RSS
czwartek, 28 września 2017

Nie czując się na siłach, aby przezwyciężyć tę regułę, zdecydowałem się [w tłumaczeniu – przyp.red.] porzucić rymy. Skłoniły mnie do tego rady Autorytetów, jak też słowa wydawcy Miltonowskiego Raju utraconego, który w 1667 pisał: „Rym nie jest koniecznym dodatkiem i szczerą ozdobą poematu lub dobrego wiersza, a głównie w dziełach dłuższych, lecz wymysłem barbarzyńskiego wieku dla pokrycia nędznej treści i kulawej miary” (tłum. Maciej Słomczyński).
[Piotr Oczko, "Uwagi na temat niniejszego wydania", w: Joost van der Vondel, "Lucyfer"]

Jako emerytowany kiepski poeta potwierdzić mogę przytoczone przez tłumacza słowa XVII-wiecznego wydawcy. Moje wiersze - czy też raczej utwory wierszowane - przez długi czas opierały się właśnie na rymach, całkowicie ignorując miary i bogactwem treści nie grzesząc. Głębokością porównań też nie, bo każde zawierać musiało jedno ze nielicznych słów rymujących się z końcówką poprzedniego wersu, które odszukać czasem miałem problem (pamiętam, jak na kiedyś podczas lekcji fizyki graliśmy z Niemałym w grę, w której gracz musiał znaleźć rym do słowa podanego mu przez przeciwnika; przegrałem 0:3; pamiętam też, że jeden punkt Niemały dostał za to, że nie znalazłem rymu do słowa "Quetzalcoatl") i wokół niego się obracało, resztę wersu traktując nierzadko jedynie jako wypełniacz do owego rymu. Fakt, czasem udawało mi się napisać coś, co poza posiadaniem rymu także dobrze brzmiało, ale były to przypadki, o których przysłowie mówi: "trafiło się ślepej kurze ziarno".

Dopiero gdy byłem poetą lat już kilka zacząłem zgłębiać temat wierszy białych. Pozbawienie wierszy rymu - tego na czym je wcześniej opierałem - pozwoliło mi skupić się na innych jego aspektach. Wybrałem - być może ze względu na brak umiejętności, by poprawić w wierszach ich miarę - skupienie się na myśli przewodniej wiersza, czyniąc z nich momentami wręcz podzielone na wersy aforyzmy. Aż zapędziwszy się w tą uliczkę dotarłem do haiku. Ale to już temat na inną notkę.

Choć później jeszcze wróciłem do utworów wierszowanych - nie na długo i w przerwach między kolejnymi haiku - jeszcze przed mą poetycką emeryturą uważałem me nierymowane utwory za lepsze (a przynajmniej, dając odpowiednią rzeczy miarę, mniej gorsze) od rymowanych. Nie mogąc ukryć się za rymami, musiałem włożyć w wiersz albo myśl, którą uznałbym wartą przekazania czytelnikowi, albo pracę nad frazą, by mimo braku rymów u czytelnika pozostało wrażenie, że jest to tylko wiersz. Niewykluczone, że do tej drugiej opcji przekonał mnie przeczytany mniej więcej w tamtym czasie wtedy tomik wierszy (albo raczej utworów wierszopodobnych) o. Benedykta Stefana Zimy (ISBN: 83-85185-07-0), który udowodnił mi niezbicie, że da się też napisać i naprawdę fatalne wiersze białe. Może gdyby o. Zima potrafił rymować brzmiały by te wiersze choć odrobinę lepiej.

13:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 września 2017

Gdybym miał choć chwilę,
Nie starczy ona, lecz czy zwie się czasem
To okamgnienie, w którym się rozchodzą
Wieczyste szczęście z wiecznym potępieniem?
[Joost van der Vondel, "Lucyfer"]

Nie do końca jestem pewien, czy zrozumiałem pytanie tłumaczone z niderlandzkiego. Nie wiem też, czy owe okamgnienie zwie się czasem, ale ja określiłbym je "punktem bifurkacji". Termin ten, popularny w teorii chaosu, oznacza miejsce, w którym niewielkie zmiany powodują ogromne różnice w dalszym działaniu układu. Jeżeli gdzieś cała sytuacja może zmienić się drastycznie w okamgnieniu, to właśnie tam.

Teoria chaosu i ten termin są jednak współczesne (uknuty został przez Henriego Poincarégo niecałe półtora wieku temu) i znane być nie mogły ani XVII-wiecznemu niderlandzkiemu Szekspirowi ani tym bardziej wypowiadającemu te słowa w dramacie Lucyferowi z epoki sprzed jego upadku. Ja sam poznałem ten termin nie z kilku przeczytanych książek o teorii chaosu, ale opowiadania "El Ninio 2035" Konrada T. Lewandowskiego. Ukazany tam przykład zdał mi się tak obrazowy, że do dziś pozostaje w mej głowie i me niebanalne pierwsze skojarzenie z terminem "bifurkacja" brzmi "krab".

15:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017

Na przykład wzmocnione konstelacje satelitów telekomunikacyjnych doprowadzą do powstania tanich urządzeń o wymiarach zegarka, dzięki którym będziemy mogli dotrzeć w sposób interaktywny do magazynów ludzkiej wiedzy z każdego miejsca na świecie. Co więcej, urządzenia te pozwolą swoim użytkownikom przekazywać olbrzymie ilości danych – między innymi głos, obraz i muzykę – bądź do innych ludzi, bądź do centralnej bazy danych systemu. Wartość praktyczna istnienia tego typu układów jest oczywiście olbrzymia, ale ich wydźwięk sięga jeszcze dalej. Wprowadzenie tych układów miałoby implikacje historyczne i społeczne. Ludzkość zostanie połączona, a rezultatem tego będzie głęboka jedność kulturowa i radykalne upowszechnienie ludzkiej wiedzy.
[Robert Zubrin, "Narodziny cywilizacji kosmicznej"]

Gdy czytam książki popularno-naukowe próbujące przewidywać przyszłość, nierzadko uderza mnie ich miejscami wręcz naiwny optymizm. Widać to znacznie wyraźniej, gdy czyta się książki wydane na tyle dawno temu, że część z tych optymistycznych prognoz można już bez wahania zdezawuować. Książka Zubrina wyszła w 1999 roku (polskie tłumaczenie w 2003 roku) i już ten warunek spełnia.

Wpierw Zubrin przewiduje, że orbitalne stacja naprawcze, które naprawiać by miały krążące nad naszymi głowami satelity telekomunikacyjne i inne pojazdy kosmiczne, "powstaną w ciągu dekady", czyli do 2009 roku. A potem pojawia się powyższy cytat.

O ile "tanie urządzenia wielkości zegarka" powstały (no, może nie zegarka, ale mieszczące się w kieszeni) i dzięki rozwojowi sieci satelitów potrafią przesyłać niezliczone ilości danych do każdego miejsca na świecie (przynajmniej w teorii; moje osobiste doświadczenie nie popiera tego typu buńczucznej tezy), o tyle to próba wprowadzenia jedności kulturowej (choć autorowi może nie o to chodziło, to dziś "Grę o Tron" ogląda cały świat) spotkała się z reakcją w postaci ruchów akcentujących swą kulturową (lub narodową) odrębność. A dostęp do wiedzy nie sprawia, że ludzie przestają wierzyć medycznym hochsztaplerom - wręcz odwrotnie, powszechny Internet pozwolił zdobyć im nowych wyznawców.

Mnie to nie dziwi, bo to naturalny stan rzeczy, ale wydaje mi się, że amerykańskim "wizjonerom" przydałoby się kilka lekcji historii, by uświadomili sobie, że po renesansie nastąpił barok, a nie od razu oświecenie, jak najwyraźniej sądzą. I nie ma podstaw, by uważać, że ten trend naprzemiennych faz rozwoju cywilizacji się już skończył.

Dopóki tej lekcji nie opanują, wciąż dawać będą estymaty czasowe swych prognoz, które po dekadzie lub dwu będą już tylko bawić, osłabiając wymowę innych wniosków lub bardziej długofalowych prognoz i przewidywań. Nie wykluczam więc, że uda nam się dotrzeć do "cywilizacji typu I w skali Kardaszewa", ale wykluczam przypuszczenie, że będzie to prosta droga ciągłego rozwoju. I nie sądzę, by było to osiągnięcie, które uda nam się zdobyć w tym wieku. Nie dlatego, że nie będzie ku temu technologii, lecz dlatego, że rozwojowi technologii nie dorówna kroku rozwój ludzkiej woli.

12:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 września 2017

Zdaje mi się że nie ma na świecie człowieka,
który by nie miał swojej manii,
i łatwo można spostrzec,
kiedy ona w drugich dojrzewa.
H.J. Grimmelshausen Simplicissimus
[Hans Heinz Ewers, "Najwyższa miłość"]

Faktem jest, że łatwo spostrzec, kiedy w drugich ich mania dojrzewa. Pewnie są wyjątki, osoby tak introwertyczne, że nie okazują tego na zewnątrz - ale takie osoby nie zwykły się pokazywać w miejscach, gdzie łatwo można je zobaczyć, a swe manie uprawiają za zamkniętymi drzwiami swych pokoi. U reszty zaś - zwłaszcza podczas rozmowy - widać wyraźnie, gdy dyskusja schodzi na temat, który jest ich pasją

Słuchanie ich wypowiedzi może być wtedy nawet fascynujące, gdy całą swą energię wkładają w to, by jak najdokładniej opowiedzieć o tym, czym żyją. Nawet gdy temat zdaje się mi całkiem obcy, miło mi się patrzy na ich zaangażowanie w przekazywanie wiedzy. Dzięki temu, mam wrażenie, nawet mimo własnej do tematu obojętności lub zniechęcenia udaje mi się czegoś na ten temat dowiedzieć - częściej raczej ciekawostki czy anegdotki niż praktycznej wiedzy, ale zawsze czegoś. Sam doświadczyć miałem tego okazję niedawno, gdy spotkawszy się z kolegą z podwórka w pewnym momencie wieczoru okazałem się słuchaczem prawie trzygodzinnego wykładu o jego nowej pasji. I doświadczę pewnie tego znów niebawem, gdy w ramach nadchodzącej podróży spotkam się z ludźmi, którzy nadal uprawiają hobby, które i mnie dekadę temu zdarzało się uprawiać.

Dłużej zastanawiałem się nad pierwszą częścią powyżej zatytułowanego motta tytułowego opowiadania. Trudno mi orzec, czy wszyscy swą manię mają, ale przez chwilę zastanawiałem się, czy sam przypadkiem nie jestem kontrprzykładem. Od lat zastanawiam się, czym by się tu w życiu bardziej zainteresować, gdy już porzuciłem poprzednie "hobby, które przerodziło się w pasję". W przerwach między zastanawianiem się coś tam czasem pomniejszego zrobię, ale nie czując tej przepełniającej manii, jak to drzewiej bywało. Nawet te blogi - które z zewnątrz wyglądać mogą na objaw manii blogowania - piszę z mniejszą niż kiedyś chęcią, przez co też piszę je wyraźnie rzadziej (samym latem obejrzałem kilkanaście filmów i odcinków seriali, o których nie wspomniałem tu ni słowem; cyklom muzycznych wpisów rosną ogony z każdym miesiącem; etc.).

I pewnie zakończyłbym ten wpis takim wnioskiem, gdyby przypadkiem nie wszedł na fanpage Janiny Daily na popularnym portalu społecznościowym i nie ujrzał motta, będącego cytatem z jednego z anonimowych internetowych komentatorów, brzmiącego "To się nazywa grafomania i to jest choroba". I doszło do mnie, że też swą manię mam i jest to mania pisania, czy zwać ją grafomanią czy hipergrafią. Niezależnie, czy będzie to wpis na bloga, wpis lub komentarz w innych miejscach Internetu, czy jedynie zapisek do prywatnych archiwów - czasem czuję, że muszę coś zapisać, zanim mi umknie myśl lub cały myśli wątek. Też te zapiski stają się z wiekiem nieco rzadsze, ale wciąż zauważam kątem oka zdziwienie na twarzach współpasażerów, gdy w komunikacji zbiorowej wyciągam zeszyt - a ostatnio nawet laptopa - i zaczynam pisać. Wtedy pewnie łatwo im dojrzeć, że moja mania właśnie we mnie dojrzała.

23:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA