głównych źródeł stresu. Najczęściej idzie w parze z przeciążeniem i poczuciem zagrożenia. Osoba cierpiąca z powodu deprywacji funkcjonuje z pozoru normalnie. Fizycznie (przynajmniej na początku) nic jej nie dolega. Ma też zazwyczaj co jeść i gdzie spać. Ale jednocześnie coś jakby odziera jej życie z bardziej wyrazistych kolorów, nie pozwalając nawet pomarzyć o osiągnięciu prawdziwej stabilizacji i jako takiego zadowolenia.
[Rafał Woś, "To nie jest kraj dla pracowników"]

Przez całe lata termin "deprywacja" kojarzył mi się bardzo pozytywnie, z tego prostego powodu, że poznałem go w zestawie ze słowem "sensoryczna", co od lat jest jedną ze znanych mi (choć nigdy jeszcze nie praktykowanych) metod halucynowania bez użycia używek ("You mean you need drugs to hallucinate?" [Discordian Quote]). Wiele mówił swego czasu o tym Nieogolony, planując nawet w swym mieszkaniu zamontować sobie specjalną wannę przeznaczoną jedynie do tego celu. Ostatecznie nic z tych planów nie wyszło, jednak słowa te stworzyły w mej głowie jedną, nierozrywalną i nad wyraz mile się kojarzącą formułę.

A tak pojmowana sama deprywacja (już bez wyszczególnienia, że sensoryczna) miłą już się nie zdaje. Niewykluczone jednak, że w odróżnieniu od tamtej, tej osobiście doświadczyłem bądź nawet doświadczam obecnie. Od lat narzekam, że żyję w rzeczywistości niedoboru, a w związku z mą pracą - także finansowego (zwłaszcza w lutym). I ten przeciągający się stan może być odpowiedzialny za mój momentami depresyjny stan psychiczny, zarówno w przeszłości, jak i obecnie.

Choć teoretycznie niczego mi nie braknie, bo wciąż dach nad głową i do garnka co włożyć mam, rozbija mnie to, że ze względu na zaległości w wynagrodzeniu częstokroć środków starcza mi "na styk", uniemożliwiając spędzenie wolnych tygodni na czymkolwiek, co wymaga wydatków finansowych większych niż kilkanaście złotych. A nawet gdy te środki się na mym koncie pojawiają, mam całkowitą świadomość braku stabilizacji finansowej i boję się je wydać na potrzebne, lecz nie natychmiast niezbędne zakupy, nie mając pewności, że w przyszłym miesiącu cokolwiek zarobię. Wydanie w takiej sytuacji większych kwot na przykładową pralkę czy remont kuchni (a nawet na zakup nowych spodni czy nowego portfela) jest nieracjonalny, bo tych pieniędzy za miesiąc czy dwa może zabraknąć na jedzenie lub rachunki. Ciągłe życie zaś ze świadomością narastającej wymagających większych kwot listy rzeczy do zrobienia lub naprawienia zdecydowanie psuje mój spokój ducha i poczucie dobrobytu.

(Oczywiście, na te rzeczy, których kupno i naprawa jest konieczna, pieniądze się zawsze znajdują, czasem nawet zostaje coś na urlop lub wakacje. To nie jest tak, że już zbankrutowałem. To jedynie przekonanie o tym, że zawsze jestem jedynie parę kroków od wciąż oddalającego się, ale pozostającego w zasięgu wzroku bankructwa, ten nastrój mi rujnuje.)

I faktycznie, strategią na to jest "zamykanie się w skorupie", by minimalizować wydatki i straty. Nie tylko finansowe, ale w holistycznej konsekwencji też i energetyczne. Pamiętam dnie całe pełne siedzenia przed komputerem i wpatrywania się w pełen debetów stan konta. Mógłbym ten czas spędzić o wiele produktywniej i konstruktywniej, ale ciągła tych debetów świadomość utrudniała mi wstanie z krzesła. Po co się wysilać, skoro i tak nie stać mnie na to, co uczynić bym chciał? Całe wakacje - jednym z uroków mej pracy są (nigdy wcześniej nieplanowane) dłuższe okresy wolnego - potrafiłem tak przebimbać, kłopocząc się finansami miast radować resztą świata. Finanse jakoś się potem zgadzały, a kilkutygodniowe wakacje, które mogłem poświęcić na większy projekt z powodu owej deprywacji mijały bezpowrotnie.

Choć autor tymi słowami opisuje współczesnych mieszkańców Polski, dużo bardziej zdają się one mi pasować do obywateli PRL-u. Mimo, że byli oni pewni zatrudnienia, jak i wysokości comiesięcznych wypłat, otaczające ich poczucie niedoboru w sklepach ("na półkach tylko ocet" / "Nie ma!"), pracy czy domu (tylko dwa kanały telewizji, a w nich "Dziennik telewizyjny" lub kilkugodzinna relacja na żywo z obchodów 70-lecia Rewolucji Październikowej w Moskwie) było zapewne jedną z ważnych przyczyn późno-PRL-owskiej wszechogarniającej szarzyzny. Człowiek przeniesiony z połowy lat 80-tych w czasy współczesne byłby raczej sensorycznie przestymulowany, a otaczającą go Polskę całkiem słusznie widział w jaskrawych barwach. Co nie zmienia faktu, że wciąż są setki tysięcy ludzi (a zdaniem autora, nawet miliony) ludzi, którzy otaczającą ich Polskę widzą przez szary całun deprywacji. 

12:11, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 listopada 2017

Kiedy amerykańscy sportowcy przyjechali na igrzyska olimpijskie do Soczi, uderzyło ich, że na ulicy nie sposób spotkać uśmiechniętego Rosjanina. Ktoś wytłumaczył im wtedy, że w Rosji uśmiechają się tylko idioci i milionerzy, ale ci drudzy nie spacerują po ulicach. Deficyt uśmiechu Amerykanie odczuwają także w naszym kraju, „Spędziłem w tętniącej życiem i pięknej Warszawie bardzo miłe chwile. Jedna rzecz mi jednak bardzo przeszkadzała. Tam nikt się nie uśmiecha – ani w tramwaju, ani w sklepie, ani na ulicy” - opisywał swój pobyt w Polsce jeden z amerykańskich studentów. Uczestnicy dyskusji odpowiadali mu, że to prawdopodobnie spuścizna komunizmu i że podobnie zachowują się mieszkańcy innych krajów Europy Wschodniej. Ktoś żartował, że problemy z uśmiechaniem się mogą być kwestią anatomiczną, a dokładnie skutkiem przekazywanych z pokolenia na pokolenie defektów szczęki.
[Marek Wałkuski, "Ameryka po kaWałku"]

Też zauważyłem - już lata temu - ten deficyt uśmiechu w naszym kraju i od lata staram się mu aktywnie przeciwdziałać, po prostu się uśmiechając na ulicy. Czasem po prostu w przestrzeń, czasem zaś w stronę mijających mnie z naprzeciwka ludzi (zazwyczaj płci od mojej przeciwnej, ale nie ma w tym zwykle żadnego podtekstu - po prostu widząc maszerującego z naprzeciwka ponurego typa, który jest w stanie posłać mnie na ziemię jednym prawym prostym na wszelki wypadek staram się unikać kontaktu wzrokowego). I, przyznać muszę, zdarza się, że zauważam wtedy na mijanych twarzach uśmiech w odpowiedzi. Nie przesadnie często - na pewno nawet nie w ćwierci tak często, jak zdarzałoby się to w Ameryce - ale zdarza się to. Nie jest to zjawisko niszowe, ograniczone do wysp szczęśliwości w naszym kraju, skoro zdarzyło się, że mój uśmiech został odwzajemniony nawet w BydgoszczyI to nie jest nowe zjawisko, skoro zauważyłem je już niemal dwie dekady temu:

"Dziwny mam nastrój. Normalnie mam doła jak stąd do Missisipi i z powrotem, a dziś  (...) złapałem taki szczyt, że całą drogę (...) uśmiechałem się tak radośnie (...), że nawet kilka dziewczyn mijanych na ulicy go odwzajemniło (...)" [6.V.99]

Na pewno inaczej było przed przełomem 1989 roku - a raczej: niemal na pewno, bo wiedzę bezpośrednią mam tylko o moich rówieśnikach kilku- i kilkunastoletnich i ona wskazywałaby na ogromne dawki śmiechu i uśmiechu wśród mieszkańców schyłkowego PRL-u. O dorosłych wiedzę mam jedynie pośrednią i choć zdaję sobie sprawę, oglądając "Za chwilę dalszy ciąg programu" czy komedie Barei i czytając książki Jacka Fedorowicza, że PRL nie był jednym wielkim depresyjnym obozem koncentracyjnym, gdzie każdego, kto uśmiechał się na ulicy natychmiast UB zgarniało suką na tortury lub do więzienia, to wygląda z większości źródeł, że ludzie byli dużo bardziej ponurzy niż dziś. Pewnie w znacznej części z całkiem słusznych powodów.

Po części uśmiecham się na ulicy, bo niezależnie od mych długoterminowych stanów psychicznych miewam raz na jakiś czas przebłyski dobrego humoru i nie widzę wtedy powodu, by to ukrywać (co innego, gdy mój dobry nastrój jest wynikiem używek; wtedy szeroki uśmiech staram się ukrywać, by nie wzbudzać podejrzeń służb mundurowych). Gdy byłem młodszy, podczas pieszych spacerów (a w okresach bardziej hipomaniakalnych nawet podczas jazdy autobusem) regularnie z uśmiechem na twarzy nuciłem sobie publicznie piosenki (zwykle "Always look on the Bright Side of Life" Monty Pythonów, ale też i parę innych). Teraz jedynie uśmiecham się w milczeniu.

Po części zaś uśmiecham się mając w głowie przeczytany gdzieś Discordian Quote: "Smile. That makes them wonder what you're up to." ("Uśmiechnij się. To sprawia, że zaczynają się zastanawiać, co knujesz."). 

Ten deficyt uśmiechu nie jest tylko naszą polską przywarą. Nie ogranicza się też, jak sądzi autor, tylko do krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Co potwierdził jeden z mych ulubionych brytyjskich komików (a przez parę tygodni nawet po prostu ulubiony) David Mitchell komentujący w jednym z oglądanych przeze mnie brytyjskich programów satyryczno-rozrywkowych niski poziom świadczonych usług w Wielkiej Brytanii: "Uśmiech to znak albo kłamcy albo idioty". Faktem jest, że Brytyjczycy z serdecznego uśmiechu nie słyną, może w innych krajach Europy Zachodniej (na przykład w słonecznej Hiszpanii czy Grecji) jest pod tym względem lepiej. Choć w obecnej ich sytuacji raczej spodziewałbym się, że nawet tam najbardziej uśmiechniętą osobą na ulicy będzie amerykański turysta. Albo ja w optymistycznym nastroju.

15:42, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 listopada 2017

ABERCRAVE (vb.)

To strongly desire to swing from the pole on the rear footplate of a bus.
[Douglas Adams, "The Meaning of Liff"]

As I remember, I used to abercrave since I was a little child. Although, to be honest, Polish buses are quite different from their British counterparts. There was no "pole on the rear footplate" (or any rear footplate at all; if there was, there surely would be some Poles on it) in any of them, but they used to have metal horizontal bars above the doors. I've always wanted to swing out of the door from this pole - and when I was in my tweens I finally managed to do it. 

At first I was afraid whether the pole would hold my weight - but it took it suprisignly well, without any squeaking sounds or bends. Having that figured out, I started doing it whenever possible. Even nowadays I still swing out of busses, althougth not every time, only now and then.

So now I do not abercrave. I know what fun it is, and still do the swing sometimes, but having tried it (or rather: been doing it for years) my desire has worn off as it was being fullfilled.

I still think it's a lot of fun, but I don't know whether there is a word for such thoughts in "The Meaning of Liff", Douglas Adams' masterpiece to combine all the things that need a name and all the names that are quite useless, being written only on signposts.

10:37, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA