RSS
poniedziałek, 17 października 2016

Pamiętnik życia wewnętrznego Mauriaca. Przekornie zastanawiam się, czy nie nazwać tej książki Pamiętnik życia zewnętrznego. Kto wie, czy nie byłem nawet bliższy prawdy niż Mauriac, ale i w jednym, i w drugim wypadku mówić można chyba o pretensjonalnej kokieterii. Każde życie jest równocześnie i zewnętrzne, i wewnętrzne, ale pierwotne jest oczywiście zewnętrzne: od niego płyną bodźce, ono daje miarę porównawczą. Jako pomysł tytułu - Pamiętnik życia zewnętrznego - doskonały.
[Jerzy Wittlin, "Pójdź ze mną! Dziennik - pamiętnik (Połowa XII 1980 * połowa III 1981)", Nowy Rok 1981, CZWARTEK]

Faktycznie fantastyczny, na tyle, że przykuł moją uwagę. Książkę Wittlina, pełną odniesień i anegdot o innych ludziach, faktycznie można by określić mianem "pamiętnika życia zewnętrznego" pewnej specyficznej epoki. Inne znane mi jego książki - seria "Vademecum", części "Vademecum kochania", "Vademecum erotomana, "Vademecum szefa", "Vademecum petenta", "Vademecum życia rodzinnego", "Vademecum dla snoba i snobki" oraz "Vademecum grafomana" - są twórczym przekształceniem bodźców odbieranych od dojrzałego PRL-u, na tyle w tej epoce zanurzonym, że współcześnie w znacznej mierze nieśmieszne. Zaś trylogia "Pójdź ze mną!" (łac. "Vademecum!") jest ukazaniem tego "zaplecza", samych gołych faktów i zdarzeń, które są często na bieżąco przez autora komentowane, ale właśnie - na bieżąco, nie zaś z perspektywy miesięcy czy lat (z pewnymi wyjątkami). Nadal jednak jest to "bieżące zaplecze" wypełnione raczej anegdotami o znanych autorowi ludziach (bezpośrednio lub ze słyszenia, komentarzami do dyskusji z nimi, jak i cytatami z książek (wraz z komentarzem). - czyli wypełniona życiem zewnętrznym.

Jak już wspomniałem, zdarza mi się zapisywać swe przemyślenia. Przyjąłem zupełnie inne nazewnictwo kolejnych plików, ale tytuł "Pamiętnik życia wewnętrznego" bardzo mi przypadł do gustu, gdyby nie były aż tak (zwłaszcza pierwsze i ostatnie pliki) nasycone odniesieniami do życia zewnętrznego  - nie na tyle, jednak, by stać się "Pamiętnikiem życia zewnętrznego": życie wewnętrznie zdecydowanie w nich przeważa, nie we wszystkich częściach jednak dominuje. Zdarzały mi się i fragmenty, które później zbiorczo określiłem "buchalterią", tak bardzo tyczyły świata zewnętrznego w jego dających się sumować aspektach.

Na blogach też przyjąłem inną nomenklaturę, jednak i taki podział byłbym sobie w stanie wyobrazić. W sporej mierze pokrywałby się z podziałem między blogami "Nieuczesany" i "Myśli Nieuczesanego", w pierwszym z których staram się raczej pisać o sobie, w drugim zaś - o świecie zewnętrznym (zakładając, że jakiś istnieje[citation needed]). Do kategorii "świata zewnętrznego" na pewno przynależałyby wszystkie wpisy z "Nieuczesany ogląda" i znaczna większość z "Nieuczesany słucha" (przy czym spora część wpisów z cyklu "dwie dekady temu" byłaby kanonem tej kategorii).

Nie wiem jednak, jak zakwalifikowałbym wpisy z tego bloga. Opierają się na cytatach, słowach innych ludzi[citation needed], więc pochodzących ze świata zewnętrznego, jednak komentarz do nich jest mym własnym, wywodzącym się z mego wnętrza ciągiem rozumowym. I dopiero oba te elementy dają kompletny wpis (co tłumaczy, czemu wciąż zalega mi mniej więcej czterysta cytatów do upowszechnienia tutaj). Najwyraźniej więc dobrze się stało, że nie przeczytałem tej książki wcześniej, nie ujrzałem tych tytułów i się nimi nie zasugerowałem przy wyborze nazwy bloga, tylko po prostu niezbyt oryginalnie sparafrazowałem Leca.

13:02, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 października 2016

Czy nowonarodzone dzieci mają jakieś wierzenia? Zaskakujące, ale odpowiedź na to pytanie brzmi prawdopodobnie „tak”. Są to bardzo prymitywne wierzenia i stają się wyraźnie bardziej wyrafinowane już w pierwszych sześciu miesiącach życia. Jednak pewne zachowania, nawet u noworodków, sugerują, że bardzo wiele połączeń w mózgu powstało już w łonie matki. Dziecko nie jest czystą tablicą, na której można zapisać cokolwiek – to opinia, jakiej przekonująco broni Pinker w Tabula Rasa.
[Terry Pratchett, Ian Stewart, Jack Cohen, "Nauka Świata Dysku IV: Dzień Sądu"]

Ano właśnie. Na swej drodze życiowej akurat zbliżam się do hipotezy genetycznego determinizmu, więc pogłoski o "czystej karcie" jaką jest noworodek wydają mi się pobożnym życzeniem raczej niż rzeczywistością. Zwłaszcza, że miałem okazję dwukrotnie uczestniczyć (jako obserwator) w cudzie narodzin i ujrzeć na własne oczy dwa nowo narodzone dzieci w pierwszej minucie ich życia. I nijak nie wyglądały na "czyste karty", a część objawionych wtedy skłonności wyraźnie widoczna jest ciągle w kolejnych latach życia. Mimo, że wychowywane były razem, w podobnych warunkach, wyrosły na dwójkę zupełnie różnych dzieci. I po czasie stwierdzić mogę, że część przesłanek ku temu było już wtedy, w pierwszych minutach życia, widać.

Oczywiście nie musi to oznaczać od razu całkowitego determinizmu genetycznego, niezależnie od podjętych działań. Dziedziczy się skłonności i prawdopodobieństwa zapadnięcia na choroby, ale stylem życia można starać się im przeciwstawiać. Tyle tylko, że uważać trzeba, by w tej chęci do przeciwstawieniu się wrodzonym skłonnościom nie zatracić samego siebie. Cóż bowiem z tego, że dzięki pracy staniemy się tacy, jacy stać się chcieliśmy w ramach "samodoskonalenia", jeżeli nie będziemy wtedy szczęśliwi (i nierzadko tego nieszczęścia nieświadomi)? 

Podobnie nie ma co na siłę, wydaje mi się, dopasowywać nowonarodzonych dzieci do utartych schematów lub - co gorsza - własnych marzeń. Cóż bowiem z tego, że będą grzeczne i dobrze ułożone jak wytresowane psy? To nie jest - a przynajmniej nie powinno być - celem ich życia. I to, że ułatwia to życie rodzicom (lub zgadza się z ich poglądami) nie powinno sprawiać, by dzieci mentalnie kastrować i pozbawiać ich szansy bycia szczęśliwymi na swój własny niepowtarzalny sposób.

Tagi: Pratchett
18:39, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 października 2016

Dogmatyzm zamyka umysł, czy jest to ślepota na naukę tych, którzy biblijny przekaz odbierają dosłownie, czy też przekonanie o własnej nieomylności, będące cechą niektórych ateistów.
[Frans de Waal, "Bonobo i ateista. W poszukiwaniu humanizmu wśród naczelnych"]

Prawdziwe to zdanie - i niestety smutne. Choć autor użył go w kontekście religijnym - czyli podstawowym i dla świata i dla Polski jeszcze kilka lat temu - mam wrażenie, że czas jakiś temu przynajmniej w naszym kraju pod względem popularności dogmatyzm religijny został pobity przez dogmatyzm polityczny.

Gdybym zachowywał się jak typowy Polak w Internecie ("e-Seba"), przytoczyłbym tu przykłady zamknięcia umysłu na oczywiste fakty przez tę ze stron konfliktu politycznego, której przeciwniczce kibicuję. Taki bowiem dostrzegam w Internecie (zarówno na losowo wybranych blogach, jak i zaangażowanych profilach i stronach na popularnym portalu społecznościowym) schemat, od którego wyjątki są rzadkie (lecz przez to nierzadko godne uwagi). Jedni przytaczają przypadki "zamkniętego umysłu" akolitów prezesa Kaczyńskiego, ignorując lub lekceważąc przejawy podobnego zaślepienia wśród jego przeciwników - drudzy działają dokładnie na odwrót, ukazując wyraźnie przypadki hipokryzji i głupoty dzisiejszej opozycji, identycznie idiotyczne poglądy obecnego rządu uznając za niewarte uwagi lub absolutnie słuszne.

O ile to wskazywanie błędów jedynie swych przeciwników politycznych jest jeszcze znośne (wystarczy przeglądać równocześnie teksty autorstwa zwolenników obu stron, by mieć nieco mniej spaczone spojrzenie na sprawę), o tyle drażniące jest ignorowanie wad i wychwalanie ponad stan przedstawicieli popieranej strony. Zwłaszcza od czasu, gdy w Internetowej memokracji modne stało się słowo "zaorał(a)". Kopy "lubianych" i polecanych przez znajomych i nieznajomych linków do filmików, w których ponoć ktoś "fantastycznie zaorał" konkurenta, a okazują się nudnymi, powtarzalnymi i pozbawionymi rzeczowych argumentów przemowami. Podobnie nieśmieszne są kabarety[citation needed] i satyrycy, których dowcip polega na przekręcaniu nazwisk lub nadawaniu złośliwych przydomków politykom kierując się chęcią zwykłego "dopieprzenia", a nie humorem.

(Nie będę ukrywał, ze do napisana powyższego akapitu skłonił mnie link reklamowany słowami "Historyczne wystąpienie Muchy? Powiedziała prezesowi, co myśli. Prosto w twarz [WIDEO]", a które okazało się tak słabym przemówieniem znanej skądinąd posłanki Joanny Muchy, składającym się z powtarzanym trzech oskarżających zdań na krzyż, niepopartych żadnymi argumentami i tak nudnym, że nawet sama posłanka zeszła z mównicy, wyraźnie widząc, że w swym słowotoku nie brnie nigdzie, że aż zrobiłem facepalm'a i zasmucony poziomem opozycji zacząłem wyczekiwać chwili, kiedy w Polsce będą Chiny albo nawet i Rosja.)

Prawda niemal nigdy nie leży dokładnie pośrodku, ale też nie zawsze leży wyłącznie w jednej ze skrajnych opcji. Otwarcie umysłu na argumenty innej strony - co nie oznacza ich przyjęcia, ale już zgodę na ich konstruktywne omówienie i owszem - zazwyczaj pozwala się do niej zbliżyć, a nigdy zaś nie oznacza to od niej się oddalenia.

W kwestiach religijnych (parę lat temu popularniejszych) trudno rzec, by prawda leżała pośrodku (czemu w kwestii o istnienie boga najbliżej chyba jest deistom), ale nie zmienia to faktu, że argumentów drugiej strony można wysłuchać i nawet, gdy się z nimi nie zgadza, zauważyć, że są to różnice światopoglądowe i można swe życie przeżyć równie dobrze według różnych światopoglądów. Zwykle w tym dogmatyzmie przodują teiści, ale doskonale pamiętam, jakie zniesmaczenie wywołał u mnie zażarty ateizm Dawkinsa. Byłem (i nadal jestem) przekonany, że tak dogmatyczny ateizm nie wynika ze spokojnego i logicznego przemyślenia tej sprawy, lecz jakieś wywołanej przez religię (i jej przedstawicieli) traumy i temu też jest agresywny nie mniej niż retoryka religijnych fanatyków. Zabawne byłoby nawet słuchać, jak z wielką nienawiścią zaperzali ateiści głoszą prawdy o nienawiści wśród gorliwych wiernych, gdyby nie było to smutne równie bardzo, jak używający pełnej nienawiści retoryki wyznawcy proroka, który kazał swym wiernym kochać bliźniego jak siebie samego (Mk 12,31) (choć akurat wykluczyć nie mogę, że część z owych wyznawców spełnia literę tego przykazania co do słowa - nie znoszą innych ludzi równie bardzo, jak nie cierpią samych siebie).

Czy to dogmatyczne zamknięcie się na możliwość, że w słowach głoszonych przez osoby o przeciwnych poglądach mogą znajdować się słowa prawdy, jest typową cechą ludzką (jeśli tak, najwyraźniej dobrze zrobiłem, wypisując się z tego gatunku)? Czy też wyłącznie polską? A może siła tego wewnętrznego konfliktu narasta wtedy, gdy wzrasta konflikt globalny i jest jedynie jego pochodną? Tego nie wiem, ale mam wrażenie, że ten dogmatyzm jest obecnie znacznie mocniejszy niż był dziesięć (no, dwanaście) czy dwadzieścia lat temu. I wcale mnie to nie cieszy.

16:19, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 października 2016

Mówił dużo, i było to bardzo skomplikowane, ale najlepiej zapamiętałem przykład, który zdumiał mnie swą poetyckością: ciężarek zawieszony na łańcuszku wprawia w ruch zegar; Księżyc jest takim ciężarkiem, Ziemia - zegarem, a życie - to tykanie trybików i kukanie mechanicznej kukułki.
["Omon Ra" w: Wiktor Pielewin, "Omon Ra i inne opowieści"]

Uroczo poetycki ten przykład, ale niezbyt odpowiada prawdzie. Taki niestety już zazwyczaj jest urok poetyckich przykładów.

Nie jest tak, że nie odpowiada wcale. Uważam, że wielki wkład w utrzymanie się życia na Ziemi - zwłaszcza na etapie wielokomórkowym - ma okrążający Ziemię Księżyc. Nie tyle jednak jego ciągła obecność, co jego powstanie. Obecna Ziemia powstała ze zderzenia dwóch planet krążących na tej samej orbicie: Ziemi 1.0 oraz Thei. Skutkiem zderzenia powstała obecna Ziemia 2.0 z dużym metalowym jądrem, które chroni powierzchnię planety przed naładowanymi wysokoenergetycznymi cząstkami wiatru słonecznego - oraz właśnie Księżyc. Zważywszy na występujące na Słońcu burze i rozbłyski magnetyczne, śmiem twierdzić, że bez tego zdarzenia życie na powierzchni Ziemi 1.0 nie rozwinęłoby się zbytnio - przynajmniej na poziomie wielokomórkowców - zdarzające się raz na jakiś czas (choćby i raz na kilkaset tysięcy lat) rozbłyski słoneczne bez tej osłony sterylizowałyby powierzchnię Ziemi. 

W tym miejscu zwykle dodałbym, że brak stabilizującego masywnego satelity znacznie "rozwichrowałby" oś obrotu naszej planety, przez co wiejące na powierzchni wiatry także utrudniałyby życie przebywającym tam organizmom. Ostatnio trafiłem jednak na informację o wynikach badań teoretycznych, według których oś planety, choć byłaby mniej stabilna od obecnej, zmieniałaby się w dość niewielkim stopniu, a zmiany te nie wywoływałby zbytnio odczuwalnych skutków w atmosferze - a teraz, usiłując odszukać wyniki tych badań, trafiłem na wyliczenia, że satelity o większej masie wręcz zwiększają niestabilność układu.

O tym, że Księżyc jest "tarczą" chroniącą Ziemię przez kolizjami z krążącymi w kosmosie obiektami, raczej bym nie wspomniał, bo najbardziej przydatne to było w ciągu pierwszych kilkuset milionów lat istnienia naszej planety, a teraz jest ta funkcja raczej niewykorzystywana.

Jednak życie pod powierzchnią morza lub oceanu, będącego ochroną przed owym promieniowaniem istnieć by mogło. Nie jest więc tak, że "bez ciężarka zegar by nie ruszył", a do tego, by mechaniczna kukułka wyszła na zewnątrz zegara, przyczynił się raczej fakt zawieszenia ciężarka niż jego dalsza obecność. Gdyby go teraz "odciąć", życie trwałoby na powierzchni dalej.

Więcej już sensu by ta analogia miała, gdyby mówiła o życiu na Europie. Jeżeli istnieje tam życie pod skutą lodem powierzchnią, to dzięki rozciągającym ów księżyc siłom pływowym. W tym przypadku analogia byłaby już na miejscu: Europa byłaby tykającym zegarem, Jowisz - ciężarkiem wiszącym na łańcuchu grawitacji, dzięki któremu w morskich głębinach mogła zakukać kukułka.

11:45, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 października 2016

- Tak, tak; poszlaki to mimo wszystko rzecz najważniejsza – odrzekł Cap. – Jedna poszlaka warta jest tyle co pięćdziesiąt faktów. Wiem, że tak przewidują prawa królewskie. Niejednego już powieszono na podstawie poszlak.
[James Fenimore Cooper, "Tropiciel Śladów"]

I to jest argument za współczesnym sądownictwem. Możemy narzekać na opieszałość sądów, na niestosowne wyroki, na procedury odwoławcze i metody obstrukcji procesów - ale przynajmniej nikogo się nie wiesza na podstawie poszlak. A to akurat jest błąd, który trudno potem zrekompensować.

Miewam czasem godne Korwin-Mikkego przemyślenia na temat sensowności kary dożywotniego więzienia i kary śmierci jako alternatywy. Zdaję sobie jednak sprawę, że legalizacja i społeczne przyzwolenie na stosowanie kary śmierci może prowadzić do jej nadużyć (na co wskazuje system penitencjarny Stanów Zjednoczonych). Zdarza się, że prawdziwego mordercę udaje się prawidłowo wykryć dopiero po kilkunastu latach (zwłaszcza po powstaniu policyjnych "Archiwów X"), podczas gdy wcześniejszy false positive został prawomocnie skazany. To smutne historie, bo pokazują błędy w działaniu systemu, ale przynajmniej niesłusznie oskarżony zostaje uwolniony (oraz, zdaje się, dostaje jakąś formę finansowej rekompensaty za nieodwracalnie zniszczone życie). Co w przypadku wykonania wyroku śmierci miejsca mieć by nie mogło. 

Dlatego też wstrzymywałbym się z wieszaniem. Przynajmniej tych, których winy nie są absolutnie bez wątpliwości dowiedzione. Zaś takich, w przypadku których brutalne i godne kary śmierci przestępstwo zostałoby z absolutną pewnością udowodnione, zamiast wieszać przeznaczałbym już raczej na eksperymenty medyczne zamiast Darwinowi ducha winnych zwierząt używanych w tym celu obecnie. One w końcu nic złego nie zrobiły.

PS. Chciałbym napisać, że wybór cytatu nie jest żadną aluzją do obecnej sytuacji politycznej, ale gdybym tak napisał, to by był.

Tagi: Indianie
21:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 września 2016

Co robią Francuz, Anglik i Niemiec po godzinach pracy? Francuz je obiad i idzie z dziewczyną do hotelu. Anglik je obiad i idzie do klubu. Natomiast Niemiec zażywa pigułki i wraca do pracy.
[Jerzy Wittlin, "Pójdź ze mną! Dziennik - pamiętnik (Połowa XII 1981 * połowa III 1982)"]

Być może było tak trzydzieści z okładem lat temu, gdy Wittlin pisał te słowa, ale na pewno nie opisują one stanu aktualnego.

Nie wykluczam, że Anglik po godzinach pracy i obiedzie idzie do klubu, zwanego zazwyczaj pubem. Kate Fox w swej książce o tej nacji (ISBN: 978-83-7495-127-2) niemało tekstu poświęciła pubom, jakkolwiek poza nimi jej zdaniem Anglik spędza czas na majsterkowaniu lub ewentualnie pieleniu ogródka (przed domem; ogródka za domem się nie pielęgnuje, w nim się przebywa).

Nie wiem, co robią po pracy obecni Francuzi. Mógłbym spytać Niemałego lub zażartować, że choć nie wiem teraz, wiem co będą po pracy robić Francuzi za kolejne trzydzieści lat - chodzić do meczetu.

Wiem natomiast, że Niemiec po pracy już do niej nie wraca. Akurat mam niepowtarzalną okazję (a przynajmniej chciałbym, by była jak najmniej powtarzalna) pracować w Niemczech, między innymi wśród Niemców. Zanim zacząłem pracę na terenie Niemiec słyszałem od pracujących tu Polaków, że dla Niemca w pracy najważniejsze są trzy słowa "Pauza, Fajrant i Weekend". Uznałem to za przesadę, zwłaszcza że w kolejnych zdaniach owi polscy gastarbeiterzy chwalili się, że kraj ten działa tylko dzięki takim jak oni dzielnym pracownikom. Aż wreszcie zacząłem pracę i przyznać muszę im rację.

Niemcy kończą pracę o 15:30 lub 16:00 (a w piątki o 12:30, bo w końcu to piątek) i natychmiast przestają się nią przejmować. Nie sposób się do niemieckiego pracownika dodzwonić po tej godzinie, nawet gdy jest przełożonym pracowników pracujących później. Fajrant i weekend to rzecz święta i już. Nie twierdzę, że to źle - wręcz odwrotnie - jedyne co, to mogę nieco pozazdrościć tego, że tak robić mogą. Najwyraźniej swoje już odpracowali. Po pracy, z tego co mam okazję obserwować, Niemiec podmiejski zabiera się za pielęgnację ogródka: kosiarka w rękę (lub pod tyłek, wszak są i kosiarki, którymi da się jeździć) i zaczyna się masowe koszenie trawników. Kosi się wszystko: trawniki własne za płotem, trawniki wspólne przy drodze, a nawet bruk, spomiędzy którego kostek wyzierają pojedyncze źdźbła trawy. Podejrzewam, że trawę dłuższą o kilka milimetrów od przepisowej normy toleruje się tu tylko u tych, którzy są na wakacjach (ale pod warunkiem, że skoszą ją natychmiast po powrocie) lub u świeżo zmarłych (trawnikiem zmarłych dawniej powinna się zapewne zajmować rodzina denata). Nie wiem jeszcze, co robią wtedy Niemcy miejscy - badania terenowe wciąż trwają.

A pracownicy, którzy po urzędowej 16.00 nadal w Niemczech pracują, to tak jak ja gastarbeiterzy, głównie z Polski. Im niemiecki przepisowy czas pracy, ani anglosaskie "work-life balance" niestraszne. Praca dwanaście godzin na dobę, sześć (w porywach do siedmiu) dni w tygodniu - czyli to co Wittlin przypisuje Niemcom - stało się domeną pracujących za granicą Polaków. Obawiam się jednak, że wbrew chęciom i marzeniom niemieckiego dobrobytu z tego w Polsce nie będzie.

21:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2016

Wierzaj, że tak się to przedstawia, jak tu piszę: pewne chwile są nam odbierane jawnie, inne odejmowane po kryjomu, a jeszcze inne wymykają nam się same. Najgorsza jest wszelako strata wynikająca z naszego niedbalstwa. I jeżeli zechcesz głębiej się zastanowić, pojmiesz, iż największa część życia schodzi nam na postępkach złych, duża część na bezczynności, a całe życie na czynieniu czegoś innego [niżby należało].
[Seneka, "Listy moralne do Lucyliusza", List I 1]

Seneka wielkim filozofem był. Już w pierwszym liście długiej z Lucyliuszem korespondencji daje tak wnikliwą ocenę stanu rzeczy - wnikliwą i skłaniającą do myślenia. I to stanu rzeczy doskonale znanego każdemu kto choć raz w życiu zaskoczony powiedział "O rany, to już czwartek?". 

Na skutek tych słów zacząłem się zastanawiać nad swym życiem i spędzaniem czasu. Na pewno większość życia schodzi mi na czynieniu czegoś innego niżby należało. W dzisiejszym świecie ten syndrom zwie się "prokrastynacją" i wzorem przeczytanej w Internercie rady postanowiłem go - w miarę możliwości - zaprząc do konstruktywnej pracy. Przy typowo prokrastynatorskim podejściu do konstruktywności, skutkiem tego były długie notki na blogu, podczas gdy raporty do pracy leżały nieskończone

Mam wrażenie, że duża część życia schodzi mi na bezczynności, zwanej też współcześnie cyber-slackingiem. Że czas, który mógłbym "na coś poświęcić", przepływa mi przez palce. Ponieważ część tego cyber-slackingu podszyta jest erotyzmem już od prawie dwóch dekad (czyli odkąd mam dostęp do Internetu), wyobrażam sobie w myślach, że naprawdę produktywny się stanę, jak dojdę w życiu do etapu starczej impotencji. (Nieco wbrew tym wyobrażeniu staje mój życiowy plan, który uknułem po przeczytaniu dwie dekady temu książki "Opium" Cocteau, by gdy już osiągnę ten stan, zabrać się za palenie tak barwnie opisanego w owej książce opium - bo wtedy będąca skutkiem ubocznym nałogu impotencja nie będzie mi już straszna.)

Z drugiej strony podczas niedawnej rozmowy Niemały wyraził się pozytywnie o tym, ile rzeczy udaje mi się robić: ile książek przeczytać i filmów obejrzeć. Może faktycznie tak jest, a może to subiektywny punkt widzenia rodzica z jednym dzieckiem więcej.

(A sztuczka z czytaniem książek jest prosta: należy przestać czytać gazety (przez co w dzisiejszych czasach rozumiem także portale informacyjne). Prezentowane tam wiadomości są niezaprzeczalnie w danym momencie interesujące i mają wciągające tytuły, ale nad wyraz mało z przeczytanych tam artykułów będzie wciąż wydawało się ciekawe za pół roku. A książka i owszem.

Nieuczesana lubi powtarzać słowa jednego ze swych wykładowców o tym, że gazety powstały w XVIII wieku, by przekazywać informacje ludziom zbyt prostym, by byli w stanie przeczytać książkę. Ciekawie jest obserwować, jak prasa wraca do korzeni.)

Dzięki blogom najwyraźniej nabawiłem się nawyku produktywności. Dlatego przestałem umieć grać w gry komputerowe. Gdy oglądam film, racjonalizuję sobie tak zmarnowany czas tym, że przetworzę to doświadczenie na wpis na blogu. O grze tak nie napiszę, a nawet jeśli, to przejście jednej gry zajmuje kilka tygodni wieczorów zajętych przez grę. A to mniej więcej z tuzin wpisów o filmach i odcinkach seriali, na które poświęcę owe wieczory - wybór jest więc dla mnie prosty.

A jednak, choć "lokalnie" staram się wciąż coś działać, "globalnie" przez to utykam w bezproduktywności. Na przykład jedyny skutek ostatnich miesięcy, podczas których miałem w pracy niekończące się wakacje, to kopa (a nawet dwie) wpisów na bloga, a nie np. powieść, której napisane rozważam od wielu lat. To pewnie jest powiązane z moją niemożności kończenia większych projektów, ale wynikiem tego jedynym wynikiem mych działań są owe Apollinaire'owskie "świstki papieru".

O ile na pewno spora część życia schodzi mi na czynieniu nie tego, co trzeba, a poczucie bezczynności, poparte niespełnionymi gryplanami, mnie nie opuszcza, o tyle uczynków złych staram się wystrzegać. Przynajmniej o tyle, ile jest to możliwe w ramach obowiązującego prawa.

Tagi: Rzym
11:28, nieuczesany23
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 września 2016

Jeżeli jednak ktoś twierdzi, że nieustannie pracuje, powinien zadać sobie zasadnicze pytanie, czy pracując mniej, mógłby mimo to przetrwać? Wielu z nas musiałoby sobie odpowiedzieć „tak”.
[Desmond Morris, "Ludzkie zoo"]

Chciałbym. Naprawdę bym chciał móc tak odpowiedzieć.

Jednak w odróżnieniu od autora nie żyję w pierwszym świecie, lecz w drugim i nawet zarobki znacznie przekraczające średnią krajową nie pozwalają mi zmniejszyć mego obłożenia pracą. Bo w odróżnieniu od Anglii lat 60/70-tych XX wieku, w Polsce lat 10-tych XXI wieku pojedyncza średnia krajowa pensja pozwala na utrzymanie rodziny 2+2 bez sporych wyrzeczeń, swoich (co da się jeszcze znieść) i dzieci (czego wolałbym uniknąć). Zwłaszcza gdy mieszka się w mieszkaniu wynajmowanym lub kupionym na kredyt.

A szkoda, bo w odróżnieniu od współ-superplemieńców ("superplemieniem" Desmond Morris określa współczesne masowe społeczeństwo) byłbym sobie w stanie inne źródła bodźców potrzebnych, by nie popaść w gnuśność.

A może źle oceniam sytuację? Może po prostu, choć tego nie dostrzegam, żyję ponad stan i pracując i zarabiając w drugim świecie staram się naśladować styl życia obywateli pierwszego świata, co powoduje konieczność intensywniejszej pracy? Jeżeli tak, to rozwiązaniem byłoby zlikwidowanie tej rozbieżności.

* * *

Tak skomentowałem ten cytat, gdy go jesienią zeszłego roku przeczytałem w nielicznych chwilach wolnych od pracy. Po czym nastąpił rok bieżący i na skutek braku zleceń pracuję znacząco mniej. Przetrwałem ten okres, ale przede wszystkim dzięki zapasom zgromadzonym w czasie owego zeszłorocznego natłoku pracy, gdy prawie udało mi się mój debet zmniejszyć do czterocyfrowego, oraz ograniczeniu wydatków do absolutnego minimum. Choć więc z chęcią, gdy taki natłok znów zdarzy się tegoroczną jesienią (najwyraźniej pracuję sezonowo), sarkać będę na niego, nie mogąc doczekać się końca "zajebu w robocie", ale też świadom będę, że na to, by ilość pracy (a przez to i płacy) zmniejszyć, będę mógł sobie pozwolić dopiero, gdy odbuduję pozwalającą przetrwać następny taki okres bezrobocia poduszkę finansową.

Nie zmienia to faktu, że globalna gospodarka sprawiła, że w dzisiejszych czasach znacznie trudniej jest utrzymać się z pensji. Badając (powierzchownie) temat natrafiłem ostatnio w sieci na wykres "słoniowej trąby", który pokazuje, że klasie średniej także w pierwszym świecie coraz trudniej utrzymać dotychczasowey poziom życia bez dodatkowej pracy. Trend ten będzie się jeszcze pogłębiał, zwłaszcza, gdy do pracy w kolejnych branżach będzie dało się zaprząc komputery. Bardzo niewykluczone, że Desmond Morris mógł napisać swe słowa pół wieku temu, ale dziś nie sformułowałby ich nijak, nadal będąc przedstawicielem klasy średniej bogatego państwa Zachodu.

Czy istnieje jakieś rozwiązanie tej kwestii? Tu i ówdzie myśli się o wprowadzeniu "basic income", pensji wypłacanej za sam fakt bycie obywatelem danego państwa, pozwalającej w nim przeżyć miesiąc, choć bez luksusów. Czy się to przyjmie, czy też będzie zbyt dużym obciążeniem dla budżetów państw - to się dopiero okaże. Pewnym jest jedynie to, że ten trend będzie się pogłębiał i wcześniej czy później ten problem trzeba będzie rozwiązać, nim rozwiąże się sam, tak jak to czynił w historii - rewolucją, wojną lub nawet upadkiem cywilizacji.

14:37, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 września 2016

- (...) Niestety, w tym przeklętym kraju rzadko cokolwiek bywa wolne od konotacji politycznych, a ta sprawa nie jest wyjątkiem. Bunt trwa, niekiedy tli się, innym razem wybucha, i nie możemy pominąć żadnej sposobności do okazania, jak mocna i nieugięta jest nasza władza. Z tego powodu prokurator nakazał, by wykonanie wyroku przybrało wzorcowy charakter. Oznacza to, że nie możemy zadowolić się ścięciem głowy, które jest metodą czystą, szybką i dyskretną, lecz musimy zastosować ukrzyżowanie. Problem polega na tym, że miasto nie dysponuje żadnym krzyżem, a tak się niefortunnie składa, że cieślą jest nie kto inny jak przestępca skazany na śmierć.
[Eduardo Mendoza, "Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa"]

Zwróciły mą uwagę te słowa, wypowiedziane przez rzymskiego trybuna Apiusza Pulkrucjusza, bo wspomniany cieśla jest znanym skądinąd Józefem, synem Jakuba, syna Matana, syna Eleazara, syna Eliuda, syna Achima, syna Sadoka, syna Azora, syna Eljakima, syna Abijuda, syna Zorobabela, syna Salatiela, syna Jechoniasza, syna Jozjasza, syna Amona, syna Manassesa, syna Ezachiasza, syna Achaza, syna Joatama, syna Ozjasza, syna Jorama, syna Jozafata, syna Azafa, syna Abiasza, syna Roboama, syna Salomona, syna Uriasza, syna króla Dawida, syna Jessego, syna Jobeda, syna Booza, syna Salmona, syna Naasona, syna Aminadaba, syna Arama, syna Ezrona, syna Faresa, syna Judy, syna Jakuba, syna Izaaka, syna Abrahama (Mt 1, 2-16), ojcem (przynajmniej prawnym; na temat ojcostwa biologicznego toczy się od dwóch tysięcy lat debata) Jezusa. Ten fakt dość szybko wypływa w toku fabuły książki.

Pamiętam, jak niecałe dwie dekady temu (zimą 97/98, prawdopodobnie w pierwszej połowie lutego '98) zwróciliśmy z Niemałym i Nieogolonym naszą uwagę na to zagadnienie, choć tyczyło raczej owego (przybranego) syna Józefa. Skoro był synem cieśli, to musiał uczyć się w młodości fachu ojca. Do fachu ojca należało też, jak to zauważa Apiusz Pulkrucjusz, budowanie krzyży na egzekucje. Ten ciąg rozumowanie doprowadził w dyskusji do puenty: "Kto krzyże buduje, od krzyża ginie".

Mało kto jednak chyba w naszym kraju gęsto obstawionym krzyżami zwrócił na to uwagę. Na opisanie takiej sytuacji powstał w języku polskim bowiem frazeologizm nie związany z bohaterami tej powieści - "sam ukręcił sobie stryczek".

Tagi: Rzym
11:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 września 2016

Umysł kształtuje swe nawyki, a one z kolei nadają postać ciału. Ten, kto całe życie spędził w siodle, chodzi na krzywych nogach, a marynarz rozstawia szeroko stopy nawet na najpewniejszym gruncie. Kobiety lubiące pociągać się za loki z czasem uczą się siedzieć z przechyloną głową. Niektórzy skłonni do zamartwiania się ludzi zgrzytają zębami, aż po latach mięśnie ich szczęk się wzmacniają, a trzonowce zmieniają w gładkie wyrostki, pozbawione koron i guzków.
[Steven Erikson, "Pył snów. Wymarsz"]

Ano właśnie. Rozważam właśnie tę kwestię, bo w ramach przeprowadzki mam okazję zmienić swe nawyki. Od życia w poprzednim miejscu zamieszkania i mego dotychczasowego trybu życia boli mnie gdzieniegdzie ciało - na przykład od czasu, gdy byłem w wieku chrystusowym regularnie boli mnie w krzyżu. Na pewno moja codzienna postawa przed komputerem na niewygodnym krześle też dała się memu kręgosłupowi we znaki. Etc, etc.

Mam teraz okazję, by te nawyki zmienić. Zmiana taka następuje zazwyczaj nieświadomie, ale zwróciwszy na nią swą uwagę, mogę wpłynąć na rozwój mych nowych codziennych rytuałów. A zmianą tą mogę wpłynąć pozytywnie na swe starzejące się ciało.

Na pewno jest to możliwe, bo udało mi się pozbyć bólów ramion, których nabawiłem się przez lata noszenia na ramieniu zbytnio obciążonej torby. Gdy uświadomiłem sobie przyczyny (było ich kilka) mego asymetrycznego bólu, zabrałem się za zmianę nawyków: ekran monitora ustawiłem na wprost siebie, a obciążoną torbę wpierw przez kilkanaście tygodni nosiłem na drugim ramieniu "odchylając wahadło w drugą stronę", a potem zacząłem używać plecaka. I po kilku miesiącach ból zniknął - nadal czasem czuję fizyczny dyskomfort w okolicy barków, ale nieporównywalnie słabszy i znacząco rzadziej niż kilka lat temu.

Do tej pory udało mi się skłonić się do cowieczornych ćwiczeń rozciągających na świeżym powietrzu, trochę też powykrzywiałem swe nogi. Wciąż jednak wydaje mi się, że to za mało, by w szybkim tempie zlikwidować skutki mej wieloletniej niewłaściwej postawy. Przede wszystkim, podejrzewam, by poprawić stan mego ciała, powinienem znacząco ograniczyć czas spędzany w pozycji siedzącej przed komputerem. A na to mój umysł jeszcze zgodzić się nie chce.

09:19, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA