RSS
sobota, 07 stycznia 2017

MIŁOŚĆ OJCZYZNY
[Przez] Imć Pana G. Zaratino Castelliniego

Krzepki młodzieniec stojący między słupem dymu, co wydobywa się z ziemi, a płomieniem ogniska.
[Cesare Ripa, "Ikonologia"]

Wypisz, wymaluj:

Jeno wieńca z chwastów w ręku brakuje...

(To zdjęcie alegorii Miłości Ojczyzny wykonała Nina Rybińska dla strony dlaStudenta.pl)

09:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2016

Walka jest dla ludzi, którzy nie odnieśli sukcesu w żadnej innej profesji.
[Steven Erikson, "Bramy Domu Umarłych"]

Mimo ich pozornego piękna, nie zgodzę się ze słowami Kalama, którymi chciał zniechęcić młodego Kesena. Jestem przekonany - zwłaszcza od czasu usłyszenia słów Dwighta McCarthy'ego tyczących Marva w "Sin City" - że istnieją ludzie, którzy zostali stworzeni do walki (wersja dla kreacjonistów) lub urodzili się z predyspozycjami do walki (wersja dla darwinistów).

W swym życiu miałem okazję poznać wielu ludzi z tzw. "ruchu rycerskiego", w tym kilku zawodników Polskiej Ligi Walk Rycerskich. Część z nich (choć, trzeba przyznać uczciwie, nie wszyscy, a może nawet nie większość) odniosła sukcesy w innych dziedzinach (jeden na przykład jest uznanym chirurgiem), a jednak nadal pasjonuje ich walka, na tyle bezpośrednia i realistyczna, na ile da się bez ryzykowania życia. Poświęcają swój czas na treningi i turnieje, a swe pieniądze na coraz lepszy sprzęt. Coś więc musi być innego, co ich ku temu skłania.

Nie jest to, jak w przypadku Marva z "Miasta grzechu", alkohol, bo część z nich nie pija wcale lub przynajmniej go nie nadużywa. To jest swoisty fenomen w naszym kraju: ludzie, którzy na tyle poważnie traktują swą waleczną pasję, że nie piją alkoholu, bo wiedzą, że obniży to ich sprawność następnego dnia.

Nie jest to agresja, bo większość z nich poza walkami zachowań agresywnych nie przejawia. Raz jedynie widziałem przypadek, gdy jeden z walczących poza walkami poprosił stojącą w pobliżu osobę, by bez wcześniejszego ostrzeżenia nie klepała go od tyłu po plecach i barkach, "bo mogą się włączyć odruchy". Cieszyłem się wtedy, że w mych pasjach nie dotarłem nigdy nie punktu, w którym "włączające się odruchy" mogą spowodować, że zrobię komuś krzywdę bez wcześniejszego tego przemyślenia.

Może to chęć wykorzystania swych warunków fizycznych ("Mam 190cm wzrostu i ważę 120kg, a tu mogę wreszcie komuś przygrzmocić!") - ale część z tych walczących, którzy pewnie w czasach regularnych wojen zaciągnęliby się do armii, jest nawet poniżej średniej dla warunków fizycznych swojej kohorty. Nie sposób więc i tym wyjaśnić wszystkich przypadków fascynacji walką.

Nie o samą fascynację jednak tu chodzi. To nie tylko pasjonaci walki - to ci, z pasjonatów, którzy są w tej, dość jasno określającej przewagę jednego pasjonata nad drugim, pasji dobrzy. To ludzie wybrani do reprezentowania środowiska nie na podstawie głosów jury i publiczności, lecz walk eliminacyjnych. Mimo to trudno znaleźć tego, było nie było, elitarnego grona cechy wspólne, może poza dobrą tężyzną fizyczną.

Dokładne określenie, co ich ku walce ciągnie, jest dla mnie o tyle trudniejsze, że ja tego na pewno nie mam. Nie ciągnie mnie do walki, a wszystkie stoczone nietreningowe walki na miecze przegrałem (choć kilka walk na punkty nie do zera). Jednak wiem tyle, że powyższe słowa prawdą nie są. Niewykluczone, że ludzie, którzy odnieśli sukces w innych dziedzinach mniej są skłonni stawać do walki - ale większość ludzi powyżej 20 roku życia nie jest skłonna tego czynić niezależnie od poczucia życiowego sukcesu. Gdy przeżyje się Achillesa, znacząco wzrasta chęć do długiego i nudnego życia zamiast życia krótkiego, lecz godnego bohatera.

16:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2016

Unde malum, skąd zło – zastanawiali się niedawno Kołakowski z Miłoszem i ojcem Kłoczowskim. Dołożyłem do tego swój kamyczek w artykule dla pewnego niemieckiego pisma. Przytoczyłem tam ostatnie hipotezy dotyczące powstania człowieka. Wedle nich kilka milionów lat temu, kiedy lodowiec naparł na kontynent afrykański, pchając przed sobą masy chłodnego powietrza, lasy zaczęły rzednąć, rozpoczęło się wielkie stepowienie i wtedy praczłowiek – wtedy jeszcze roślinożerny – zlazł na ziemię. O rośliny przez cały rok było coraz trudniej, więc biedak zaczął najpierw żywić się ścierwem, jak hieny czy szakale, a potem biegać za zwierzyną. Nawet gepard, który potrafi biegać ponad sto kilometrów na godzinę, już po jakichś ośmiuset, dziewięciuset metrach wysiada, jest szybkobiegaczem na krótki dystans, a ten biedny człowiek biegał i biegał, w głowie robiło mu się od tego coraz goręcej, neurony się psuły i zaczynały się tym gwałtowniej mnożyć, a mózg – powiększać.

Hipoteza ryzykowna, sam w nią raczej nie wierzę, ale modna, no i tłumaczy, czemu człowiek z roślinożercy stał się padlinożercą a potem drapieżnikiem po prostu, myśliwym, biegał z kamieniem w ręku, a gdy zdarzyło mu się jakiegoś bliżej nie znanego kolegę trafić, to go spożył gdzieś w pieczarze. W konkluzji napisałem, że stąd może płynie ta agresja, która w nas tkwi, może straszliwą tę drzazgę odziedziczyliśmy po praprzodkach, a szczątek ich pamięci rozsiany jest w naszych genach.
["Dziedzictwo praczłowieka?", w: Stanisław Lem, "Lube czasy"]

Pamiętam, że usłyszałem tę hipotezę o wzroście objętości mózgu, choć w nieco zmienionej wersji, mniej więcej wtedy, kiedy i Lem, piszący te słowa w latach 1994-95, w sali od geografii w trakcie rozmowy z Nieogolonym i Niewesołym. Nie padły tam słowa o "psuciu neuronów", lecz o mózgu służącego do schładzania krwi podgrzanej wysiłkiem organizmu. W związku z tą rolą, istniało parcie ewolucyjne (choć te słowa wtedy nie padły) na większe mózgi, które pozwalały dłużej biec za zwierzyną, a przez to więcej jej, zmęczonej ucieczką, upolować. Stąd też skokowy wzrost objętości mózgu, za czym poszły wszystkie jego miejscami niedogodne konsekwencje.

Później mniej czytałem już o tej hipotezie - ale też później czytałem wiele książek na ten temat napisanych i wydanych przed tą cezurą czasową, więc nie wiem, czy związanie skokowego wzrostu objętości czaszki jest nadal uznawane za spowodowane zmianą diety na bardziej mięsną (spożywanie mięsa, a zwłaszcza mięsa poddanego obróbce termicznej, pozwoliło zmniejszyć wielkość zębów, więc i rozmiar żuchwy, co pozwoliło na zupełną zmianę kształtu profilu twarzoczaski, przez co wysklepiło czaszkę na czole i pozwoliło zmieścić większy mózg) jest nadal obowiązującą hipotezą, czy było nią tylko do owej teorii sprzed ponad dwóch dekad.

Niezależnie od tego, zupełnie inaczej wygląda odpowiedź na pytanie "unde malum". Otóż gatunek ludzki nie jest pod tym względem wyjątkiem. Przemoc, w tym przemoc nieuzasadniona (jak szympansy dla zabawy ukręcające główki małpiatkom), przemoc seksualna (jak orangutany gwałcące orangutanice), przemoc względem młodych (jak uprawiające dzieciobójstwo goryle) czy przemoc przesadna, przejawiają inne naczelne. Odpowiedzi trzeba by więc szukać na tym poziomie, traktując człowieka jako gatunek, który na skutek być może niepowiązanych z przyczyną agresywności cech mógł tę cechę w pełni okazać.

Co może być ta przyczyną? Przekroczenie przez gatunek pewnego poziomu inteligencji? Nie słyszałem o delfinach atakujących się nawzajem - choć czytałem o okrutnych zabawach delfinów ze zwierzętami będącymi ich pożywieniem. (O świniach nie czytałem nic, to jakoś mniej wdzięczny temat do badań).

Jedną z rzeczy łączących wszystkie naczelne jest brak syntezy witaminy C przez ich organizmy. Większość gatunków to potrafi, zdolność tę utraciły właśnie naczelne (jak i "świnki morskie, nietoperze owocożerne, pstrągi, łososie, niektóre ptaki oraz niektóre rasy psów (np. dalmatyńczyk)"). Może więc to w spowodowało jakąś gatunkową skłonność do przemocy? Podejrzewam jednak, że gdyby były badania wykazujące skłonność do przemocy świnek morskich, dalmatyńczyków czy łososi, coś bym o tym wiedział - a populacja trzymanych przez ludzi świnek morskich i dalmatyńczyków drastycznie by spadła.

(Nie dalej jak wczoraj Niewesoły zwrócił mą uwagę, że nie tylko witaminy C organizm ludzki nie syntetyzuje. Może więc przyczyną nadmiernej agresywności jest niedobór którejś z pozostałych witamin?)

Nie uważam też, byśmy jako gatunek byli przesadnie agresywni. W naturalnych warunkach, gdy ludzkość żyła w małych plemionach mających swe tereny zbieracko-łowieckie, większość konfliktów rozwiązywano okrzykami. (Mój ulubiony Brytyjczyk opowiadał raz o tym, że żołnierze rzadko zwykli zabijać przeciwnika, uzupełniając to anegdotką o tym, jak jeszcze podczas I wojny światowej uzbrojeni żołnierze stojący w odległości paru kroków od siebie zaczęli się odstraszać rzucając kamieniami, nie korzystając ze swej broni.) Dopiero, gdy Ziemia stała się przeludniona, a większość przedstawicieli gatunku zaczęło żyć w "ludzkich ZOO", zaczęła się powszechna agresja, niczym u szczurów (są inteligentne, ale jak właśnie sprawdziłem syntetyzują witaminę C) zamkniętych w zbyt małej klatce. Myślę więc, że stąd pochodzi obecna w naszych czasach przemoc. Skłonności do niej mamy faktycznie rzędowe, a ich eskalacja wiąże się ze zbytnią liczebnością gatunku. 

Rozwiązanie problemu przemocy jest więc dość proste, o ile tylko znajdzie się ktoś, kto celem zakończenia przemocy międzyludzkiej postanowi wybić 95 (może raczej 99) procent ludzkości. Niestety, bez użycia przemocy problem jest nierozwiązywalny (przy dzisiejszym poziomie nauki i technologii kolonizacja innych planet to mrzonka, a ogólnoświatowy program antykoncepcyjny nie uzyska ogólnoświatowej zgody na przeprowadzenie, nie mówiąc już o tym, że spowodowałby bunt sporej części ludzkości), pozostaje więc mieć nadzieję, że ze względu na naszą agresywność wcześniej się jako gatunek sami wybijemy niż zrujnujemy do cna tę planetę.

11:16, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 grudnia 2016

- Taki właśnie rodzaj piękna chciałem ci pokazać – powiedział Orolo. – Dostrzeżenie i pokochanie piękna spotykanego na każdym kroku to rzecz wielkiej wagi. To nasza jedyna obrona przed brzydotą, która przy pierwszej okazji opadnie cię ze wszystkich stron.
[Neal Stephenson, "Peanatema"]

Kolejne słowa fraa Orolo, pod którymi mógłbym się podpisać, i to nawet obiema rękami. Cieszę się, że udaje mi się czasem zachwycić pięknem spotkanym przypadkiem: krajobrazem, układem liści na drzewie, kwiatem lub nawet wbitym w ziemię patykiem.

Ponieważ zauważyłem tę cechę u siebie dopiero po tym, jak zacząłem zażywać narkotyki, a nawet po tym, jak zacząłem zażywać je regularniej, a u innych osób zauważam tę cechę rzadko (by nie powiedzieć, że praktycznie wcale; nie mówię bowiem o fascynacji pasjonata obiektem swej pasji, co widziałem wielokrotnie, lecz zachwytem piękna niespodziewanego i z pasją nijak nie związanego, "dostępnego" dla wszystkich), zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to skutek uboczny narkotyzowania się: "haj" kończy się po paru godzinach, lecz zmieniona biochemia mózgu może oddziaływać na me postrzeganie rzeczywistości jeszcze przez dłuższy czas, liczony w dniach. Potrafię jednak czasem (choć rzadko) zauroczyć się widokiem, gdy od ostatniego odurzenia się minęło kilka a nawet kilkanaście dni, więc hipoteza ta wydaje mi się mało prawdopodobna - chyba że na skutek wieloletniego zażywania zmiany w biochemii mego mózgu są już trwałe.

Może być tak, że zauważam to piękno tylko wtedy, gdy jestem w stanie hipomaniakalnym. Czasem jednak nawet w dniu, gdy czuję się przeciętnie lub raczej kiepsko potrafi mnie zauroczyć na minutę lub choćby pół jakiś widok, choćbym kwadrans wcześniej i później nastrój miał minorowy, więc też wydaje mi się to prawdopodobne. Na pewno za to jest tak, że by to piękno dostrzec nie mogę być zestresowany. Stres zamyka mi oczy na to piękno, a związany z nim pośpiech nie pozwala często nawet na nie spojrzeć.

Faktycznie jednak ujrzenie tego piękna pomaga przed dopadnięciem przez brzydotę świata. Zwłaszcza miasta są pod tym względem mocnym dostarczycielem wrażeń. Pamiętam jeszcze szarość i burość miast schyłkowego PRL-u, więc doceniam odświeżoną kolorystykę, ale kolorystyka nie zapobiegnie brzydocie budynku, który ma fatalną bryłę lub jest kompletnie niedopasowany do otoczenia. A takich "kwiatków" jest w polskich miastach od groma - napisano nawet o tym książkę, którą udało mi się przeczytać (ISBN: 978-83-7536-556-6).

Poza nimi bywa już lepiej, ale najładniejszy krajobraz oszpecić może leżący tak worek pełen śmieci. Jeszcze rdzewiejące fragmenty samochodów czy rowerów czasem potrafią wyglądać urokliwie (zwłaszcza mocno już pordzewiałe lub wpasowane w otoczenie), o tyle plastikowy wór na śmieci lub stosik plastikowych butelek (i potłuczonych szklanych przy okazji) szpeci zawsze i bezwzględnie. Widok ten boli, ale na szczęście zwykle da się chwilę później dostrzec piękno innego zakątka krainy, które pozwoli ten ból przemóc (można - a być może nawet należy - też próbować, w ramach wolnego czasu, ten bałagan posprzątać, jednak kilka podjętych prób uświadomiło mi, gdy wychodziłem z lasu z workiem pełnym śmieci, a droga którą przebyłem była na oko dokładnie tak samo zaśmiecona jak przed moim przejściem, jak bardzo przekraczająca jednego człowieka jest to praca, zwłaszcza w lasach miejskich i podmiejskich).

10:52, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2016

(...) chandra męczy nas i zawsze staramy się z niej wyzwolić. Jednakże potrzebna do tego siła nie rodzi się w jednej chwili, konieczny jest czas, aby mogła ona zgromadzić się w ilości niezbędnej do przezwyciężenia chandry. Pijąc piwo czekamy na ten błogosławiony moment. I tu następuje patologiczne przesunięcie wywołane działaniem tropiku. A mianowicie - w chwili zbliżania się błogosławionego momentu, w którym moglibyśmy spokojnie i godnie przezwyciężyć chandrę, wytwarza się w nas gwałtownie jakaś nadwyżka siły, nie wiadomo skąd pochodząca, nadwyżka, która nas rozsadza i uderza do mózgu falą krwi, i żeby ten nadmiar siły upuścić, musimy niewinnego przyjaciela wyrżnąć w głowę. Jest to wybuch chandryczny - zjawisko znane wszystkim bywalcom tropiku. Jeżeli jesteśmy świadkami takiej sceny, nie należy interweniować, ponieważ nie ma już powodu, tym jednym ciosem człowiek uwolnił się od nadwyżki i jest teraz normalnym, przytomnym, wyzwolonym z chandry osobnikiem. Opisać inne zachowania w okresie chandry. Zmiany fizjologiczne w stanach przewlekłych: sen szarych komórek, znieczulenie opuszków palców, utrata wrażliwości na kolory i ogólne przytępienie wzroku, okresowa utrata słuchu itd., dużo byłoby mówić.
["C.d. planu nigdy nie napisanej książki, która mogłaby (itd.)", w: Ryszard Kapuściński, "Wojna futbolowa"]

Tak jak Kapuściński - zgodnie z uroczym tytułem felietonu[citation needed] - nigdy nie opisał chyba dokładnie innych chandrycznych zachowań, poza tym krótkim akapitem, tak i mnie nie udał się jeszcze plan sprzed prawie dwóch dekad:

"Dół – cudowne uczucie – kiedyś je dokładnie opiszę (te łaskotanie w klatce piersiowej, odczucie „guli” w przełyku, etc.)." [31.03.0]

Jeżeli faktycznie chandra wygląda tak, jak tu zdawkowo opisał ją Kapuściński, wyjaśnienie obu tych niepodjętych prób może być wspólne: w tym stanie trudno jest zabrać się za zrobienie czegoś, a gdy stan mija i znów ma się energię do roboty - pozostają jedynie skrawki wspomnień i wrażeń z jego trwania (a zwłaszcza jego początkowej fazy). Trudno się przy rozwijającym dole zabrać za spisywanie na bieżąco wrażeń, nawet tych czysto fizycznych jak owa "gula" w przełyku (choć jak już napisałem, fizyczne objawy wyprzedzają o kilkadziesiąt minut apatię i brak chęci), przy chandrze podczas "snu szarych komórek" zapewne też.

Przeciwstawianie się zaś trendowi, rozkładającej apatii i braku chęci, by zapisać to, co się przeżywa, wpłynęłoby na samo doznanie - i tym samym opis nie byłby opisem "dołu", tylko "dołu przezwyciężonego" (a przynajmniej "przezwyciężanego"), co może być czymś podobnym w objawach, ale nie nie identycznym (z powodu tych samych obiekcji mam obiekcję do metody "obserwatora uczestniczącego", popularnej w badaniach społeczno-kulturowych[citation needed]). Pozostają nam więc tylko takie zdawkowo relacje - lub, jeżeli ktoś ma własne doświadczenie, blaknące z czasem wspomnienia[citation needed].

13:04, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 grudnia 2016

Nad schyłkiem XX wieku ciąży widmo rozbestwienia. Wydaje mi się, że w przyszłym stuleciu przyjdzie kryzys nie tylko klasycznego kapitalizmu, ale i demokracji typu permisywnego. Natura ludzka winna być niestety w ryzach trzymana.
["Pod prysznicem", w: Stanisław Lem, "Lube czasy"]

Lem wielkim poetą futurologiem był. Powszechnie wiadomo, że przewidział rzeczywistość wirtualną (fantomatykę), Internet, pendrive'y (triony) czy e-booki (optony), ale jak się okazuje skuteczność jego prognoz nie ograniczała się do nauk technicznych. Jak widać z powyższego cytatu sprzed ponad dwóch dekad ("Lube czasy" to książkowe wydane jego felietonów do "Tygodnika Powszechnego" z lat 1994 - 1995), potrafił też przewidzieć trendy społeczne.

Jak widać wszędzie wkoło (Polska, Anglia, USA, niebawem m.in. Francja i Niemcy), "demokracja typu permisywnego" jest obecnie, od około roku czy dwóch, w odwrocie. Jako - w odróżnieniu od Lema najwyraźniej - jej zwolennik żywię przekonanie, że na starość będę opowiadał wnukom, że "rok 2016 to był ten rok, w którym wszystko się sp...doliło". Spędziłem bowiem w owych permisywnych czasach młodość i nad wyraz miło je sobie wspominam i z chęcią widziałbym jej dalsze trwania. Choćby dlatego, że wtedy większym społecznym przyzwoleniem cieszy się posiadanie przez mężczyzn długich włosów.

O tym, że nadmiar możliwości potrafi człowieka sparaliżować przed podjęciem decyzji, wiedziałem już zanim obejrzałem TED-Talk'a na ten temat. Jako liberał jestem jednak zdania, że w związku z tym każdy człowiek powinien mieć prawo przystąpić do dowolnej wspólnoty, która ograniczy mu pole wyboru. Trend globalny jest jednak taki, by na wszelki wypadek ograniczyć wolność wyboru wszystkim - niczym posadzenie wszystkich na wózkach inwalidzkich, by nikt nie przewrócił się podczas chodzenia.

Przy owych globalnych trendach moje chęci i preferencje są jednak niczym. Choć "demokracja permisywna" nie zdążyła zapuścić korzeni (ani wydać owoców) w naszym kraju (wbrew głośnym okrzykom jej przeciwników), uznaje się ją za winną obecnego stanu rzeczy. A za ten bardziej odpowiada "klasyczny kapitalizm" (a raczej jego wypaczona wersja, którą Rafał A. Ziemiewicz określa mianem "post-kolonialnej"), z kryzysu i upadku którego się nawet ucieszę. Niestety upadek jednego pociągnie za sobą i drugie, moje emocje będą więc ambiwalentne. 

Niemniej nie zgadzam się na to, by ograniczać za bardzo ludzką wolność wyboru. Uważam, że możliwość skierowania swej uwagi i prac w dowolnym kierunku, choć nieraz sprowadzić może na manowce, potrafi doprowadzić do użytecznych lub przynajmniej ciekawych miejsc, do których droga w innych warunkach byłaby niedostępna i jedynym ograniczeniem powinno być liberalne - albo nawet libertarialne - "wolność jednostki kończy się w miejscu, gdzie zaczyna się wolność drugiej jednostki".

Być może to dlatego, że w odróżnieniu od Lema wychowałem się w czasach rozbestwienia (o grach komputerowych z setkami zabitych, litrami krwi i ogromem przemocy lub oglądanych przeze mnie serialach, które teraz wspominam z nostalgią, Lem wypowiadał się wyraźnie negatywnie). Może gdyby wychował się w "starych, porządnych czasach", inaczej bym te rozrywki oceniał, a nie zmarnowawszy na nie młodości wyrósłbym na bardziej wartościowego człowieka. O ile oczywiście przeżyłbym wojnę, z którą porządne czasy z hierarchiczną strukturą społeczeństwa i bezmyślnym posłuszeństwem dla władz wydają mi się dość mocno powiązane.

18:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 grudnia 2016

Ale nasza [korespondentów agencji prasowych] praca przypomina zajęcie piekarza - jego bułki mają smak, dopóki są świeże, po dwóch dniach czerstwieją, po tygodniu pokrywa je pleśń i nadają się tylko do wyrzucenia.
["C.d. planu nigdy nie napisanej książki, która mogłaby (itd.)", w: Ryszard Kapuściński, "Wojna futbolowa"]

I pomyśleć, że Kapuściński pisał to jeszcze w czasach prasy drukowanej! Dziś, przy monetaryzowanej żądzy czytelnika, by o wszystkim wiedzieć od razu, nawet gdy informacje nie są tego godne ("Nie ważne, czy ciekawe i ważne, ważne, że nowe!"), nawet owe dwa dni to zbrodnia na czytelniku, który niusa tyczącego informacji z wczoraj nie tknie nawet kijkiem.

(Miewam nietypowy tryb pracy i zdarza mi się nie mieć całymi dniami dostępu do internetu. Doprawdy czasem trudno bywa się wieczorem przed komputerem dowiedzieć, co działo się w polityce w ciągu dnia - a przynajmniej przed godziną 14. Czasem da się tego dowiedzieć, bo wciąż "na jedynce" portali wisi link do artykułu ze świeżym komentarzem do sytuacji z zamierzchłego poranka. Czasem jednak nie - a do oryginalnego wydarzenia, choćby było dziesięciokrotnie ważniejsze niż cała reszta, odnośnika braknie, bo przecież kto był zainteresowany, już zdążył przeczytać zdaniem redakcji.)

Dlatego też staram się unikać na blogach komentowania "spraw bieżących" ze światka polityki. Mam umysł schodkowy i gdy wreszcie wpadnę na odpowiedni komentarz, nikogo to już nie interesuje. Nawet z innymi "sprawami aktualnymi" miewam problem. Gdy umarł niedawno Leonard Cohen, byłem w stanie spuentować to kadrem z "Miami Vice" z nim dopiero kilka dni dopiero po jego śmierci, a nawet pogrzebie. Gdy - jeszcze niedawniej - umarł Fidel Castro, gdy wreszcie wpadłem na odpowiednią puentę (tekst z komiksu "The Watchmen" "Beneath me, this awful city, it screams like an abbatoir full of retarded children. New York. On friday night, a Comedian died in New York.", ze zmienionym Nowym Jorkiem na Hawanę i "Comedian" na "Commandant"), El Comandante nie był zimny tylko dlatego, że na Kubie panuje wieczny skwar.

Świadom tego, gdy już wreszcie piszę me uwago do bieżących spraw politycznych, czynię to na tyle rzadko, by niemal wszystkie te uwagi były już pokryte pleśnią. Wolę miast szybkiego, komentarz raczej przemyślany, przez kilka chwil dopracowywany. Nawet ten krótki i mało znaczący wpis odstawiłem na kilka dni od pierwszego szkicu, by "dojrzał" i dzięki temu czasowi mogę stwierdzić, że bliższe mi podejście do pisania Wittlina niż Kapuścińskiego, bo w międzyczasie przypomniałem sobie na publikowany już tu cytat z niego.

Nie odmawiam bynajmniej innym umiejętności błyskawicznego pisania zgrabnego, głębokiego i na temat. Obawiam się jednak, patrząc na poziom tak pisanych artykułów i wiadomości, że tak jak w każdej innej dziedzinie na jednego Kapuścińskiego, który to potrafił, przypada setka dziennikarzy, którzy głębię przemyśleń zastępują ulotnymi emocjami i bełkotem pustych fraz.

Nie nadawałbym się więc raczej nijak na korespondenta, ani pewnie na reportera. Kiedyś prace te uznawane były za dobre wprowadzenie do profesji pisarza, którą z chęcią bym się parał. Nie sądzę, by było tak nadal, a i prace te - poza regularnym obcowaniem ze słowem pisanym - wydają mi się jednak odmienne (zwłaszcza w przypadku pisarza powieściowego, obracającego się w świecie fabuły). Co nie zmienia faktu, że wielu reporterów książki swe wydaje - lub przynajmniej o wydawaniu ich myśli, do czego Kapuściński nad wyraz ładnie nawiązuje w tytule felietonu (i kilku innych)[citation needed] - "Ciąg dalszy książki, której nigdy nie napiszę"[citation needed]. Być może w nich reporter może odsprzedać co ładniejsze ze swych spleśniałych bułek, które mogą mimo swego wieku - albo właśnie z jego powodu - stać się pożywką dla głębszych, szerszy obszar obejmujących, rozważań i przemyśleń.

11:14, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 grudnia 2016

W późnym okresie starszej epoki kamienia (…) gatunek Homo sapiens sapiens potwierdził swą mocną pozycję w przyrodzie dzięki gospodarce opartej na łowiectwie, rybołówstwie i zbieractwie. Członkowie niektórych ze współcześnie żyjących kultur prowadzą podobny tryb życia i jeszcze do niedawna uważano, że niemal cały swój czas poza snem przeznaczają na poszukiwanie żywności. W rzeczywistości jednak, co wykazują liczne badania w różnych częściach świata, dorosły potrzebuje przeciętnie 3-5 godzin dziennie na zdobycie potrzebnego pożywienia.[1] Myśliwy polujący z głodu jest raczej wyjątkiem niż regułą. Jak się zdaje, w społecznościach łowiecko-zbierackich ludzie mają pod dostatkiem wolnego czasu.

„Ekstrapolując dane etnograficzne na prahistorię, można powiedzieć o neolicie [młodszej epoce kamienia] to samo, co John Stuart Mill powiedział o wszystkich urządzeniach ułatwiających pracę: że nigdy nie wynaleziono nic takiego, co pozwoliłoby komukolwiek zaoszczędzić choćby minutę pracy. W neolicie sytuacja nie poprawiła się znacznie w stosunku do paleolitu, jeśli chodzi o ilość czasu na głowę potrzebnego do zdobycia środków utrzymania; najprawdopodobniej po wynalezieniu rolnictwa ludzie zaczęli pracować ciężej.”[2]

Wybitny archeolog pradziejowy dochodzi do bardzo zbliżonych wniosków:

„Istnieją liczne dane wskazujące, że ludy łowiecko-zbierackie nie tylko miały pożywienia pod dostatkiem, ale też cieszyły się sporą ilością wolnego czasu, znacznie większą, niż dysponują współcześni robotnicy przemysłowi, czy rolni, a nawet profesorowie archeologii.”[3]

[1] Sahlins M., 1972, „Stone Age Economics”, Tavistock Publications Ltd., London, str. 34

[2] Ibid., s. 35

[3] Binford i Binford, cytat za Feyerabend P., 1982, „Science in a Free Society”, Verso Editions/New Left Books, London, s. 104”

[Richard Rudgley, "Alchemia kultury. Od opium do kawy"]

Jak już wspomniałem, strasznie bawią mnie predykcję pojawiające się już z górą sto lat, że rozwój techniki zminimalizuje czas pracy człowieka. Powyższe stwierdzenie Rudgley'a utwierdza mnie w tym przekonaniu.

Jest też to przekonanie poparte zabytkami kultury materialnej: odnaleziono wiele misternych rzeźb w kłach, rogach i kamieniach. Komu dziś by się chciało po 8 godzinach pracy (co w terenie wielkomiejskiego zoo oznacza około 10 godzin pracy brutto) siedzieć i godzinami rzeźbić w rogu lub w skale (nie mówiąc o tworzeniu estetycznych konstrukcji z megalitów). A im się chciało, bo mieli więcej wolnego czasu. Oraz zero rozpraszającej nas w dzisiejszych czasach technologii.

Skądinąd to ciekawe, co spowodowało osiadły tryb życia pierwotnych ludzi. Skoro nakład pracy był większy niż w przypadku łowiectwa, a jakość wyżywienia, jak to gdzieś wyczytałem, po zmianie trybu życia spadła drastycznie (w szczątkach z czasów początków rolnictwa widać skutki niedożywienia i braku podstawowych substancji odżywczych), co było impulsem do tej zmiany? Wszak jeszcze nie wymieranie megafauny, byliśmy jako gatunek jeszcze zbyt mało liczni do tego.

Przypomina mi ten cytat też sformułowanie tego samego autora, że nie należy zbyt prosto ekstrapolować wstecz: to, że sto lat temu żyło się gorzej niż teraz nie oznacza, że tysiąc lat temu żyło się dziesięć razy gorzej. Rozwój cywilizacji to nie tylko ciągły wzrost, ale też i ślepe uliczki, w których utknięci kończy się obniżaniem poziomu życia do stanu, w którym wreszcie nadejdzie chęć, by się wycofać z tej uliczki i pójść w inną stronę. Moim zdaniem w takiej ślepej uliczce tkwimy obecnie, ale powyższe stwierdzenie Rudgley'a nieco ochłodziło moje optymistyczne oczekiwanie, że gdy pójdziemy w inną stronę wreszcie będziemy mieli więcej wolnego czasu. Wygląda na to, że nie, choć zajmować go będzie coś innego - co będzie przynajmniej jakąś odmianą. W chwili, gdy megafaunę wytępiliśmy praktycznie do cna (a zarazem wyszliśmy z Afryki, gdzie klimat sprawiał, że niepotrzebne były solidniejsze schronienia i zapasy na zimę), nie można mieć już nawet nadziei na powrót do raju, gdzie nie trzeba było pracować, a na przeżycie wystarczało trzy do pięciu godzin dziennie. 

11:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 grudnia 2016

Nieswojo mu było z niezwykłym dokonaniem: nadawał się lepiej do nieustannego pościgu, błyskawicznego przerzucania się z jednej hipotezy w drugą, nieskończonego łańcucha doświadczeń. Pomachał rękami jak niepotrzebnymi narzędziami, zaklął lekko i uśmiech załaskotał wargi. - Nigdy nie jesteś sam – to znowu Kiercz. - Zawsze masz w sobie obserwatora, który kontroluje wszystko, od amperomierza do najdrobniejszego własnego gestu.
["Dzieje jednego odkrycia", w: Stanisław Lem, "Człowiek z Marsa. Opowiadania młodzieńcze. Wiersze"]

Przypomniałem sobie ostatnio o tym wewnętrznym obserwatorze podczas wymieniania wad pisarzy. Bo ów wewnętrzny obserwator, który poza obserwowaniem także myśli o tym i ma uwagi do tego, co widzi, myśli słowami, a więc swe obserwacje werbalizuje. A pisarstwo opiera się wszak na werbalizacji.

Tak przynajmniej mam ja, gdyż też posiadam takiego wewnętrznego obserwatora - pełniącego także obowiązki kontrolera. Owa kontrola nierzadko posiada negatywne (subiektywnie lub obiektywnie) konsekwencje (od trudności w upiciu się na umór, bo kontroluję ile piję, zresztą praktycznie od czasu, jak zacząłem pić, bo zauważyłem to już w pierwszych swych digitalizowanych zapiskach:

"bo ze mną jest taki problem, że mnie alkohol mało bierze, zresztą tak samo jak inne narkotyki, bo ja się kurewsko pilnuję" [28.VIII.1996]

poprzez ciągłe skrępowanie tym, że moje starania ktoś - ów obserwator - będzie oglądał, aż po trudność w bezkrytyczne i bezgraniczne zaangażowanie się w daną sprawę, ale bywa mi regularnie przydatna: dzięki niej praktycznie niezależnie od stanu zmęczenia lub upojenia alkoholowego, jestem w stanie wyjąć soczewki kontaktowe.

Mam też tak, że preferować zwykłem błyskawiczne przerzucania się z jednej hipotezy w drugą, nieskończonego łańcucha doświadczeń miast kurczowego trzymania się jednej, z góry upatrzonej. Mam to w takim stopniu, że jestem złego zdania o naukowcach, którzy niczym politycy nie potrafią obiektywnie dostrzec zalet innych hipotez. Bliższe jest mi posiadanie na dany temat pięciu (hail Eris!) wzajemnie się wykluczających hipotez, które mógłbym do bólu falsyfikować, by zobaczyć, która okaże się prawdziwą niż posiadanie jednej, wypieszczonej, przez co czas i wysiłek umysłowy traci się na jej obronę zamiast na dochodzenie do prawdy.

Niczym bohater opowiadania też zwykłem "skakać z kwiatka na kwiatek", miast trzymać się jednej wybranej ścieżki. Tak jak mający wewnętrznego obserwatora Krzysztof Zawada[citation needed], tak i ja studiowałem różne kierunki, zajmowałem się wieloma dziedzinami sztuki, a teraz pracuję już w piątym zawodzie (trzecim, licząc tylko te trwające po kilka lat, nie miesięcy) i na pewno nie będzie on ostatnim. Być może więcej osiągnąłbym trzymając się jednej dziedziny (choć wtedy też łatwo uderzyć w szklany sufit), ale obawiam się, że w pewnym momencie uznałbym trzymanie się tej samej dziedziny za trwające zbyt długo i zacząłbym gorączkowo szukać wyjścia. Byłoby to coś na kształt mitycznego "kryzysu wieku średniego", choć w moim przypadku dopadło by szybciej i więcej niż jeden raz w życiu. Tak przynajmniej miałem w jednej z poprzednich prac i tak zaczynałem mieć w jednym hobby, które przerodziło się w pasję (nijak nie związane z większością studiowanych kierunków, poprzednimi i następnymi hobby czy pracą).

Ciekawe, czy na bazie tego dwuelementowego zbioru można już zaczynać wnioskować o możliwym powiązaniu między tymi elementami. O ile "przeskakiwanie z hipotezy w hipotezę" i "przeskakiwanie z jednego zajęcia na inne, zupełnie inne" wydają się naturalnie występować w symbiozie, o tyle nie wiem, czy to ów wewnętrzny obserwator-kontroler zdaje się być tego przyczyną, czy też jego głos bywa lepiej słyszalny, gdy ma się wiele różnorodnych doświadczeń, czy też są to dwa zupełnie niezależne fenomeny, które akurat występują i u mnie, i u Lemowskiego bohatera (a przez to, podejrzewam, i u samego Lema; to cytat z jednego z jego pierwszych opowiadań, a początkujący pisarze swym bohaterom dają dużo z samego siebie, bo te emocje, odczucia i myśli jako im doskonale znane potrafią dobrze opisać). Chwilowo nie widzę możliwości, by którąś z tych tez sfalsyfikować, ale mój wewnętrzny obserwator - kontroler (kiedyś, w opozycji do Nieuczesanego, nazywałem go Generałem Taktykiem) pracuje nad tym.

09:04, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 listopada 2016

Rusanowowie kochali lud – swój wspaniały lud, służyli temu ludowi i gotowi byli oddać zań życie.

Jednakże z biegiem lat coraz bardziej nie cierpieli – ludności. Tej nieposłusznej, leniwej, wiecznie z czegoś niezadowolonej i nienasyconej ludności.
[Aleksander Sołżenicyn, "Oddział chorych na raka"]

Fantastyczny cytat, którym mi się ostatnimi czasy co rusz przypominał. Akurat właśnie co odbyły się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w czasie których - i po których - można było odnieść wrażenie, że oboje kandydaci i ich wyborcy mogliby się podpisać pod parafrazą w rodzaju: "Kochamy Amerykę, tylko ci mieszkańcy Ameryki...". Trump chciał wyganiać imigrantów i muzułmanów, Clinton zaś uznała wszystkich zwolenników Trumpa za rasistów, a po przegranych wyborach jej zwolennicy nie powstrzymywali się od racial slur'u "white trash". "Ameryka jest wielka i będzie jeszcze większa", brzmiał ich przekaz, "tylko trzeba się pozbyć jednej części społeczeństwa (Trump) lub uznać inną za za niegodną prawa do dyskusji (Clinton)".

Nie inaczej wygląda - a zwłaszcza wyglądało w ogniu zeszłorocznych kampanii - to w Polsce. Jedna część sceny politycznej uważa zwolenników drugiej strony za "gorszy sort", w którym to przekonaniu - to trzeba przyznać - nierzadko wspiera ich druga strona, na pierwszą linię frontu wysuwając kompletnych idiotów. Druga strona uznaje zwolenników przeciwnej partii za zacofanych tępaków o mentalności chłopów folwarcznych, w którym to przekonaniu - trzeba to przyznać - nierzadko wspiera ich druga strona, do prezentacji swych racji wybierając kompletnych idiotów. I tak to trwa od ponad dekady, a obie strony coraz bardziej kadzą swej części społeczeństwa i coraz bardziej alienują drugą, której najchętniej by się z kraju pozbyli, by wreszcie Polska mogła być taka, jaką sobie wymarzą. Jedni chcą nowoczesej europejskiej Polski bez wstydliwego "ciemnogrodu" (który obejmuje c.a. połowę Polaków), drudzy zaś "Polski dla Polaków", ale pod warunkiem, że owi Polacy to nie lewaki, feministki, ateiści et consortes (który to zbiór obejmuje c.a. połowę Polaków).

"Climate is what we want, weather is what we get", głosił kiedyś jeden z Discordian Quotes. I tak jest zdaniem sporej części ludzkości i z ludźmi: chcemy postępowej Polski - a mamy zacofanych mieszkańców ciemnogrodu; chcemy Polski narodowej i katolickiej - a mamy polskich socjalistów, lewaków i homoseksualistów; chcemy wspaniałego ludu - a dostajemy niepasujących do tej wizji ludzi.

09:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA