RSS
niedziela, 18 grudnia 2016

Nad schyłkiem XX wieku ciąży widmo rozbestwienia. Wydaje mi się, że w przyszłym stuleciu przyjdzie kryzys nie tylko klasycznego kapitalizmu, ale i demokracji typu permisywnego. Natura ludzka winna być niestety w ryzach trzymana.
["Pod prysznicem", w: Stanisław Lem, "Lube czasy"]

Lem wielkim poetą futurologiem był. Powszechnie wiadomo, że przewidział rzeczywistość wirtualną (fantomatykę), Internet, pendrive'y (triony) czy e-booki (optony), ale jak się okazuje skuteczność jego prognoz nie ograniczała się do nauk technicznych. Jak widać z powyższego cytatu sprzed ponad dwóch dekad ("Lube czasy" to książkowe wydane jego felietonów do "Tygodnika Powszechnego" z lat 1994 - 1995), potrafił też przewidzieć trendy społeczne.

Jak widać wszędzie wkoło (Polska, Anglia, USA, niebawem m.in. Francja i Niemcy), "demokracja typu permisywnego" jest obecnie, od około roku czy dwóch, w odwrocie. Jako - w odróżnieniu od Lema najwyraźniej - jej zwolennik żywię przekonanie, że na starość będę opowiadał wnukom, że "rok 2016 to był ten rok, w którym wszystko się sp...doliło". Spędziłem bowiem w owych permisywnych czasach młodość i nad wyraz miło je sobie wspominam i z chęcią widziałbym jej dalsze trwania. Choćby dlatego, że wtedy większym społecznym przyzwoleniem cieszy się posiadanie przez mężczyzn długich włosów.

O tym, że nadmiar możliwości potrafi człowieka sparaliżować przed podjęciem decyzji, wiedziałem już zanim obejrzałem TED-Talk'a na ten temat. Jako liberał jestem jednak zdania, że w związku z tym każdy człowiek powinien mieć prawo przystąpić do dowolnej wspólnoty, która ograniczy mu pole wyboru. Trend globalny jest jednak taki, by na wszelki wypadek ograniczyć wolność wyboru wszystkim - niczym posadzenie wszystkich na wózkach inwalidzkich, by nikt nie przewrócił się podczas chodzenia.

Przy owych globalnych trendach moje chęci i preferencje są jednak niczym. Choć "demokracja permisywna" nie zdążyła zapuścić korzeni (ani wydać owoców) w naszym kraju (wbrew głośnym okrzykom jej przeciwników), uznaje się ją za winną obecnego stanu rzeczy. A za ten bardziej odpowiada "klasyczny kapitalizm" (a raczej jego wypaczona wersja, którą Rafał A. Ziemiewicz określa mianem "post-kolonialnej"), z kryzysu i upadku którego się nawet ucieszę. Niestety upadek jednego pociągnie za sobą i drugie, moje emocje będą więc ambiwalentne. 

Niemniej nie zgadzam się na to, by ograniczać za bardzo ludzką wolność wyboru. Uważam, że możliwość skierowania swej uwagi i prac w dowolnym kierunku, choć nieraz sprowadzić może na manowce, potrafi doprowadzić do użytecznych lub przynajmniej ciekawych miejsc, do których droga w innych warunkach byłaby niedostępna i jedynym ograniczeniem powinno być liberalne - albo nawet libertarialne - "wolność jednostki kończy się w miejscu, gdzie zaczyna się wolność drugiej jednostki".

Być może to dlatego, że w odróżnieniu od Lema wychowałem się w czasach rozbestwienia (o grach komputerowych z setkami zabitych, litrami krwi i ogromem przemocy lub oglądanych przeze mnie serialach, które teraz wspominam z nostalgią, Lem wypowiadał się wyraźnie negatywnie). Może gdyby wychował się w "starych, porządnych czasach", inaczej bym te rozrywki oceniał, a nie zmarnowawszy na nie młodości wyrósłbym na bardziej wartościowego człowieka. O ile oczywiście przeżyłbym wojnę, z którą porządne czasy z hierarchiczną strukturą społeczeństwa i bezmyślnym posłuszeństwem dla władz wydają mi się dość mocno powiązane.

18:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 grudnia 2016

Ale nasza [korespondentów agencji prasowych] praca przypomina zajęcie piekarza - jego bułki mają smak, dopóki są świeże, po dwóch dniach czerstwieją, po tygodniu pokrywa je pleśń i nadają się tylko do wyrzucenia.
["C.d. planu nigdy nie napisanej książki, która mogłaby (itd.)", w: Ryszard Kapuściński, "Wojna futbolowa"]

I pomyśleć, że Kapuściński pisał to jeszcze w czasach prasy drukowanej! Dziś, przy monetaryzowanej żądzy czytelnika, by o wszystkim wiedzieć od razu, nawet gdy informacje nie są tego godne ("Nie ważne, czy ciekawe i ważne, ważne, że nowe!"), nawet owe dwa dni to zbrodnia na czytelniku, który niusa tyczącego informacji z wczoraj nie tknie nawet kijkiem.

(Miewam nietypowy tryb pracy i zdarza mi się nie mieć całymi dniami dostępu do internetu. Doprawdy czasem trudno bywa się wieczorem przed komputerem dowiedzieć, co działo się w polityce w ciągu dnia - a przynajmniej przed godziną 14. Czasem da się tego dowiedzieć, bo wciąż "na jedynce" portali wisi link do artykułu ze świeżym komentarzem do sytuacji z zamierzchłego poranka. Czasem jednak nie - a do oryginalnego wydarzenia, choćby było dziesięciokrotnie ważniejsze niż cała reszta, odnośnika braknie, bo przecież kto był zainteresowany, już zdążył przeczytać zdaniem redakcji.)

Dlatego też staram się unikać na blogach komentowania "spraw bieżących" ze światka polityki. Mam umysł schodkowy i gdy wreszcie wpadnę na odpowiedni komentarz, nikogo to już nie interesuje. Nawet z innymi "sprawami aktualnymi" miewam problem. Gdy umarł niedawno Leonard Cohen, byłem w stanie spuentować to kadrem z "Miami Vice" z nim dopiero kilka dni dopiero po jego śmierci, a nawet pogrzebie. Gdy - jeszcze niedawniej - umarł Fidel Castro, gdy wreszcie wpadłem na odpowiednią puentę (tekst z komiksu "The Watchmen" "Beneath me, this awful city, it screams like an abbatoir full of retarded children. New York. On friday night, a Comedian died in New York.", ze zmienionym Nowym Jorkiem na Hawanę i "Comedian" na "Commandant"), El Comandante nie był zimny tylko dlatego, że na Kubie panuje wieczny skwar.

Świadom tego, gdy już wreszcie piszę me uwago do bieżących spraw politycznych, czynię to na tyle rzadko, by niemal wszystkie te uwagi były już pokryte pleśnią. Wolę miast szybkiego, komentarz raczej przemyślany, przez kilka chwil dopracowywany. Nawet ten krótki i mało znaczący wpis odstawiłem na kilka dni od pierwszego szkicu, by "dojrzał" i dzięki temu czasowi mogę stwierdzić, że bliższe mi podejście do pisania Wittlina niż Kapuścińskiego, bo w międzyczasie przypomniałem sobie na publikowany już tu cytat z niego.

Nie odmawiam bynajmniej innym umiejętności błyskawicznego pisania zgrabnego, głębokiego i na temat. Obawiam się jednak, patrząc na poziom tak pisanych artykułów i wiadomości, że tak jak w każdej innej dziedzinie na jednego Kapuścińskiego, który to potrafił, przypada setka dziennikarzy, którzy głębię przemyśleń zastępują ulotnymi emocjami i bełkotem pustych fraz.

Nie nadawałbym się więc raczej nijak na korespondenta, ani pewnie na reportera. Kiedyś prace te uznawane były za dobre wprowadzenie do profesji pisarza, którą z chęcią bym się parał. Nie sądzę, by było tak nadal, a i prace te - poza regularnym obcowaniem ze słowem pisanym - wydają mi się jednak odmienne (zwłaszcza w przypadku pisarza powieściowego, obracającego się w świecie fabuły). Co nie zmienia faktu, że wielu reporterów książki swe wydaje - lub przynajmniej o wydawaniu ich myśli, do czego Kapuściński nad wyraz ładnie nawiązuje w tytule felietonu (i kilku innych)[citation needed] - "Ciąg dalszy książki, której nigdy nie napiszę"[citation needed]. Być może w nich reporter może odsprzedać co ładniejsze ze swych spleśniałych bułek, które mogą mimo swego wieku - albo właśnie z jego powodu - stać się pożywką dla głębszych, szerszy obszar obejmujących, rozważań i przemyśleń.

11:14, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 grudnia 2016

W późnym okresie starszej epoki kamienia (…) gatunek Homo sapiens sapiens potwierdził swą mocną pozycję w przyrodzie dzięki gospodarce opartej na łowiectwie, rybołówstwie i zbieractwie. Członkowie niektórych ze współcześnie żyjących kultur prowadzą podobny tryb życia i jeszcze do niedawna uważano, że niemal cały swój czas poza snem przeznaczają na poszukiwanie żywności. W rzeczywistości jednak, co wykazują liczne badania w różnych częściach świata, dorosły potrzebuje przeciętnie 3-5 godzin dziennie na zdobycie potrzebnego pożywienia.[1] Myśliwy polujący z głodu jest raczej wyjątkiem niż regułą. Jak się zdaje, w społecznościach łowiecko-zbierackich ludzie mają pod dostatkiem wolnego czasu.

„Ekstrapolując dane etnograficzne na prahistorię, można powiedzieć o neolicie [młodszej epoce kamienia] to samo, co John Stuart Mill powiedział o wszystkich urządzeniach ułatwiających pracę: że nigdy nie wynaleziono nic takiego, co pozwoliłoby komukolwiek zaoszczędzić choćby minutę pracy. W neolicie sytuacja nie poprawiła się znacznie w stosunku do paleolitu, jeśli chodzi o ilość czasu na głowę potrzebnego do zdobycia środków utrzymania; najprawdopodobniej po wynalezieniu rolnictwa ludzie zaczęli pracować ciężej.”[2]

Wybitny archeolog pradziejowy dochodzi do bardzo zbliżonych wniosków:

„Istnieją liczne dane wskazujące, że ludy łowiecko-zbierackie nie tylko miały pożywienia pod dostatkiem, ale też cieszyły się sporą ilością wolnego czasu, znacznie większą, niż dysponują współcześni robotnicy przemysłowi, czy rolni, a nawet profesorowie archeologii.”[3]

[1] Sahlins M., 1972, „Stone Age Economics”, Tavistock Publications Ltd., London, str. 34

[2] Ibid., s. 35

[3] Binford i Binford, cytat za Feyerabend P., 1982, „Science in a Free Society”, Verso Editions/New Left Books, London, s. 104”

[Richard Rudgley, "Alchemia kultury. Od opium do kawy"]

Jak już wspomniałem, strasznie bawią mnie predykcję pojawiające się już z górą sto lat, że rozwój techniki zminimalizuje czas pracy człowieka. Powyższe stwierdzenie Rudgley'a utwierdza mnie w tym przekonaniu.

Jest też to przekonanie poparte zabytkami kultury materialnej: odnaleziono wiele misternych rzeźb w kłach, rogach i kamieniach. Komu dziś by się chciało po 8 godzinach pracy (co w terenie wielkomiejskiego zoo oznacza około 10 godzin pracy brutto) siedzieć i godzinami rzeźbić w rogu lub w skale (nie mówiąc o tworzeniu estetycznych konstrukcji z megalitów). A im się chciało, bo mieli więcej wolnego czasu. Oraz zero rozpraszającej nas w dzisiejszych czasach technologii.

Skądinąd to ciekawe, co spowodowało osiadły tryb życia pierwotnych ludzi. Skoro nakład pracy był większy niż w przypadku łowiectwa, a jakość wyżywienia, jak to gdzieś wyczytałem, po zmianie trybu życia spadła drastycznie (w szczątkach z czasów początków rolnictwa widać skutki niedożywienia i braku podstawowych substancji odżywczych), co było impulsem do tej zmiany? Wszak jeszcze nie wymieranie megafauny, byliśmy jako gatunek jeszcze zbyt mało liczni do tego.

Przypomina mi ten cytat też sformułowanie tego samego autora, że nie należy zbyt prosto ekstrapolować wstecz: to, że sto lat temu żyło się gorzej niż teraz nie oznacza, że tysiąc lat temu żyło się dziesięć razy gorzej. Rozwój cywilizacji to nie tylko ciągły wzrost, ale też i ślepe uliczki, w których utknięci kończy się obniżaniem poziomu życia do stanu, w którym wreszcie nadejdzie chęć, by się wycofać z tej uliczki i pójść w inną stronę. Moim zdaniem w takiej ślepej uliczce tkwimy obecnie, ale powyższe stwierdzenie Rudgley'a nieco ochłodziło moje optymistyczne oczekiwanie, że gdy pójdziemy w inną stronę wreszcie będziemy mieli więcej wolnego czasu. Wygląda na to, że nie, choć zajmować go będzie coś innego - co będzie przynajmniej jakąś odmianą. W chwili, gdy megafaunę wytępiliśmy praktycznie do cna (a zarazem wyszliśmy z Afryki, gdzie klimat sprawiał, że niepotrzebne były solidniejsze schronienia i zapasy na zimę), nie można mieć już nawet nadziei na powrót do raju, gdzie nie trzeba było pracować, a na przeżycie wystarczało trzy do pięciu godzin dziennie. 

11:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 grudnia 2016

Nieswojo mu było z niezwykłym dokonaniem: nadawał się lepiej do nieustannego pościgu, błyskawicznego przerzucania się z jednej hipotezy w drugą, nieskończonego łańcucha doświadczeń. Pomachał rękami jak niepotrzebnymi narzędziami, zaklął lekko i uśmiech załaskotał wargi. - Nigdy nie jesteś sam – to znowu Kiercz. - Zawsze masz w sobie obserwatora, który kontroluje wszystko, od amperomierza do najdrobniejszego własnego gestu.
["Dzieje jednego odkrycia", w: Stanisław Lem, "Człowiek z Marsa. Opowiadania młodzieńcze. Wiersze"]

Przypomniałem sobie ostatnio o tym wewnętrznym obserwatorze podczas wymieniania wad pisarzy. Bo ów wewnętrzny obserwator, który poza obserwowaniem także myśli o tym i ma uwagi do tego, co widzi, myśli słowami, a więc swe obserwacje werbalizuje. A pisarstwo opiera się wszak na werbalizacji.

Tak przynajmniej mam ja, gdyż też posiadam takiego wewnętrznego obserwatora - pełniącego także obowiązki kontrolera. Owa kontrola nierzadko posiada negatywne (subiektywnie lub obiektywnie) konsekwencje (od trudności w upiciu się na umór, bo kontroluję ile piję, zresztą praktycznie od czasu, jak zacząłem pić, bo zauważyłem to już w pierwszych swych digitalizowanych zapiskach:

"bo ze mną jest taki problem, że mnie alkohol mało bierze, zresztą tak samo jak inne narkotyki, bo ja się kurewsko pilnuję" [28.VIII.1996]

poprzez ciągłe skrępowanie tym, że moje starania ktoś - ów obserwator - będzie oglądał, aż po trudność w bezkrytyczne i bezgraniczne zaangażowanie się w daną sprawę, ale bywa mi regularnie przydatna: dzięki niej praktycznie niezależnie od stanu zmęczenia lub upojenia alkoholowego, jestem w stanie wyjąć soczewki kontaktowe.

Mam też tak, że preferować zwykłem błyskawiczne przerzucania się z jednej hipotezy w drugą, nieskończonego łańcucha doświadczeń miast kurczowego trzymania się jednej, z góry upatrzonej. Mam to w takim stopniu, że jestem złego zdania o naukowcach, którzy niczym politycy nie potrafią obiektywnie dostrzec zalet innych hipotez. Bliższe jest mi posiadanie na dany temat pięciu (hail Eris!) wzajemnie się wykluczających hipotez, które mógłbym do bólu falsyfikować, by zobaczyć, która okaże się prawdziwą niż posiadanie jednej, wypieszczonej, przez co czas i wysiłek umysłowy traci się na jej obronę zamiast na dochodzenie do prawdy.

Niczym bohater opowiadania też zwykłem "skakać z kwiatka na kwiatek", miast trzymać się jednej wybranej ścieżki. Tak jak mający wewnętrznego obserwatora Krzysztof Zawada[citation needed], tak i ja studiowałem różne kierunki, zajmowałem się wieloma dziedzinami sztuki, a teraz pracuję już w piątym zawodzie (trzecim, licząc tylko te trwające po kilka lat, nie miesięcy) i na pewno nie będzie on ostatnim. Być może więcej osiągnąłbym trzymając się jednej dziedziny (choć wtedy też łatwo uderzyć w szklany sufit), ale obawiam się, że w pewnym momencie uznałbym trzymanie się tej samej dziedziny za trwające zbyt długo i zacząłbym gorączkowo szukać wyjścia. Byłoby to coś na kształt mitycznego "kryzysu wieku średniego", choć w moim przypadku dopadło by szybciej i więcej niż jeden raz w życiu. Tak przynajmniej miałem w jednej z poprzednich prac i tak zaczynałem mieć w jednym hobby, które przerodziło się w pasję (nijak nie związane z większością studiowanych kierunków, poprzednimi i następnymi hobby czy pracą).

Ciekawe, czy na bazie tego dwuelementowego zbioru można już zaczynać wnioskować o możliwym powiązaniu między tymi elementami. O ile "przeskakiwanie z hipotezy w hipotezę" i "przeskakiwanie z jednego zajęcia na inne, zupełnie inne" wydają się naturalnie występować w symbiozie, o tyle nie wiem, czy to ów wewnętrzny obserwator-kontroler zdaje się być tego przyczyną, czy też jego głos bywa lepiej słyszalny, gdy ma się wiele różnorodnych doświadczeń, czy też są to dwa zupełnie niezależne fenomeny, które akurat występują i u mnie, i u Lemowskiego bohatera (a przez to, podejrzewam, i u samego Lema; to cytat z jednego z jego pierwszych opowiadań, a początkujący pisarze swym bohaterom dają dużo z samego siebie, bo te emocje, odczucia i myśli jako im doskonale znane potrafią dobrze opisać). Chwilowo nie widzę możliwości, by którąś z tych tez sfalsyfikować, ale mój wewnętrzny obserwator - kontroler (kiedyś, w opozycji do Nieuczesanego, nazywałem go Generałem Taktykiem) pracuje nad tym.

09:04, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 listopada 2016

Rusanowowie kochali lud – swój wspaniały lud, służyli temu ludowi i gotowi byli oddać zań życie.

Jednakże z biegiem lat coraz bardziej nie cierpieli – ludności. Tej nieposłusznej, leniwej, wiecznie z czegoś niezadowolonej i nienasyconej ludności.
[Aleksander Sołżenicyn, "Oddział chorych na raka"]

Fantastyczny cytat, którym mi się ostatnimi czasy co rusz przypominał. Akurat właśnie co odbyły się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w czasie których - i po których - można było odnieść wrażenie, że oboje kandydaci i ich wyborcy mogliby się podpisać pod parafrazą w rodzaju: "Kochamy Amerykę, tylko ci mieszkańcy Ameryki...". Trump chciał wyganiać imigrantów i muzułmanów, Clinton zaś uznała wszystkich zwolenników Trumpa za rasistów, a po przegranych wyborach jej zwolennicy nie powstrzymywali się od racial slur'u "white trash". "Ameryka jest wielka i będzie jeszcze większa", brzmiał ich przekaz, "tylko trzeba się pozbyć jednej części społeczeństwa (Trump) lub uznać inną za za niegodną prawa do dyskusji (Clinton)".

Nie inaczej wygląda - a zwłaszcza wyglądało w ogniu zeszłorocznych kampanii - to w Polsce. Jedna część sceny politycznej uważa zwolenników drugiej strony za "gorszy sort", w którym to przekonaniu - to trzeba przyznać - nierzadko wspiera ich druga strona, na pierwszą linię frontu wysuwając kompletnych idiotów. Druga strona uznaje zwolenników przeciwnej partii za zacofanych tępaków o mentalności chłopów folwarcznych, w którym to przekonaniu - trzeba to przyznać - nierzadko wspiera ich druga strona, do prezentacji swych racji wybierając kompletnych idiotów. I tak to trwa od ponad dekady, a obie strony coraz bardziej kadzą swej części społeczeństwa i coraz bardziej alienują drugą, której najchętniej by się z kraju pozbyli, by wreszcie Polska mogła być taka, jaką sobie wymarzą. Jedni chcą nowoczesej europejskiej Polski bez wstydliwego "ciemnogrodu" (który obejmuje c.a. połowę Polaków), drudzy zaś "Polski dla Polaków", ale pod warunkiem, że owi Polacy to nie lewaki, feministki, ateiści et consortes (który to zbiór obejmuje c.a. połowę Polaków).

"Climate is what we want, weather is what we get", głosił kiedyś jeden z Discordian Quotes. I tak jest zdaniem sporej części ludzkości i z ludźmi: chcemy postępowej Polski - a mamy zacofanych mieszkańców ciemnogrodu; chcemy Polski narodowej i katolickiej - a mamy polskich socjalistów, lewaków i homoseksualistów; chcemy wspaniałego ludu - a dostajemy niepasujących do tej wizji ludzi.

09:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2016

Kosmolodzy rozważający początki Wszechświata muszą się odwoływać do Wielkiego Wybuchu. Biolodzy ewolucyjni powinni raczej myśleć w kategoriach drobnych czkawek.
[Robert Foley, "Zanim człowiek stał się człowiekiem"]

Ładny ten bon mot i nawet trafny - ale nie do końca: kilka z tych czkawek niemal zakończyło się zadławieniem, trudno więc określać je mianem drobnych.

Faktycznie jednak w sporej części przypadków ten opis pasuje do sytuacji. Pamiętam typowy argument kreacjonistów - "jak metodą losowej mutacji mógł powstać tak doskonały organ, jakim jest ludzkie oko?" - i badania komputerowe przeprowadzone, by tego dowieść. Okazało się, że wystarczyło 200 tysięcy pokoleń, by ze zwykłej plamki światłoczułej powstał organ równie skomplikowany jak ludzkie oko, na żadnym etapie zmian nie zmniejszając funkcjonalności organu. Co przy okazji nienachalnie akcentuje błąd w zadanym pytaniu - ludzie oko nie jest idealnym organem. Dowolny inżynier, architekt czy inny projektant inteligentnie zaprojektowałby je znacząco lepiej. Ale żaden z nich tego nie zrobił.

Jednak historia życia jest historią ewolucyjno-rewolucyjną i długie okresy drobnych czkawek przedzielone są katastrofalnymi zadławieniami, ucinającymi wiele z gałęzi drzewa życia. Po tych hekatombach następuje bujny rozrost wśród gałęzi, które przetrwały. Wtedy jest szansa skorzystać z nowych, rewolucyjnych rozwiązań w niszach i środowiskach, które wcześniej były zajęte przez zwierzęta, które doskonaliły się w opanowywaniu danej niszy przez miliony lat i trudno było je stamtąd wysiudać. Przez te "wąskie gardła" musieli przejść przodkowie dzisiejszej flory i fauny, nie sposób więc o nich nie wspomnieć.

Mnie to porównanie ewolucji do czkawki przypadło do gustu tym bardziej, że lata temu stworzyłem w głowie bon mot: "Jeżeli istnieje jakiś bóg czy inny Inteligenty Projektant i przyjdzie mi go spotkać po śmierci, to za czkawkę dostanie ode mnie po mordzie" i szukam okazji, by go użyć (powyżej użyłem go już po raz trzeci). Czkawka bowiem moim zdaniem jest najlepszym obrazowo (i jednym z najbardziej upierdliwym, jeżeli chodzi o objawy - przynajmniej dla mnie) argumentem za tym, jak bardzo nieoptymalne ze względu na narastające mutacje w planie podstawowym jest nasze ciało. Chyba że planujący ją Inteligentny Projektant jest nielichym bucem.

07:38, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 listopada 2016

Słyszała kiedyś, co Lew Tołstoj powiedział o swoim bracie: „Miał wszelkie zadatki na pisarza, ale brakowało mu wad, które czynią z człowieka pisarza”.
[Aleksander Sołżenicyn, "Oddział chorych na raka"]

Niezmiernie ubolewam, że wady te nie zostały przez rosyjskiego pisarza - bądź autora bon motu, bądź autora książki - później wymienione. Sam raz na jakiś czas rozważam taki career choice, i miło by mi było stwierdzić, że wynika to z braku danej, konkretnej wady.

Przy braku źródeł pozostają mi własne rozważania na temat tego, co takimi wadami mogło by być. Opisany przez Lema ciągły obserwator z tyłu głowy, który dane sytuacje próbuje od razu opisać, a wypowiedziane zdanie każe przed udźwiękowieniem dopracować w głowie (mogłoby to zostać uznane za wadę, bo utrudnia emocjonalne angażowanie się w sytuację, z czego słyną żywiołowi Słowianie)? Check.

Introwertyczność, utrudniająca brylowanie na salonach? Pisanie jest pracą samotną, a jej większość rozgrywa się w głowie pisarza, umiejętność więc spędzania długich godzin samotnie wydaje mi się nad wyraz przydatna. Może jednak się mylę, ani Kasia Cichopek (autorka trzech książek), ani Krzysztof Ibisz (autor jednej książki) nie wydają się być introwertykami. Jeżeli jednak ją autor miał na myśli - check.

A może chodzi o - nieco związaną z powyższym - umiejętność wejścia w stan flow (czy też "in the Zone", jak mawia Sheldon). Jak głoszą naukowcy, wydatnie pomaga to przy większych projektach, ale utrudnia życie codzienne, które na czas stanu flow się praktycznie eliminuje. Faktycznie, nie potrafię tego stanu osiągnąć - a raczej: być może bym potrafi, gdybym chciał się w niego wprowadzić. A nie chcę, bo za bardzo sobie cenię codzienne życie rodzinne (jeszcze, bo przypuszczam, że jego intensywność i związana z tym chęć mej obecności i uczestnictwa spadnie, gdy Rozczochrańce osiągną wiek nastoletni).

A może, jak pisze Kurt Vonnegut w książce "Losy gorsze od śmierci" (ISBN: 83-7082-741-1), chodzi o depresję, bez której trudno jego zdaniem zostać pisarzem:

Może słyszeliście o badaniach doktor Nancy Andreassen z Centrum Medycznego Uniwersytetu Iowa, która przeprowadziła serię wywiadów z zawodowymi pisarzami, wkładającymi podczas słynnych warsztatów pisarskich, jakie odbywają się na tamtejszej uczelni. Chodziło o sprawdzenie czy nasze, pisarskie nerwice różnią się od nerwic całości społeczeństwa. Okazało się, że większość z nas, w tym ja sam, to osobnicy z wyraźną predylekcją do depresji pochodzący z rodzin obciążonych skłonnościami... do depresji.

Z badań tych wyprowadziłem pewną zasadę, oczywiście bardzo ogólną: nie masz szans zostać dobrym, poważnym pisarzem, jeśli nie wykazujesz skłonności do depresji.
[Kurt Vonnegut, "Losy gorsze od śmierci"]

Trudno depresję określić mianem "wady", ale może o jakieś jej aspekty autorowi chodziło? Jeśli tak, to choć nie mam depresji, to miewam regularnie stany sub-depresyjne i jestem też przekonany, że sporo "wad" depresji też przejawiam. Może więc uznać i ten punkt za spełniony.

Parę zdań dalej Vonnegut pisze o pisarskim alkoholizmie:

Z historii kultury pochodzi inna reguła, która, zdaje się, już się nie sprawdza, a mianowicie że pisarz amerykański, jeżeli chce zdobyć Nagrodę Nobla, musi być alkoholikiem: Sinclair Lewis, Eugene O'Neill, John Steinbeck, samobójca Ernest Hemingway. Według mnie ta reguła nie sprawdza się dlatego, że w naszym kraju wrażliwość artystyczna przestała być uważana za cechę czysto kobiecą. Dziś nie musiałem już pojawić się na tej mównicy po pijanemu ani wczorajszego wieczoru przyłożyć komuś w barze, by udowodnić, że nie jestem tym, kogo nie tak dawno uważano za istotę szczególnie odrażającą, czyli homoseksualistą.
[Kurt Vonnegut, "Losy gorsze od śmierci"]

I on stwierdza, że to była tylko czasowa korelacja powodowana amerykańską purytańską homofobią sprzed kilkudziesięciu lat, i ja przekonany jestem, że Rosjanin, którym bez Tołstoj był, alkoholizmu nie uznałby za wadę. 

A może chodziło o coś zupełnie innego? I tego niestety nie wiem i szkoda, bo zapewne poczułbym się lepiej, moje niezdecydowanie na podjęcie tej profesji mogąc zwalić na "brak wad", a nie na czyste lenistwo (które jest wadą, ale raczej nie taką, która czyni pisarza).

11:03, nieuczesany23
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 listopada 2016

Tak to właśnie bywa. Ludzie są jak wino: nie wszyscy na starość kwaśnieją.
["O Starości", w: Cyceron, "Rozmowy tuskulańskie i inne pisma"]

Zwrócił mą uwagę ten cytat, bo zupełnie inny jest od powszechnych w naszej kulturze powiedzeniach o starszych ludziach. Uczeni jesteśmy od małego, że starszych należy się słuchać, że należne są im szacunek i posłuszeństwo. Stara się dzieci przekonać, że zasoby życiowego doświadczenia i obrośnięcie patyną zmienia ludzi w chodzące ideały, których należy bezwzględnie słuchać. A tu Cyceron inaczej starych ludzi ukazuje - nie tak idealnie, wręcz w negatywnym świetle, uwypuklając ich wadę, a nie zalety. Mam jednak taką opinię o Cyceronie, że nie wątpię ani przez chwilę, że gdyby dożył starości, wygłaszałby orędzia ku czci starości i starych ludzi.

Ja zaś jestem zdania, że ludzie na starość kostnieją - nie tylko fizycznie na poziomie stawów i mięśni, które tracą elastyczność, ale też - a nawet przede wszystkim - umysłowo. Wygląda mi na to, że codziennymi rutynowymi czynnościami wpadamy w coraz głębsze koleiny, z których z wiekiem coraz trudniej się wydostać. "Nie da się nauczyć starego psa nowych sztuczek", a starego człowieka nie sposób przekonać do tezy niezgodnej z dekadami jego przekonań. Stają się starcy więc coraz bardziej rygorystyczni i dogmatyczni, "skostniali w swych poglądach", używając mego określenie czy też "zamarznięci w swej morfie", używając fraz Jacka Dukaja.

Tak postrzegając starość, jako zamknięcie się w klatce wyłącznie własnych przekonań, staram się ją oddalić słuchając i starając się dostrzec racje stojące za wszystkimi stronami. Nie wiem, czy to pomoże, ale takie mam przekonanie, w którym z wiekiem kostnieję.

Wspomniane przez Cycerona "kwaśnienie" może być też nawiązaniem do nostalgii, wspominania czasów minionych jako lepszych ("Lepsze jutro było wczoraj!", głosiło hasło, które przeczytałem w dzieciństwie (dziś już nie piszą takich haseł)), a przez to traktowania obecnych jako gorszych. To może, ale nie musi być prawdą, lecz wspólnym mianownikiem "czasów dawnych" jest to, że ciało opowiadającego było młodsze, bardziej sprawne i nie bolało tak bardzo. 

Zważywszy na tę przywarę starości, można starać się ją oddalić albo dbając o ciało, by jak najbardziej sprawne było w podeszłym wieku albo - zdając sobie sprawę z nieuchronności spadku wydolności organizmu - już teraz zacząć przystosowywać się do życia starca, na przykład spędzając całe godziny bez ruchu w fotelu.

A przede wszystkim nie należy kwaśnieć, jak to się niektórym udaje. Niestety, w tym przypadku radę, jak uniknąć tego w przypadku wina, trudno przenieść na ludzi - ludzie po odcięciu dopływu tlenu rzadko dożywają sędziwego wieku.

Tagi: Rzym
18:43, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 listopada 2016

- Ja nie twierdzę, że jestem prymitywnym człowiekiem czynu – surowo oznajmił Larry. - Moje miejsce jest w świecie idei... dzieł umysłu. Oddaję ci mój umysł do dyspozycji, aby tworzył koncepcje i znajdował rozwiązania, ale wykonawstwo jest sprawą was, ludzi mięśni.
[Gerald Durrell, "Nasza rodzina i inne zwierzęta"]

Jestem niezmiernie zdziwiony, że gdy czytałem tę książkę w dzieciństwie nie przykuł mej uwagi ten cytat. Gdy ją sobie niedawno odświeżałem natychmiast rzucił mi się w oczy. Słowa te wspaniale oddają styl życia, do którego od lat aspiruję - oddawanie się ideom, wykonawstwo pozostawiając komu innemu, zaledwie podwykonawcom, bo wszak liczy się przecież głównie pomysł.

Gdy byłem młodym artystą, fascynował mnie przez chwilę konceptualizm, gdy o nim przeczytałem. Niestety, książka na ten temat nieco ostudziła mą fascynację - co prawda konceptualni architekci nie wznosili budynków (część z nich była nawet niemożliwa do postawienia), to jednak rysowali ich szkice i projekty. Choć nie brudzili rąk zaprawą, to ciągle jednak brudzili je atramentem.

Gdy wraz z przyjaciółmi wspólnie tworzyliśmy grupę młodych artystów, najmilszą częścią naszej działalności było siedzenie w zadymionej (częściowo przez nas) knajpie nad piwem i snucie pomysłów na kolejne dzieła. Pomysły wydawały nam się wspaniałe, miast je jednak realizować, szliśmy po następne piwa. Jedyne co się udało, to zrobić ich listę, nim zapadły w mroki niepamięci.

W pewnym momencie zrobiło się tych projektów na tyle dużo - albo też część z nich wydała nam się na tyle ciekawa - że uznaliśmy, że warto by przynajmniej część z nich zrealizować, zwłaszcza, że ich zrealizowanie wydawało nam się otwierać przed nami wrota do wspaniałego życia bycia docenionym artystą (w czym utwierdzały nas przypadki, gdy nasz pomysł lub pomysł do naszego podobny ktoś kilka miesięcy później niezależnie od nas realizował i za to spadały na niego laury i słowa uznania; nam to nie imponowało, myśmy wymyślili to szybciej). Nadal jednak nie chcieliśmy sami brukać swych umysłów pracą, woleliśmy wymyślać kolejne cudowne idee. Postanowiliśmy więc znaleźć owych "wytwórców", który by nasze projekty fizycznie realizowali pod naszym okiem. I tu trzeba nam przyznać - zniżyliśmy się, i sami własnymi rękami napisaliśmy ogłoszenie o pracę w formie haiku:

Czterej murzyni
Są potrzebni od zaraz
Najlepiej biali

Niestety, napisanie tego ogłoszenia w ilości sztuk większe niż jedna lub też powiedzenie go gdziekolwiek były już dla nas zbyt czynnościami zbyt mało godnymi, więc nigdy tego nie uczyniliśmy i żadnych murzynów (czego angielskim odpowiednikiem byłoby chyba termin ghost artist) nie udało nam się znaleźć, a nasze projekty wciąż czekają, czekają i schną.

(W ramach literackiej dygresji mogę dodać, że byłem już wtedy wielkim fanem Jonasza Kofty i w tamtych czasach ciągle po głowie mi chodziła - i wciąż nierzadko chodzi - puenta wiersza "Sposób": "Zamiast zostawić nieskończoną / Pozostaw pracę nie zaczętą", co było z powyższą metodą działania wyjątkowo niesprzeczne.)

Wydaje mi się, że tendencje ku owemu "światu teorii niepotwierdzonej praktyką" miałem już w dzieciństwie. Może jednak zaczęły się dopiero w wieku nastoletnim i dlatego, gdy czytałem tę książkę in my tweens cytat ten jeszcze przemknął przed mymi oczami nie zwracając mej uwagi. Parę lat później byłoby już na pewno inaczej, a sam raczej identyfikowałbym się z Larry'm niż piszącym te słowa i będącym podmiotem lirycznym Geraldem.

Co ciekawe, wtedy właśnie bardziej identyfikowałem się z Geraldem, choć był on zafascynowany fauną we wszelkich jej przejawach, a mnie zaś fauna na żywo nie interesowała wcale: nie zbierałem żyjątek, nie obserwowałem owadów, nie spoufalałem się z czworonogami, a mysz japońska, którą wtedy posiadałem, po trzech dniach fascynacji zaczęła mnie śmiertelnie nudzić. Za to bardzo miło mi było o wszelkich zwierzętach czytać. Najwyraźniej moje ciągoty do teorii tak się wtedy objawiały...

21:55, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2016

[LV, sarkofag z Rzymu]
PRZECZYTAJ I UWIERZ
Jest, jak widzisz. Tak oto. Nie może być inaczej.
["Rzymskie epitafia, zaklęcia i wróżby", wybrała Lidia Storoni Mazzolani]

21:38, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA