RSS
poniedziałek, 28 listopada 2016

Kosmolodzy rozważający początki Wszechświata muszą się odwoływać do Wielkiego Wybuchu. Biolodzy ewolucyjni powinni raczej myśleć w kategoriach drobnych czkawek.
[Robert Foley, "Zanim człowiek stał się człowiekiem"]

Ładny ten bon mot i nawet trafny - ale nie do końca: kilka z tych czkawek niemal zakończyło się zadławieniem, trudno więc określać je mianem drobnych.

Faktycznie jednak w sporej części przypadków ten opis pasuje do sytuacji. Pamiętam typowy argument kreacjonistów - "jak metodą losowej mutacji mógł powstać tak doskonały organ, jakim jest ludzkie oko?" - i badania komputerowe przeprowadzone, by tego dowieść. Okazało się, że wystarczyło 200 tysięcy pokoleń, by ze zwykłej plamki światłoczułej powstał organ równie skomplikowany jak ludzkie oko, na żadnym etapie zmian nie zmniejszając funkcjonalności organu. Co przy okazji nienachalnie akcentuje błąd w zadanym pytaniu - ludzie oko nie jest idealnym organem. Dowolny inżynier, architekt czy inny projektant inteligentnie zaprojektowałby je znacząco lepiej. Ale żaden z nich tego nie zrobił.

Jednak historia życia jest historią ewolucyjno-rewolucyjną i długie okresy drobnych czkawek przedzielone są katastrofalnymi zadławieniami, ucinającymi wiele z gałęzi drzewa życia. Po tych hekatombach następuje bujny rozrost wśród gałęzi, które przetrwały. Wtedy jest szansa skorzystać z nowych, rewolucyjnych rozwiązań w niszach i środowiskach, które wcześniej były zajęte przez zwierzęta, które doskonaliły się w opanowywaniu danej niszy przez miliony lat i trudno było je stamtąd wysiudać. Przez te "wąskie gardła" musieli przejść przodkowie dzisiejszej flory i fauny, nie sposób więc o nich nie wspomnieć.

Mnie to porównanie ewolucji do czkawki przypadło do gustu tym bardziej, że lata temu stworzyłem w głowie bon mot: "Jeżeli istnieje jakiś bóg czy inny Inteligenty Projektant i przyjdzie mi go spotkać po śmierci, to za czkawkę dostanie ode mnie po mordzie" i szukam okazji, by go użyć (powyżej użyłem go już po raz trzeci). Czkawka bowiem moim zdaniem jest najlepszym obrazowo (i jednym z najbardziej upierdliwym, jeżeli chodzi o objawy - przynajmniej dla mnie) argumentem za tym, jak bardzo nieoptymalne ze względu na narastające mutacje w planie podstawowym jest nasze ciało. Chyba że planujący ją Inteligentny Projektant jest nielichym bucem.

07:38, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 listopada 2016

Słyszała kiedyś, co Lew Tołstoj powiedział o swoim bracie: „Miał wszelkie zadatki na pisarza, ale brakowało mu wad, które czynią z człowieka pisarza”.
[Aleksander Sołżenicyn, "Oddział chorych na raka"]

Niezmiernie ubolewam, że wady te nie zostały przez rosyjskiego pisarza - bądź autora bon motu, bądź autora książki - później wymienione. Sam raz na jakiś czas rozważam taki career choice, i miło by mi było stwierdzić, że wynika to z braku danej, konkretnej wady.

Przy braku źródeł pozostają mi własne rozważania na temat tego, co takimi wadami mogło by być. Opisany przez Lema ciągły obserwator z tyłu głowy, który dane sytuacje próbuje od razu opisać, a wypowiedziane zdanie każe przed udźwiękowieniem dopracować w głowie (mogłoby to zostać uznane za wadę, bo utrudnia emocjonalne angażowanie się w sytuację, z czego słyną żywiołowi Słowianie)? Check.

Introwertyczność, utrudniająca brylowanie na salonach? Pisanie jest pracą samotną, a jej większość rozgrywa się w głowie pisarza, umiejętność więc spędzania długich godzin samotnie wydaje mi się nad wyraz przydatna. Może jednak się mylę, ani Kasia Cichopek (autorka trzech książek), ani Krzysztof Ibisz (autor jednej książki) nie wydają się być introwertykami. Jeżeli jednak ją autor miał na myśli - check.

A może chodzi o - nieco związaną z powyższym - umiejętność wejścia w stan flow (czy też "in the Zone", jak mawia Sheldon). Jak głoszą naukowcy, wydatnie pomaga to przy większych projektach, ale utrudnia życie codzienne, które na czas stanu flow się praktycznie eliminuje. Faktycznie, nie potrafię tego stanu osiągnąć - a raczej: być może bym potrafi, gdybym chciał się w niego wprowadzić. A nie chcę, bo za bardzo sobie cenię codzienne życie rodzinne (jeszcze, bo przypuszczam, że jego intensywność i związana z tym chęć mej obecności i uczestnictwa spadnie, gdy Rozczochrańce osiągną wiek nastoletni).

A może, jak pisze Kurt Vonnegut w książce "Losy gorsze od śmierci" (ISBN: 83-7082-741-1), chodzi o depresję, bez której trudno jego zdaniem zostać pisarzem:

Może słyszeliście o badaniach doktor Nancy Andreassen z Centrum Medycznego Uniwersytetu Iowa, która przeprowadziła serię wywiadów z zawodowymi pisarzami, wkładającymi podczas słynnych warsztatów pisarskich, jakie odbywają się na tamtejszej uczelni. Chodziło o sprawdzenie czy nasze, pisarskie nerwice różnią się od nerwic całości społeczeństwa. Okazało się, że większość z nas, w tym ja sam, to osobnicy z wyraźną predylekcją do depresji pochodzący z rodzin obciążonych skłonnościami... do depresji.

Z badań tych wyprowadziłem pewną zasadę, oczywiście bardzo ogólną: nie masz szans zostać dobrym, poważnym pisarzem, jeśli nie wykazujesz skłonności do depresji.
[Kurt Vonnegut, "Losy gorsze od śmierci"]

Trudno depresję określić mianem "wady", ale może o jakieś jej aspekty autorowi chodziło? Jeśli tak, to choć nie mam depresji, to miewam regularnie stany sub-depresyjne i jestem też przekonany, że sporo "wad" depresji też przejawiam. Może więc uznać i ten punkt za spełniony.

Parę zdań dalej Vonnegut pisze o pisarskim alkoholizmie:

Z historii kultury pochodzi inna reguła, która, zdaje się, już się nie sprawdza, a mianowicie że pisarz amerykański, jeżeli chce zdobyć Nagrodę Nobla, musi być alkoholikiem: Sinclair Lewis, Eugene O'Neill, John Steinbeck, samobójca Ernest Hemingway. Według mnie ta reguła nie sprawdza się dlatego, że w naszym kraju wrażliwość artystyczna przestała być uważana za cechę czysto kobiecą. Dziś nie musiałem już pojawić się na tej mównicy po pijanemu ani wczorajszego wieczoru przyłożyć komuś w barze, by udowodnić, że nie jestem tym, kogo nie tak dawno uważano za istotę szczególnie odrażającą, czyli homoseksualistą.
[Kurt Vonnegut, "Losy gorsze od śmierci"]

I on stwierdza, że to była tylko czasowa korelacja powodowana amerykańską purytańską homofobią sprzed kilkudziesięciu lat, i ja przekonany jestem, że Rosjanin, którym bez Tołstoj był, alkoholizmu nie uznałby za wadę. 

A może chodziło o coś zupełnie innego? I tego niestety nie wiem i szkoda, bo zapewne poczułbym się lepiej, moje niezdecydowanie na podjęcie tej profesji mogąc zwalić na "brak wad", a nie na czyste lenistwo (które jest wadą, ale raczej nie taką, która czyni pisarza).

11:03, nieuczesany23
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 listopada 2016

Tak to właśnie bywa. Ludzie są jak wino: nie wszyscy na starość kwaśnieją.
["O Starości", w: Cyceron, "Rozmowy tuskulańskie i inne pisma"]

Zwrócił mą uwagę ten cytat, bo zupełnie inny jest od powszechnych w naszej kulturze powiedzeniach o starszych ludziach. Uczeni jesteśmy od małego, że starszych należy się słuchać, że należne są im szacunek i posłuszeństwo. Stara się dzieci przekonać, że zasoby życiowego doświadczenia i obrośnięcie patyną zmienia ludzi w chodzące ideały, których należy bezwzględnie słuchać. A tu Cyceron inaczej starych ludzi ukazuje - nie tak idealnie, wręcz w negatywnym świetle, uwypuklając ich wadę, a nie zalety. Mam jednak taką opinię o Cyceronie, że nie wątpię ani przez chwilę, że gdyby dożył starości, wygłaszałby orędzia ku czci starości i starych ludzi.

Ja zaś jestem zdania, że ludzie na starość kostnieją - nie tylko fizycznie na poziomie stawów i mięśni, które tracą elastyczność, ale też - a nawet przede wszystkim - umysłowo. Wygląda mi na to, że codziennymi rutynowymi czynnościami wpadamy w coraz głębsze koleiny, z których z wiekiem coraz trudniej się wydostać. "Nie da się nauczyć starego psa nowych sztuczek", a starego człowieka nie sposób przekonać do tezy niezgodnej z dekadami jego przekonań. Stają się starcy więc coraz bardziej rygorystyczni i dogmatyczni, "skostniali w swych poglądach", używając mego określenie czy też "zamarznięci w swej morfie", używając fraz Jacka Dukaja.

Tak postrzegając starość, jako zamknięcie się w klatce wyłącznie własnych przekonań, staram się ją oddalić słuchając i starając się dostrzec racje stojące za wszystkimi stronami. Nie wiem, czy to pomoże, ale takie mam przekonanie, w którym z wiekiem kostnieję.

Wspomniane przez Cycerona "kwaśnienie" może być też nawiązaniem do nostalgii, wspominania czasów minionych jako lepszych ("Lepsze jutro było wczoraj!", głosiło hasło, które przeczytałem w dzieciństwie (dziś już nie piszą takich haseł)), a przez to traktowania obecnych jako gorszych. To może, ale nie musi być prawdą, lecz wspólnym mianownikiem "czasów dawnych" jest to, że ciało opowiadającego było młodsze, bardziej sprawne i nie bolało tak bardzo. 

Zważywszy na tę przywarę starości, można starać się ją oddalić albo dbając o ciało, by jak najbardziej sprawne było w podeszłym wieku albo - zdając sobie sprawę z nieuchronności spadku wydolności organizmu - już teraz zacząć przystosowywać się do życia starca, na przykład spędzając całe godziny bez ruchu w fotelu.

A przede wszystkim nie należy kwaśnieć, jak to się niektórym udaje. Niestety, w tym przypadku radę, jak uniknąć tego w przypadku wina, trudno przenieść na ludzi - ludzie po odcięciu dopływu tlenu rzadko dożywają sędziwego wieku.

Tagi: Rzym
18:43, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 listopada 2016

- Ja nie twierdzę, że jestem prymitywnym człowiekiem czynu – surowo oznajmił Larry. - Moje miejsce jest w świecie idei... dzieł umysłu. Oddaję ci mój umysł do dyspozycji, aby tworzył koncepcje i znajdował rozwiązania, ale wykonawstwo jest sprawą was, ludzi mięśni.
[Gerald Durrell, "Nasza rodzina i inne zwierzęta"]

Jestem niezmiernie zdziwiony, że gdy czytałem tę książkę w dzieciństwie nie przykuł mej uwagi ten cytat. Gdy ją sobie niedawno odświeżałem natychmiast rzucił mi się w oczy. Słowa te wspaniale oddają styl życia, do którego od lat aspiruję - oddawanie się ideom, wykonawstwo pozostawiając komu innemu, zaledwie podwykonawcom, bo wszak liczy się przecież głównie pomysł.

Gdy byłem młodym artystą, fascynował mnie przez chwilę konceptualizm, gdy o nim przeczytałem. Niestety, książka na ten temat nieco ostudziła mą fascynację - co prawda konceptualni architekci nie wznosili budynków (część z nich była nawet niemożliwa do postawienia), to jednak rysowali ich szkice i projekty. Choć nie brudzili rąk zaprawą, to ciągle jednak brudzili je atramentem.

Gdy wraz z przyjaciółmi wspólnie tworzyliśmy grupę młodych artystów, najmilszą częścią naszej działalności było siedzenie w zadymionej (częściowo przez nas) knajpie nad piwem i snucie pomysłów na kolejne dzieła. Pomysły wydawały nam się wspaniałe, miast je jednak realizować, szliśmy po następne piwa. Jedyne co się udało, to zrobić ich listę, nim zapadły w mroki niepamięci.

W pewnym momencie zrobiło się tych projektów na tyle dużo - albo też część z nich wydała nam się na tyle ciekawa - że uznaliśmy, że warto by przynajmniej część z nich zrealizować, zwłaszcza, że ich zrealizowanie wydawało nam się otwierać przed nami wrota do wspaniałego życia bycia docenionym artystą (w czym utwierdzały nas przypadki, gdy nasz pomysł lub pomysł do naszego podobny ktoś kilka miesięcy później niezależnie od nas realizował i za to spadały na niego laury i słowa uznania; nam to nie imponowało, myśmy wymyślili to szybciej). Nadal jednak nie chcieliśmy sami brukać swych umysłów pracą, woleliśmy wymyślać kolejne cudowne idee. Postanowiliśmy więc znaleźć owych "wytwórców", który by nasze projekty fizycznie realizowali pod naszym okiem. I tu trzeba nam przyznać - zniżyliśmy się, i sami własnymi rękami napisaliśmy ogłoszenie o pracę w formie haiku:

Czterej murzyni
Są potrzebni od zaraz
Najlepiej biali

Niestety, napisanie tego ogłoszenia w ilości sztuk większe niż jedna lub też powiedzenie go gdziekolwiek były już dla nas zbyt czynnościami zbyt mało godnymi, więc nigdy tego nie uczyniliśmy i żadnych murzynów (czego angielskim odpowiednikiem byłoby chyba termin ghost artist) nie udało nam się znaleźć, a nasze projekty wciąż czekają, czekają i schną.

(W ramach literackiej dygresji mogę dodać, że byłem już wtedy wielkim fanem Jonasza Kofty i w tamtych czasach ciągle po głowie mi chodziła - i wciąż nierzadko chodzi - puenta wiersza "Sposób": "Zamiast zostawić nieskończoną / Pozostaw pracę nie zaczętą", co było z powyższą metodą działania wyjątkowo niesprzeczne.)

Wydaje mi się, że tendencje ku owemu "światu teorii niepotwierdzonej praktyką" miałem już w dzieciństwie. Może jednak zaczęły się dopiero w wieku nastoletnim i dlatego, gdy czytałem tę książkę in my tweens cytat ten jeszcze przemknął przed mymi oczami nie zwracając mej uwagi. Parę lat później byłoby już na pewno inaczej, a sam raczej identyfikowałbym się z Larry'm niż piszącym te słowa i będącym podmiotem lirycznym Geraldem.

Co ciekawe, wtedy właśnie bardziej identyfikowałem się z Geraldem, choć był on zafascynowany fauną we wszelkich jej przejawach, a mnie zaś fauna na żywo nie interesowała wcale: nie zbierałem żyjątek, nie obserwowałem owadów, nie spoufalałem się z czworonogami, a mysz japońska, którą wtedy posiadałem, po trzech dniach fascynacji zaczęła mnie śmiertelnie nudzić. Za to bardzo miło mi było o wszelkich zwierzętach czytać. Najwyraźniej moje ciągoty do teorii tak się wtedy objawiały...

21:55, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2016

[LV, sarkofag z Rzymu]
PRZECZYTAJ I UWIERZ
Jest, jak widzisz. Tak oto. Nie może być inaczej.
["Rzymskie epitafia, zaklęcia i wróżby", wybrała Lidia Storoni Mazzolani]

21:38, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 października 2016

Inni fizycy podkreślają znaczenie podstawowych własności fizycznych Wszechświata. Obliczono, na przykład, że gdyby masy podstawowych cząstek materii, takich jak kwarki lub elektrony, lub siły działające pomiędzy nimi, lub wreszcie zakłócenia, do których doszło we wczesnych fazach istnienia Wszechświata, różniły się od rzeczywistych nawet w minimalnym stopniu, we Wszechświecie nie wytworzyłyby się galaktyki, w galaktykach nie wytworzyłyby się gwiazdy, a wokół gwiazd nie wytworzyłyby się planety, zawierające atomy węgla i inne pierwiastki niezbędne do powstania życia.

Niektórzy fizycy, tłumacząc pewne szczególne właściwości Wszechświata, opierają się na wynikach tych właśnie obliczeń. Teoria ta, znana jako zasada antropiczna, brzmi następująco: gdyby cechy szczególne Wszechświata były inne niż są, nie istniałoby rozumne życie, które mogłoby ten Wszechświat postrzegać. Ponieważ jednak życie rozumne istnieje, Wszechświat musi mieć takie cechy szczególne, jakie ma. Innymi słowy, istnienie Wszechświata jest tłumaczone po prostu tym, że my istniejemy, aby go postrzegać.

Choć słowem „Wszechświat” określa się zazwyczaj „całość wszystkich istniejących rzeczy”, niektórzy fizycy zawężają jego znaczenie do całości przestrzeni fizycznie połączonej z przestrzenią, w której żyjemy. Z ogólnej teorii względności Einsteina wynika, że istnieje możliwość współistnienia wielu całkowitych, zupełnie niezależnych od siebie wszechświatów. Oznacza to, że w każdym z tych wielu wszechświatów mogą obowiązywać inne podstawowe prawa fizyki. Zupełnie przypadkowo w naszych Wszechświecie zaistniały warunki sprzyjające powstaniu życia i właśnie dlatego istniejemy, choć równie dobrze moglibyśmy nie istnieć. Zgodnie z tym punktem widzenia, boska interwencja nie była konieczna. Życie powstało przypadkowo z nieskończonej liczby możliwości.
[Lee Silver, "Raj poprawiony. Nowy wspaniały świat?"]

Ano właśnie. Już o tym pisałem, że tak jak ludzie wpierw przekonani byli, że istnieje tylko jedna planeta, potem - jeden układ słoneczny, wreszcie - tylko jedna galaktyka, tak teraz dominuje przekonanie, że istnieje tylko jeden wszechświat. W związku z tym we wszelkich przypadkach wynikających z prawa wielkich liczb doszukują się ukrytego znaczenie, którym zwykle bywa jakiś bóg.

A tak naprawdę skoro mógł powstać Wszechświat, to mogło powstać ich niezliczona ilość. Nie przypominam sobie, by były ograniczone przestrzenią ni czasem (to, że nasz wszechświat ma jakiś swój początek, nie oznacza, że multiversum też mieć musi). Pamiętam teorię, która kiedyś nad wyraz przypadła mi do gustu, a głosiła, że nasz wszechświat powstał w ramach fluktuacji kwantowej, podobnej do tych, które tworzą pary cząstka - antycząstka, która nie była - poza wielkością - niczym niespodziewanym. Wielkość problemem też nie była, bo fluktuacje kwantowe mogą być i spore, tyle tylko, że wraz ze wzrostem energii stworzonej przykładowej pary cząstka - antycząstka spada częstotliwość ich występowania - nigdy jednak do zera. Trochę z ową teorią kłócą się ostatnie badania naukowców mówiące, że w odróżnieniu od ww. pary nasz wszechświat nie zamierza z powrotem wrócić do jednego punktu. Mam też jednak świadomość, że nauka wciąż się rozwija i trudno mówić, byśmy posiedli ją całą. Zwłaszcza dlatego, że tak mówili już ludzie, którzy uważali, że istnieje tylko jedna planeta, a potem ci, którzy sądzili, że istnieje tylko jedna galaktyka[citation needed]...

Ostatnimi laty bardziej przemawia do mnie hipoteza, że nasz trójwymiarowy wszechświat powstał w chwili zdarzenia lub przecięcia się dwu więcejwymiarowych "bran" (M-bran). Nie tłumaczy ona jednak, skąd wziąć się miały owe brany, co niezmiennie przypomina mi tłumaczenie Ericha von Dänikena o kosmitach, usłyszane ze ćwierć wieku temu, gdy mnie jeszcze interesował Erich von Däniken. Twierdził on, że ludzkość stworzyli kosmici, mutując genetycznie małpy, a potem ucząc ludzi pierwotnych swych sztuk. Na pytanie, kto stworzył kosmitów odpowiedział szybko - "inni kosmici". Nie uciekł jednak do końca w rekurencję (wzorem Pratchettowskiej anegdoty o żółwiach), bo chwilę potem dodał "a tych kosmitów - lub kolejnych - stworzył Bóg". 

Ja jednak jestem zwolennikiem prawa wielkich liczb i jego konsekwencji. Skoro nie możemy wykluczyć a priori istnienia wielu wszechświatów i musimy się liczyć z tą - zyskującą coraz większą popularność - teorią liczyć, nie potrzebujemy niczym Laplace hipotezy Boga. Nie potrzebujemy tez żadnego innego wytłumaczenia "wyjątkowości" naszego wszechświata, tak doskonale pasującego do naszego gatunku. Wszechświatów może być nieskończona - lub przynajmniej niezliczona - liczba i każdy może być wyjątkowy w swych właściwościach. Sporo z nich zapewne nie jest zbyt stabilne, przeważająca większość nie jest w stanie "wyhodować" sobie życia, ale skoro czas nie ogranicza ich powstawania, wcześniej czy później powstać ma szansę taki, w którym życie powstanie i zdąży nieco się rozwinąć i nikogo nie powinno to dziwić (a nawet wiele takich, nie tylko jeden jedyny). A to, że my akurat w takim właśnie żyjemy, jest zgodnie z twierdzeniem Bayesa oczywiste.

22:41, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 października 2016

Przypuśćmy, że możliwe stało się nie tylko stworzenie sztucznej inteligencji, ale także umieszczenie jej w sztucznym ciele, nieróżniącym się jednak od ciała ludzkiego. Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia dowiadujemy się, że nasz najlepszy przyjaciel nie jest człowiekiem z krwi i kości, ale składa się z elektronicznych części – jest czymś w rodzaju inteligentnej odmiany jednej z Żon ze Stepford lub obdarzonym uczuciami Terminatorem. W jakim stopniu zmieniłby się nasz stosunek do tej osoby? Czy przestalibyśmy się przyjaźnić? Czy miałoby dla nas znaczenie, czy ta osoba jest martwa czy... żywa?
[Lee Silver, "Raj poprawiony. Nowy wspaniały świat?"]

Dla mnie odpowiedzi na te trzy pytania brzmią, odpowiednio: w żadnym, nie, nie - ale ja mam specyficznego najlepszego przyjaciela.

Nieogolony, bo to o niego chodzi, miewał na swej drodze życiowej epizody ciężkiej depresji, które - ponieważ zdarzały się one nim Beata Pawlikowska wydała swą rewolucyjną książkę - potrafiły trwać całe miesiące. W najcięższych z nich wydawał mi się właśnie raczej automatem niż suwerenną jednostką ludzką (o ile takowe istnieją[citation needed]), reagując wręcz mechanicznie na bodźce i nie przejawiając żadnej własnej inicjatywy nawet w rozmowie. Nie przeszkodziło mi się z nim regularnie spotykać i wspólnie zanietrzeźwiać, choć nie wykluczam, że mogło wpłynąć na jakość prowadzonych w nietrzeźwym stanie dialogów.

Z doświadczenia więc wiem, że gdyby Nieogolony okazał się być androidem, nadal starałbym się z nim raz na jakiś czas spotkać i wspólnie zanietrzeźwić. Jedyna zmianą w mym zachowaniu mogło by być to, że bardziej dopytywałbym się o to, jak widzi świat swymi elektronicznymi oczami i cybernetycznym mózgiem ("Beauty is in the eye of the beholder", napisałem kiedyś. "Actually, in the medial orbitofrontal cortex of the beholder", zripostował). I intensywniej namawiałbym go na obejrzenie serialu "Total Recall 2070", by podzielił się wiedzą, czy dobrze jest tam przedstawiony jest tam świadomy i inteligentny android alfa.

10:35, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 października 2016

Pesymista w każdym wariancie ma powody do radości – albo cieszy się z tego, że miał rację, albo jeszcze bardziej z tego, że jej nie miał.
[Wojciech Orliński, "Internet. Czas się bać"]

Nie wiem, czy jestem pesymistą in generalis, ale bywam. Zdarza mi się miewać pesymistyczne myśli i wieszczyć nadejście gorszej z możliwych opcji. Zwykle jednak, jako zwolennik spoglądania na sprawę z obu stron, snuję w głowie konsekwencje wszystkich możliwych rozwojów wypadków. Nie dziwią mnie wtedy negatywne konsekwencje zaistniałego gorszego wyboru - bo wcześniej już je przewidziałem. Nie dziwi mnie też samo zaistnienie gorszego wyboru, bo od początku traktowałem je z niezerowym prawdopodobieństwem. Od kilkunastu miesięcy w obu tych przypadkach przypominam sobie przeczytany wtedy powyższy cytat mego ulubionego marksisty.

Teraz przypomniał mi się on w ramach pierwszego z wymienionych przypadków - ostatnio nachodzącej mnie pesymistycznej myśli. W ramach teoretycznego rozważania hipotetycznych przyszłych sytuacji i mego w nich zachowania, zacząłem rozważać, jakie by tu wysłać życzenia noworoczne na popularnym portalu społecznościowym. Pomysły krążyły się wokół zdania "Życzę wam, by nadchodząca wojna nie zaczęła się jeszcze w nadchodzącym roku". W ramach teoretycznych rozważań hipotetycznych konsekwencji takich życzeń, stwierdziłem, że gdy ktoś oskarży mnie o pesymizm, odpowiem właśnie powyższym cytatem.

Gdyż znacznie bardziej bym się cieszył, gdybym okazał się panikarzem i okazało się, że za dziesięć lat będziemy wiedli wspaniałe życia w odnowionej i kwitnącej w nowej formule Unii Europejskiej, mocarstwa miast skupiać się na grozie militarnej, zaczną konkurować w przestrzeni kosmicznej (Rosjanie lecą na Księżyc!), dzięki czemu świat zaleją nowoczesne technologie, dzięki którym ekonomia działać będzie prężnie, a stopa życiowa poprawiać się zauważalnie z roku na rok - a w tym wszystkim Polska rozkwitnie na skutek Nowego Jedwabnego Szlaku. Naprawdę, wolałbym to niż ponurą satysfakcję ze spełnienia mych kasandrycznych wizji, nawet gdyby krewni i znajomi mieli się ze mnie i mych ponurych wizji nabijać.

Nie przypuszczam też, bym - jeżeli moje pesymistyczne myśli się sprawdzą - cieszył się wtedy z tego, że miałem rację. Raczej mam nadzieję, że rozmyślanie nad tym pozwoli mi dostrzec zbliżające się symptomy lub lepiej (bo bez paniki) na zaistniałą sytuację zareagować. Może tak być, ale wolałbym się o tym nie przekonywać na własnej skórze.

W ramach drugiego z wymienionych przypadków przypomni mi się ten cytat, jeśli listopadowe wybory w Stanach Zjednoczonych wygra Trump. Jeszcze (a raczej: już; jeszcze parę dni temu zdarzało mi się) tego nie wieszczę, ale (wciąż) przypuszczam, że jest to możliwe. I jeżeli taka sytuacja nastąpi, też sobie te słowa w głowie powtórzę.

13:15, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 października 2016

14 Amerykański filozof Mark Johnson (1993: 5) pisał: "To moralnie nieodpowiedzialne, żeby myśleć i działać, jakbyśmy posiadali uniwersalny, niezależny od naszej cielesności rozum, który generuje reguły absolutne, procedury podejmowania decyzji oraz powszechne lub kategoryczne prawa, dzięki którym możemy odróżnić to, co dobre, od tego, co złe w każdej sytuacji".
[Frans de Waal, "Bonobo i ateista. W poszukiwaniu humanizmu wśród naczelnych"]

Nie wiem, czy od razu "moralnie nieodpowiedzialne" (i sam autor, jak wczytać się w jego słowa, też nie uznaje tej tezy za kategoryczne prawo), ale na pewno błędne, i to na wielu poziomach.

Po pierwsze, nie posiadamy niezależnego od naszych ciał umysłu. Choć jako solipsystę[citation needed] i pasjonata teorii "mózgu w słoiku" Boltzmanna może budzić to mój wewnętrzny sprzeciw, przyznać muszę, że według współczesnych badań naukowych oraz anegdotycznych codziennych doświadczeń oczywiste jest, że ciało oddziałuje na umysł. Wystarczy się zastanowić, jak wychodzą nam zadania umysłowe w czasie natarczywej choroby, jak bardzo jesteśmy tolerancyjni będąc przeszywani falami bólu zęba i jak bardzo jesteśmy logiczni po dwóch nieprzespanych nocach. W jednym z programów serii "Wild Weather" ukazany był eksperyment z ochładzaniem osoby - po wystawieniu odpowiednio długo na mróz testowany osobnik miał kłopot z banalnym odliczeniem w dół co siedem zaczynając od stu.

Wiedza o tym wpłynęła na kilka moich procesów myślowych. Jej skutkiem, gdybym przypadkiem dorobił się fortuny i zdecydował się na zamrozić swe umierające ciało do czasów, aż będzie można przenieść mój mózg w inne, prócz mózgu starałbym się zamrozić całe ciało (lub przynajmniej komórki macierzyste, by móc sobie wyklonować nowe) oraz zestaw bakterii w mych jelitach, które też wpływają na działanie umysłu.

Dzięki tej wiedzy zatraciłem wiarę w szybki rozwój Sztucznej Inteligencji. Cybernetycy najwyraźniej nadal za dobrą monetę mają dualizm Kanta i nie przejmują się ciałem dla tworzonych umysłów. Udało się tą metodą stworzyć niezłe systemy eksperckie, ale na "Osobliwość" nie liczę, wcześniej ta metoda "odbije się od ściany".

Mimo to umysł taki, naznaczony cielesnością, jest w stanie formułować "reguły absolutne", znane powszechnie pod nazwą "matematyka".

Procedury podejmowania decyzji, choć większość umysłów jest w stanie je w dobrych warunkach sobie wyklarować, znacząco zależą od stanu naszych ciał. Umysł w ciele zmęczonym lub głodnym będzie starał się wybrać najmniej angażującą (lub najmniej czasu zajmującą) w danej chwili opcję, nawet jeżeli zdaje sobie sprawę, że będzie to w przyszłości oznaczało zwiększoną porcję pracy i wysiłku.

Zaś powszechne prawa nie zależą tylko od jednego umysłu (sprawdzić, czy nie solipsysta[citation needed]), lecz od gromady lub (super)plemienia ludzkiego, które ma być im poddane. Owe plemię zmienia się z pokolenia na pokolenie, a prawa powinny ewoluować wraz z nim. Trudno bowiem znaleźć prawo, które obowiązywałoby we wszystkich kulturach we wszystkich sytuacjach. Nawet najbardziej podstawowy zakaz kazirodztwa bywał legalnie łamany - czy to w dynastiach faraonów (i dlatego były tam "dynastie", a nie "dynastia") czy - zdaniem niektórych naukowców - u samego zarania gatunku ludzkiego (w myśl tej teorii pierwszym protoczłowiekiem, na skutek mutacji genetycznej nieco innym niż reszta małpoludów, był samiec, który zapłodnił samicę i gdy ta urodziła mu córkę - zaczął płodzić kolejne dzieci już z ową córką; jeśli to prawda, to doprawdy urodziliśmy się jako gatunek w grzechu pierworodnym...).

Powszechny zakaz zabijania też jest pełen wyjątków. Skutkiem tej niekonsekwencji dochodzi później do absurdalnych sytuacji, w których kapłan boga zakazującego zabijać (Piąte/Szóste Przykazanie) święci maszyny przeznaczone do zabijania ludzi, a jego wyznawcy proszą go o pomoc w nadchodzącej wojnie[citation needed].

Skoro nawet te dwa najbardziej chyba podstawowe nakazy moralne są względne, o jakich kategorycznych i absolutnych nakazach może być mowa? Każdy umieszczony w przynajmniej umiarkowanie zdrowym ciele umysł powinien to zauważyć - gdyby nie to, że poza ciałem na umysł wpływa też grupa społeczna, w jakiej się on wychowuje - lub, używając innej terminologii, jest tresowany. A to sprawia, że próby stworzenia kodeksu moralnego, który pasować będzie wszystkim, zawsze spełzną na niczym. Pozostaje więc pytanie, czy w takim przypadku wszyscy powinni się podporządkować prawom narzuconym przez najsilniejszą grupę społeczną ze wspólnym zbiorem zasad (który to pogląd zdaje się popierać większość ludzkości), czy też ustalić tylko pewien minimalny zakres reguł, pozwalając dopisywać kolejne wewnątrz różnych wspólnot, zgodnie z tych wspólnot poglądami (za którym to poglądem optuję ja).

19:55, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Geograficznie zdefiniowane miejsce urodzenia zawsze jest punktem kulturowego odniesienia
[Ewa Kopczyńska, "Dynamika kształtowania prywatnej ojczyzny na przykładzie Ziemi Lubuskiej", w: "Podróż i miejsce w perspektywie antropologicznej"]

Nie zgodzę się z autorką. Choć argumentuje ona później, że 

Ojczyzna prywatna to nie tylko sentyment dla miasta, ulicy, przyrody i sąsiadów, ale także związane z tym wszystkim wyobrażenie o miejscu pochodzenia. Zatem nie chodzi tu tylko o afekt, ale także, jak mawiał Ossowski, czynniki przekonaniowe. Obecność tych ostatnich sprawia, że miejsce, w którym się dorastało i zbierało doświadczenia dzieciństwa (więź nawykowa), nie zawsze jest tym samym, co prywatna ojczyzna.

, to jednak wydaje mi się, że naturalne dla dziecka jest raczej uznanie za swą ojczyznę prywatną podwórka, na którym się wychowało i dopiero wtłaczana, często bez chęci słuchającego, do dziecięcej głowy wiedza o tym, gdzie wcześniej mieszkali rodzice sprawia, że dorastający człowiek nabiera z owym miejscem więzi.

Sam nie jestem dobrym przykładem za lub przeciwko tej tezie - mimo wielu przeprowadzek urodziłem się, wychowałem i do niedawna mieszkałem w jednym mieście. Działo to się jednak w różnych jego dzielnicach i przyznać muszę, że nie odczuwam żadnej więzi z dzielnicą, w której stoi szpital, w którym się urodziłem, ani z dzielnicą, w której przeżyłem kilka pierwszych tygodni życia, ani nawet z dzielnicą, w której żyłem do wieku około dwóch lat. Za to tę dzielnicę, w której spędziłem dzieciństwo, bez wahania uznam za mą małą, prywatną ojczyznę, z którą związany czuję się bardziej niż z dwiema kolejnymi, w których mieszkałem - choć nie mieszkam tam już prawie od dwóch dekad i w tym czasie jedynie z rzadka przechodzę przez me stare podwórko, a tylko dwa razy wchodziłem do mej ówczesnej klatki schodowej.

Dla kontrastu, który będzie mógł zostać za wiele lat uznany za anecdata za lub przeciw tezie autorki, zupełnie inaczej potoczyło się dzieciństwo Rozczochrańców. Urodzili się w jednym mieście, z którym poza faktem urodzenia nie mają nic wspólnego, od wieku dni trzech do lat ponad sześciu (w przypadku Rozczochranej) lub ponad czterech (w przypadku Rozczochranego) żyli i dorastali w innym, a teraz podlegli kolejnej przeprowadzce kilkadziesiąt kilometrów dalej. Zobaczymy więc, gdy dorosną, które z tych miejsc uznawać będą za swą prywatną ojczyznę. Nie sądzę jednak - choć może się mylę - by było to miasto ich urodzenia, tak jak nie sądzę, by punktem kulturowego odniesienia dzieci podróżników i globtroterów były miejsca, gdzie w czasie podróży ich matki ich urodziły. Podobnie nie sądzę, by nieliczne dzieci urodzone na pokładach samolotów były w jakiś sposób z tego powodu kulturowo odmienne od reszty (choć znany jest mi fantastyczny film o fikcyjnym przykładzie takiego zachowania w przypadku dziecka urodzonego na statku).

12:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA