RSS
poniedziałek, 08 maja 2017

W eksperymencie, który natychmiast przeszedł do klasyki psychologii, John Bargh z zespołem poprosili studentów New York University – w większości w wieku 18-22 lat – aby ułożyli czterowyrazowe zdania, mając do wyboru po pięć wyrazów (np. "znajduje – on – to – żółty – natychmiast"). U połowy studentów pomieszane zdania zawierały słowa związane z podeszłym wiekiem, takie jak "Floryda", "zapomina", "łysy", "siwa" czy "zmarszczka". Po wykonanym zadaniu młodzi uczestnicy byli odsyłani do innej sali na końcu korytarza, gdzie miał się odbyć kolejny eksperyment. Rzeczywistym eksperymentem był jednak właśnie ten krótki spacer z sali do sali. Badacze dyskretnie mierzyli czas, jaki zajmowało uczestnikom przejście korytarzem. Tak jak przewidywał Bargh, tym młodym osobom, które układały zdania z wyrazów kojarzących się z podeszłym wiekiem, przemierzenie korytarza zajmowało znacznie więcej czasu niż pozostałym.

(...)

Związek ideomotoryczny działa też w odwrotnym kierunku. Na pewnym niemieckim uniwersytecie przeprowadzono badanie będące lustrzanym odbiciem jednego z pierwszych nowojorskich eksperymentów zespołu Bargha. Tu studentów poproszono, żeby przez pięć minut chodzili po pokoju w tempie 30 kroków na minutę, czyli około jednej trzeciej normalnego tempa. Po tym krótkim doświadczeniu uczestnicy znacznie szybciej rozpoznawali słowa wiążące się ze starością, np. "zapominać", "stary" czy "samotny". Reakcja na efekty obustronnego torowania jest zwykle spójna – gdy zostanie w tobie utorowana idea starości, częściej będziesz się zachowywać jak osoba w podeszłym wieku, a z kolei zachowanie przypominające osobę w podeszłym wieku wzmocni u ciebie myślenie o starości.
[Daniel Kahneman, "Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym"]

Od dawna jestem holistą, wyniki tego eksperymentu nijak mnie więc nie dziwią. Tym bardziej, że już około dwóch dekad temu czytałem o podobnym eksperymencie, w czasie trwania którego grupie studentów kazano przez kilka dni podczas przemierzania pieszo kampusu chodzić żwawym krokiem. Skutkiem tego była mierzalna poprawa ich nastrojów.

Dlatego też przynajmniej część zimowego psychicznego doła zwalam na ciężkie zimowe buty, w których przychodzi mi po śniegu chodzić. I zdaję sobie w ciągu tych psychicznych dołków sprawę, że ożywię się, gdy tylko wymienię owe ocieplane buty na tenisówki. Nie zdziwiłbym się też, gdyby za część pesymizmu zbuntowanej młodzieży odpowiadały noszone przez nią glany (choć tu raczej powodowałyby one problem z wyrwaniem się z tego nastroju, przez który założyła owa młodzież glany in the first place).

Zastanawia mnie też inna sprawa, mogąca być związana z powyższą: a co, jeżeli za zwiększające się tempo współczesnego życia odpowiadają coraz popularniej noszone sportowe buty? Co, jeżeli powodowana przez sprężystą podeszwę elastyczność i żwawość kroku przekłada się na ludzką energiczność aż w takim stopniu, że udaje nam się to gołym okiem zauważyć? Z okazji jednego z mych hobby miewam okazję parę razy w roku pochodzić przez kilka dni w obuwiu o podeszwie składającej się jednie z warstwy skóry i przyznać muszę, że tak jak nie opuszcza mnie przez te parę dni poczucie, że człapię, tak dni te mijają mi nad wyraz powoli i leniwie. By jednak tej anecdata nadać choć pozorów argumentu, musiałbym kontrolnie udać się na kilkudniowy urlop z dala od codzienności i chodzić tam w trampkach. Wtedy mógłbym z pewną dozą prawdopodobieństwa orzec, na ile to me poczucie jest wynikiem niesprężynujących butów, a na ile samego kilkudniowego urlopu.

20:08, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 maja 2017

W czasach kiedy Polska stała się państwem względnie nowoczesnym, czyli mniej więcej na początku XXI wieku, instytucje zatrwożone, że ktoś przeniknie przez ich systemy zabezpieczeń, zaczęły angażować specjalistów z tej branży. Do powinności takiego ochroniarza należało szukanie szczelin w zabezpieczeniach i opracowywanie antidotów. (...) Tak stopniowo narodziła się kasta awariatów, czyli, mówiąc po ludzku, specjalistów od przewidywania i usuwania awarii wszelkimi, a więc także wariackimi sposobami.

Awariat siedział sobie w kantorku, pisał na komputerze scenariusze zagrożeń, nie troszcząc się w najmniejszej mierze o ich prawdopodobieństwo, po czym jeszcze tego samego dnia wskazywał, w jaki sposób owe zagrożenie uśmierzyć. Było mu jak u Pana Boga za piecem, dopóki jeden ze scenariuszy się nie spełnił; wtedy okazywało się, że zalecane posunięcia nadawały się psu na buty, awariat szedł na bruk i po krótkich poszukiwaniach znajdował sobie nową posadę. Chodziło widać wyłącznie o alibi dla zarządu spółki.

Jeśli chodziło o Edwarda Mgłobija, ten nigdy nie uważał, że ma ze wskazaną kastą cokolwiek wspólnego. Uważał się za analityka megasystemów – im większe, tym chętniej się nimi zajmował. Najlepiej, uważał, szło mu z państwami i kontynentami, a chętnie zająłby się światem jako całością, bo ledwie zaczynał myśleć, dokąd to wszystko zmierza, zaraz robiło mu się ciemno przed oczami.
[Marek Oramus, "Kankan na wulkanie"]

To brzmi jak praca moich marzeń! Mam skłonności do teoretycznych rozważań, niewykluczone więc, że przydatny byłby mi ktoś do pary, kto by wymyślone przeze mnie scenariusze awarii i katastrof starał się zneutralizować - niewykluczone jednak, że po krótkim się przestawieniu byłbym i ja w stanie konstruktywne rozwiązania wymyślać. Wdrożyć w życie już nie, a na pewno nie przed zaistnieniem awarii, jakkolwiek późno by ona nastąpiła.

Choć z wiekiem zacząłem tracić z oczu ogólny obraz i nie byłbym już tak dobrym analitykiem megasystemów jak jeszcze dekadę temu, na poziomie planety czy nawet układu gwiezdnego jeszcze spokojnie dałbym sobie radę. A wiele scenariuszy potencjalnych "awarii" w skali państw i kontynentów mógłbym podać od razu, bo też od paru lat (mniej niż czterech i pół) gdy zaczynam myśleć, dokąd nasz świat zmierza, robi mi się ciemno przed oczami. 

Głównie dlatego.

Nadal jednak ten temat interesuje mnie bardziej, niż swary głupie polskich wyrobów politykopodobnych i komentatoropodobnych. Nie dość, że głupie, ale i na dłuższą metę jałowe - patrząc z odpowiedniej perspektywy widać, że to, kto (i jak) rządzi dziś Polską będzie miało przyzerowy wpływ na to, jak wyglądać ona będzie za 20 lat. Tak samo najwyraźniej myślał opisany powyższymi słowami Edward Mgłobij, o którym w kolejnym akapicie autor pisze, że został zatrudniony przez rząd, ale bardzo szybko zwolniony, gdy okazało się, że "jego przydatność w walce politycznej jest nikła". Jeżeli jest to warunek do ww. pracy analityka megasystemów, to też go spełniam.

16:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Większość z nas podświadomie zdaje sobie sprawę z tego niebezpieczeństwa, i stąd gniew, jakim witamy zawsze szaleńców usiłujących nam wmówić, że świat jest inny, niż się powszechnie uważa; stąd szczególna jadowitość szyderstw i kpin, jakimi ich traktujemy, nawet ci z nas, u których, jak w wypadku Radka, ciekawość należy do zawodowych powinności. Zazwyczaj ta reakcja obronna jest na tyle silna, że raz przyjęty obraz świata udaje się przenieść przez całe życie. Wystarczy tylko nie zgubić go do pewnego wieku, później sprawę załatwi już biologia, owo codzienne, bezpowrotne umieranie iluś tam dziesiątek tysięcy komórek mózgowych, które udokumentowali neurobiolodzy, i które owocuje starczym zacietrzewieniem, pozwalającym nie przyjmować do wiadomości nawet faktów oczywistych, jak cios pięścią w zęby.
[Rafał A. Ziemkiewicz, "Żywina"]

Strasznie mnie ubawiła autoironia tych napisanych słów, bo ich autor, Rafał A. Ziemkiewicz znany bardziej ze swych politycznych poglądów, felietonów i książek niż ze swej prozy (przynajmniej od pewnego czasu; pamiętam, gdy znany był przede wszystkim fanom fantastyki jako autor "Pieprzonego losu Kataryniarza" (ISBN: 83-89383-12-8); gdy jednak ostatnio zajrzałem do "magazynów literackich" z lat 96-97 ze zdumieniem dostrzegłem tam jego, już zabarwione jego politycznymi poglądami, felietony) w tych felietonach, nierzadko z logiką godną Janusza Korwin-Mikkego, opisuje i piętnuje świat takim, jak go widzi.

A w tej wizji wiele osób (w tym mój ulubiony marksista) znajduje błędy i przeinaczenia, których jednak - mimo intelektu potrafiącego składać logiczne tezy - Ziemkiewicz nie poprawia. Tkwi w swej wersji świata i zdaje się odrzucać wszystko, do czego - na skutek "bezpowrotnego obumierania iluś tam dziesiątek tysięcy jego komórek mózgowych" (czy też, jak ujmuję to ja, na skutek wyżłobienia się w jego mózgu kolein myślowych, z których z wiekiem wyjść coraz trudniej) - ta wizja nie przystaje. Zgodnie z tym autorefleksyjnym cytatem, z wiekiem powinniśmy w jego felietonach widzieć coraz więcej zacietrzewienia.

Trzeba jednak autorowi przyznać, że z jednej "myślowej koleiny" się przez lata wydostał. Za głównego winowajcę stanu rzeczy w Polsce w swych felietonach i książkach sprzed kilku-kilkunastu lat uznawał red.nacz.a "Gazety Wyborczej" Adama Michnika, którego w swych felietonach raz za razem za to obwiniał, nawet w latach 2005-2007. Strasznie mnie to bawiło, bo w tym samym czasie Adam Michnik za głównego winowajcę stanu rzeczy w Polsce uważał Jarosława Kaczyńskiego, którego w swych wstępniakach raz za razem za to obwiniał, nawet gdy trwał festyn rządów Donalda Tuska (kogo wtedy obwiniał Jarosław Kaczyński, tego nie dane było mi się dowiedzieć; wiem, kogo obwinia teraz - byłego premiera, który gdy był premierem obwiniał za wszystko byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego). Teraz Ziemkiewicz znalazł innych winowajców wśród polskiej sceny politycznej, podczas gdy Michnik nadal klepie swoje. 

Oczywiście wątpię, by autor pisał te słowa autoironicznie. Nie jest wszak Brytyjczykiem. Jestem mocno przekonany, że zdaniem autora ta przywara tyczy tylko "lemingów", wychowanych i wciąż się wychowujących na "Gazecie Wyborczej" I TVN-ie. I są te słowa w ich przypadku równie prawdziwe, co zwłaszcza widać ostatnimi czasy, ale już pozbawione tej uroczej autoironii.

12:04, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 maja 2017

Później Tor I zasłynął tym, że odzwyczaił Saszę Mitrofanowa od zostawania po pracy w laboratorium.

Któregoś razu mimochodem powiedział do Saszy:

- Jeżeli będziesz pan wciąż pracował, to kiedy znajdzie pan czas na myślenie?
[Igor Rosochowatski, "Tor I", w: "Okno w Nieskończoność - antologia opowiadań fantastycznonaukowych pisarzy radzieckich"]

Ano właśnie. Jak już wspomniałem, ten cytat zdawał mi się odpowiadać na pytanie, skąd w ludziach chęć do bezrozumnego przyjmowania na wiarę zasłyszanych (obejrzanych, przeczytanych) opinii. W pracy, mimo wszystko, się pracuje, a gdy człowiek wraca z niej do domu często nie ma siły, by dogłębnie przemyśleć sprawy, które tyczą czegoś bardziej abstrakcyjnego niż posiłek lub opłacenie rachunków - lub myśli o pracy, z której właśnie co się wyszło i do której przyjdzie następnego ranka znów się wybrać. 

Dlatego też, gdy wśród oglądanych ostatnio brytyjskich programów satyryczno-informacyjnych usłyszałem o propozycji dnia wolnego ("Delibaration Day") dla Brytyjczyków, by mogli się zastanowić nad swym wyborem, po początkowym śmiechu, zadumałem się, czy faktycznie takie święto nie miałoby sensu. I szybko doszedłem do wniosku, że miałoby - ale tylko w sytuacji, w której Brytyjczycy faktycznie by usiedli i nad tym pomyśleli, a nie rzucili się z okazji wolnego dnia nadrabiać zaległości w pracy lub rzucili się w wir obowiązków domowych. Czyli pewnie nie bardzo, jeśli społeczeństwo brytyjskie w tej mierze przypomina polskie.

Tak czy owak, przerwa na myślenie, jak pisał mój ulubiony polski poeta, bywa potrzebna. Społeczeństwa bardziej od nas rozwinięte zdają sobie z tego sprawę. Gdy rodziców na to stać, praktykowany jest "gap year" między maturą a rozpoczęciem studiów. Niewykluczone, że gdybym miał wtedy taki rok przerwy od nauki na pomyślenie o swym życiu, moja kariera akademicka wyglądałaby sensowniej.

W Stanach Zjednoczonych wykładowcy miewają sabbatical (ISBN: 83-215-8311-3). Uważam to za dobry pomysł: ludziom przydałoby się kilka razy w życiu kilka miesięcy wolnego, by się zastanowili, dokąd właściwie dobrnęli swą życiową ścieżką i kędy zmierzają dalej i czy przypadkiem nie chcą swego kursu zmienić, a jeśli tak - to w jaki sposób. Wiem, że zdaniem ekonomistów fatalnie wpłynęłoby to na gospodarkę, ale wychodzę z założenia, że dobre funkcjonowanie gospodarki jest rzeczą podrzędną względem szczęśliwości ludzkości. Wiem, że zdaniem Imbryk nie doprowadziłoby to niczego dobrego, ale z własnego doświadczenia wiem, że nie zawsze w tej sprawie miewa rację. I wiem niestety też, że większości ludzi na taką ekstrawagancję finansowo nie stać.

Cóż, chętnym do dogłębnego przemyślenia swej drogi życiowej bez wielkiego nakładu czasu i finansów zawsze zostają rozszerzające umysł narkotyki - a przynajmniej pozostawałyby, gdyby były legalne. Jako dyskordianin nie waham się żywić przekonania, że może właśnie z tego powodu nigdy nie będą.

17:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 maja 2017

Patrzyłem na pasażerów mobów i zastanawiałem się, jak żyją. Przed tysiącami lat ludzka praca została podzielona na zawody i stanowiska, w których i na których wszystkie dni wyglądały tak samo; odbywała się w ramach organizacji, gdzie człowiek był elementem wymiennym. I gdzieś po drodze ludzie zagubili swoje historie. Tak się musiało stać, w taki sposób uzyskiwało się wydajną gospodarkę – lecz nietrudno było dostrzec w tym machinacje świadomej woli, może nie do końca złej, ale z pewnością samolubnej. Ci, którzy stworzyli ten system, zazdrościli innym nie pieniędzy i nie władzy, tylko właśnie historii. Jeżeli ich pracownicy, wracając do domu po ciężkim dniu, mieli coś ciekawego do opowiedzenia, znaczyło to, że coś poszło nie tak: była przerwa w dostawie prądu, wybuchł strajk, szaleniec urządził rzeź. Najwyżsi nie zamierzali dopuścić do tego, żeby inni ludzie mieli własne historie do opowiedzenia – chyba że będą to fałszywe, fikcyjne opowieści, motywujące ich do cięższej pracy. Ci, którzy nie potrafili żyć bez historii, trafili do koncentów albo do takich zawodów jak Yul, a reszta musiała poza miejscem pracy szukać poczucia przynależności do jakiejś historii – stąd chyba brało się u sekularów powszechne zainteresowanie sportem i religią. Jak inaczej można było stać się elementem przygody, częścią czegoś, co ma początek, środek i koniec i w czym odgrywa się znaczącą rolę? My, deklaranci, mieliśmy łatwiej, bo z założenia byliśmy cząstką procesu, w którym chodziło o uczenie się nowych rzeczy. I jeśli nawet ten proces dla niektórych z nas toczył się zbyt wolno (tak jak dla Jesry’ego), to jednak posuwał się naprzód; każdy z nas mógł powiedzieć, na jakim jest etapie i jaką ma rolę do odegrania. Yul dostawał to samo za półdarmo, ponieważ codziennie przeżywał swoje historie; ceną, jaką za to płacił, była niewielka waga, jaką cały świat przywiązywał do jego opowieści. Może właśnie dlatego czuł potrzebę opowiadania – nie tylko o swoich dokonaniach w dzikich krainach, ale także o przygodach klientów.
[Neal Stephenson, "Peanatema"]

Wiele można powiedzieć o mojej pracy, ale na pewno nie jest monotonnym wychodzeniem z domu pięć dni w tygodniu o tej samej porze, monotonnym powtarzaniem tych samych czynności przez osiem godzin dziennie, ani monotonnym powrotem do domu zawsze tą samą trasą, w tych samych korkach podczas godzin szczytu

Nie osiągam pewnie przez to maksimum finansowego zysku, który osiągać mógłbym, ani też nie staję się wybitnym w danej dziedzinie specjalistą na skutek dziesiątek lat doświadczenia, a prawdopodobnie również nie realizuję do końca swego potencjału. Ale za to nie zagubiłem do końca swojej historii, a nawet więcej - dzięki tym nieregularnościom rozbudowałem ją o wiele anegdot.

Jest tak, co niedawno zauważyłem po kolejnej drastycznej zmianie warunków pracy, że anegdot tych najwięcej jest w pierwszych tygodniach, może miesiącach pracy w nowym środowisku. Potem blakną, stają się monotonną codziennością - i ostatnio wracając do domu po przepracowanych (umiarkowanie) ciężkich dwóch tygodniach nie miałem nic ciekawego do opowiedzenia, bo nie pojawiło się nic nowego i przez to intrygującego, a żaden szaleniec nie urządził w pracy rzezi. Gdybym był gorliwym neofilem (ISBN: 83-86530-62-6), byłby to dla mnie znak, że pora po raz kolejny dokonać zmiany mych warunków pracowniczych.

Trudno więc mi powiedzieć dokładnie, na ile ludzie poddani monotonii codziennej pracy na etat faktycznie zatracają we historie, choć widziałem przypadek zatracenia się nowego pracownika w pracy i środowisku miejsca pracy do poziomu, w którym najbardziej definiowało go jego stanowisko i chęć awansu. To jednak tłumaczyłoby nieprzerwane chęci "dopisania się" do historii sportowych lub - co ostatnimi czasy zastąpiło religię - politycznych. Zwykłem uważać, że ludzie bezrefleksyjnie przyjmują prawdy swej strony sporu politycznego z braku pomyślunku, ale może odczuwają oni potrzebę wspólnej narracji i wspólnych historii, mniej lub bardziej (w epoce postprawdy raczej mniej) bazującej na faktach.

Braknie mi w naszym świecie matemów, gdzie mógłbym się w spokoju oddać długofalowym rozmyślaniom. Nasze klasztory jednak niezbyt mi odpowiadają ze względu na swą religijność. Niewykluczone, że została mi więc jedynie rola Yula, który swe historie wciąż przeżywa i rozbudowuje, ale nikt do nich nie przykłada wagi.

19:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 kwietnia 2017

Czy rzeczywiście miewał [Joe Smith, założyciel Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego, czyli mormonów - przyp.red.] objawienia? Sądzę, że tak. A przynajmniej jedno, to pierwsze, gdy w samotności, odcięty od świata, zatopiony w modlitwie, umartwiający ciało ascetycznymi praktykami błagał Boga o światło prawdy. Jest sprawą powszechnie znaną, że długotrwała izolacja od społeczeństwa, połączona z postem, bezsennością i religijnym podekscytowaniem może wywołać wizje, a raczej omamy zmysłowe (słuchowe, wzrokowe, a nawet węchowe i smakowe), zdające się świadczyć o tym, iż między człowiekiem a Bóstwem został nawiązany kontakt. Jest to zjawisko znane i częstokroć opisywane na kartach dzieł traktujących o psychiatrii. Co więcej, zjawisko owo nie jest zastrzeżone dla wierzących w Chrystusa, stykają się z nim wyznawcy najrozmaitszych religii.
[Andrzej J. Sarwa, "Herezjarchowie i schizmatycy"]

Może to tylko moja prywatna rozbieżność z normą, ale religia chrześcijańska nie dość, że nie jest jedyną, której wyznawcy doznają wizji na skutek postu w odosobnieniu, to dla mnie nie jest nawet domyślną tak opisaną religią. Czytałem ostatnimi czasy sporo książek o Indianach i tam tego typu rytuały wspominane były regularnie. Co więcej, o ile w całym drzewie religii chrześcijańskich (którego główne gałęzie książka Andrzeja J. Sarwy zgrabnie prostym językiem opisuje) tego typu ekscesy są zarezerwowane dla nielicznych (zwykle tych, którzy podjęli śluby kapłańskie lub wręcz oddali się życiu monastycznemu), o tyle u Indian taki rytuał przechodził każdy mężczyzna podczas inicjacji. Nierzadko też w ten sposób "kontaktował się z duchami", które zsyłały mu prorocze wizje, przed podjęciem ważnych decyzji w późniejszym dorosłym życiu.

W książkach opisywane jest to jako zjawisko nagminne, któremu poddaje się praktycznie każdy Indianin będący postacią pozytywną (Indianie będący postaciami negatywnymi są głupi i niezdarni jak Niemcy w filmach wojennych i ich postępowaniem kieruje nie mądrość Manitou, lecz chciwość i pogańska nikczemność). Jest to tylko idealizacja i trudno mi obecnie powiedzieć, na ile często takie praktyki były faktycznie stosowane. Jednak proces inicjacji zaczynał się właśnie od udania się na odosobnienie (o ile dobrze pamiętam, trzydniowe) i całkowity post w tym okresie, nic więc dziwnego, że kończył się wizjami.

We współczesnym chrześcijaństwie takiego rytuały braknie. W ramach postępującej specjalizacji oddaliśmy komunikację z Bogiem w ręce wyświęconej kasty specjalistów, a oni zaś (jako anarchista powiem, że zapewne z powodu rozrostu Kościoła jako organizacji) zaczęli działać w myśl zasady "człowiekiem religijnym uznaje się tego, kto mówi (modli się) do Boga, a tego, kto twierdzi, że go słyszy, uznaje się szaleńcem". Tym bardziej więc Indianie są dla mnie bardziej pasującym ludem do opisu ludzi uznających wizje zesłane podczas postów niż chrześcijanie, jak widzi to piszący o odgałęzieniach religii chrześcijańskiej autor.

18:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 marca 2017

Epikur musiał dowodzić, że natura podniecenia kobietą nie jest podlejsza, od zamiłowania do chłopców, „ponieważ widok ukochanego ciała dociera do oczu kochającego, wnika w jego ciało, porusza je, łechce, póki nie wytworzy się nasienie...”. Takie wysiłki nie dziwią kiedy się pozna inny pogląd na temat powierzchowności kobiet: „U kobiety wszystko jest sztuczne i słowa i wygląd. Jeśli któraś z nich wydaje się piękna jest to niewątpliwie efektem maści. Jej piękność zrobiona jest z mieszaniny farb do włosów i szminek. Gdy pozbawisz kobietę tej sztuczności, przypomina sójkę z bajki, odartą z piór”. Kallikradites powiadał, że kobiety są „prawdę mówiąc” „szpetne”, ich ciało cechuje przyrodzona brzydota, a twarz jest brzydka „jak u małpy”. Wszystko więc przykrywać muszą mazią, perukami i wymyślnymi toaletami. Jest w tym jakaś myśl, jednak dzisiaj w proteście przeciw takiemu poglądowi zebrano by od ręki więcej podpisów, niż przeciwko wynikowi wyborów prezydenckich w 1995 r. Bo zazwyczaj ciało kobiece pozbawione czegokolwiek nie napawa ludności odrazą.
[Dariusz Łukasiewicz, "„niemieckie psy” i „polskie świnie” oraz inne eseje z historii kultury"]

Przeciw wynikowi wyborów prezydenckich w 1995 roku 600 tysięcy protestów wpłynęło do Sądu Najwyższego. Przeciw niedawno głoszonym przez Janusza Korwiniusza-Mikkusza podobnym poglądom, wciąż nie udało się zebrać miliona podpisów i to zbierając je nie tylko na terytorium Polski. Wygląda więc na to, że autor przecenił tradycyjnie polski szacunek dla dam - albo nie docenił polskiego politykierstwa.

Pierwszy z zacytowanych przez autora poglądów innych niż Epikura przypomina mi internetowe mądrości na poziome gimbazy, które krytykują w podobny sposób zbyt umalowane ("wytapetowane") kobiety. Piszący je młodzieńcy zwykle swe uwagi okraszają komentarzem, że "trzeba taką [kobietę - przyp.red.] zabrać na basen, by zobaczyć jak naprawdę wygląda". Byłem ostatnio w aquaparku, więc na własne oczy widziałem, że może być to niewystarczające - pierwsza zdała mi się przywidzeniem, kolejne dwie jednak upewniły mnie, że faktycznie istnieją kobiety, które nawet na basenie nie rezygnują z pełnego makijażu. Podobnie jak faktycznie istnieją nastolatkowie, którzy widząc takie kobiety są przekonani, że to ich naturalny wygląd, co bywa powodem ich późniejszego zaskoczenia.

Same zaś poglądy Kallikraditesa przypominają mi dowcip, który kiedyś opowiedział mi lata temu kolega Witek:

- Dlaczego kobiety malują się, perfumują i chodzą w butach na obcasach?
- Bo są małe, brzydkie i śmierdzą.

Czasem opowiadam ten dowcip, bo znajduję go zabawnym, i nie spotykam się zbytnio z głosami protestu. Albo przez te dwadzieścia lat Polacy przestali być wrażliwi na honor dam albo zaczęli mieć poczucie humoru.

10:44, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 marca 2017

Faza studiowania na poziomie uniwersyteckim trwa zwykle trzy lata, co jak na ceremonie inicjalne jest okresem dość długim, a dla niektórych nawet zbyt długim. Ocięcie od pomocy rodziców i od dodającego otuchy środowiska domu rodzinnego, w połączeniu z budzącymi lęk wymaganiami egzaminacyjnymi, często okazują się zbyt stresujące dla młodego nowicjusza. W uniwersytetach brytyjskich około 20 procent studentów w którymś momencie trzyletnich studiów korzysta z porad psychiatry. Dla niektórych sytuacja staje się nie do zniesienia, toteż częste są samobójstwa, o czym świadczy fakt, że w uniwersytetach wskaźnik samobójstw jest od trzech do sześciu razy wyższy od średniej krajowej dla tej grupy wiekowej. W uniwersytetach w Oksfordzie i w Cambrigde wskaźnik ten jest aż od siedmiu do dziesięciu razy wyższy.
[Desmond Morris, "Ludzkie zoo"]

Pamiętam moje zdziwienie, gdy byłem na pierwszym roku moich pierwszych studiów i podczas jednych z zajęć na drugim semestrze (uchodzących za szczególnie trudne; gdy przychodziłem na studia legendy wydziałowe mówiły o tym przedmiocie, że "Teraz to już nie jest tak trudny, bo żeby egzamin został uznany za ważny, musi go zdać co najmniej 10% studentów. A kiedyś to wszystkich potrafił uwalić, o!", a parę lat później sprowokował powtarzającego go kolejny rok studenta do napaści fizycznej na prowadzącego, zakończonej zgonem) zdumiały mnie słowa prowadzącego, mówiącego, że przedmiot jest co prawda trudny, ale "Ja mogę o sobie [w kontekście prowadzenia zajęć - przyp.red.] powiedzieć, że przeze mnie nikt jeszcze nie zginął. A nie wszyscy w naszej katedrze mogą tak powiedzieć".

Później słyszałem w okolicach sesji pogłoski, że "ktoś znowu skoczył z dziewiątego piętra akademika", nie kojarzę jednak, by któraś z tych opowieści połączona była z konkretnym studentem (nawet roku studiów żadnego samobójcy nigdy nie poznałem). Jako student, który się wykluczał z życia studenckiego nie wykluczam, że tego typu informacje po prostu do mnie nie docierały. Być może jednak ich ilość też była znacznie mniejsza niż w czasach, o których pisał Morris.

I w innym środowisku - polskie społeczeństwo końca lat 90-tych nijak nie odpowiadało społeczeństwu brytyjskiemu lat 70-tych. Inne były też zasady akademików, w których "za moich czasów" alkohol lał się szerokimi strumieniami, co pozwalało odreagować stres związany z rozłąką z rodziną. Mnie tego przeżyć dane nie było - studiowałem nieopodal swego rodzinnego domu, w promieniu godziny, góra półtorej, jazdy komunikacją zbiorową - i mogłem jedynie obserwować z dystansu sposoby radzenia sobie z wkraczaniem w dorosłość kolegów ze studiów przybyłych z bardziej oddalonych zakątków kraju. 

Tym samym nie przeszedłem też owej ceremonii inicjalnej. Było dla mnie taką ceremonią dopiero zamieszkanie samemu, co przedłużyło mą niedojrzałość społeczną o całą dekadę - licząc od momentu rozpoczęcia ceremonii inicjacji u mych rówieśników - lub przynajmniej jej połowę - licząc od jej zakończenia przez tych z mych współstudentów, którzy dokonali tego w terminie

21:30, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 marca 2017

Dzięki osobliwościom funkcjonowania kultury masowej, plakat przedstawiający Larry Flinta na tle centralnej części ciała kobiety, stał się drugim – obok wizyty papieża w Polsce – wydarzeniem religijnym roku 1997. Jeżeli jednak z wysokości „damskich pludrów” (jak nazywano dawniej kobiece majtki) podniesiemy krucyfiks do poziomu biustu – znajdziemy na nim klasyka na użytek dziatwy szkolnej – Jana Andrzeja Morsztyna. We frywolnym wierszyku wieszcz rozpiął się z ochotą na krzyżyku, między dwiema wystawion łotrami. A działo się to w czasach XVII-wiecznej kontrreformacji, kultury chrześcijańskiej absolutnie, i ani na jotę nie zlaicyzowanej. Może więc używanie symboliki religijnej do czegokolwiek, jest właśnie dowodem na chrześcijańskość naszej kultury? Tak widziana historia pozwala nie tylko ciekawiej oglądać dzisiejszy świat, ale też rozbraja wszelkiej maści nacjonalistów, fundamentalistów, ksenofobów i paralityków z porażonymi uczuciami religijnymi łatwo, bez wysiłku i zanudzania czytelnika.
["Wstęp", w: Dariusz Łukasiewicz, "„niemieckie psy” i „polskie świnie” oraz inne eseje z historii kultury"]

Czasem czuję się jak Winston w "1984", bo cierpię na tę przypadłość, że pamiętam. Nie zrobiła na mnie więc wrażenia ostatnia medialna wrzawa związana z ponoć kontrowersyjną sztuką "Klątwa", w której jedną z kontrowersji były - to autentyczny cytat wyczytany na jednym z raczej zlaicyzowanych portali informacyjnych - "pistolety zrobione z krzyży". Pamiętam bowiem i medialną wrzawę przed premierą filmu "Ksiądz", i medialną wrzawę o ww. plakat, i medialną wrzawę o spektakl "Golgota Picnic". Jedna medialna, napędzana przez katolickie media wrzawa więcej lub mniej - to doprawdy nie ma znaczenia. Już przy tamtych okazjach jako zwolennik poglądu "jak coś ci się nie podoba, to nie oglądaj", podchodziłem do owych protestów z dużym dystansem. Wtedy jednak mnie one jeszcze dziwiły, podczas gdy teraz już się oswoiłem z faktem, że niektórzy Polacy lubią sobie poprotestować i nie przepuszczą żadnej ku temu okazji.

Spodobało mi się podniesione przez autora zagadnienie tych kontrowersji jako dowodu na chrześcijańskość naszej kultury. Faktycznie, dużo mniej spektaklów i filmów kontestujących lub dyskutujących z chrześcijaństwem jest w Tybecie. Albo w Indonezji, o Iranie nie wspominając. Tam, gdzie w owych krajach wolność słowa pozwala na kontestowanie religii, kontestuje się religię tam obowiązującą - tak jak chrześcijaństwo u nas. Bo to w otoczce owej religii się przeżywa swe codzienne życie nawet jako niewierzący (w katolickiej Polsce żaden ateista nie idzie do pracy w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, nawet gdy terminy pod koniec roku naglą).

Kilka miesięcy temu rozważałem zagadnienie, jak wielką rolę pełniło chrześcijaństwo w naszej kulturze. Jakkolwiek może wydawać się ten wpływ niesłusznym lub ograniczającym, jest on faktem. Nawet dzieła świeckie są chrześcijaństwem przesycone - najnowsze (czyli XX-XXI-wieczne) mniej, ale wcześniejsze wyraźnie, na wielu poziomach. Zastanawiałem się więc, czy nie posłanie moich dzieci na lekcje religii w połączeniu z zerowym wychowaniem religijnym w rodzinie (jedyny rytuał kościelny, w którym uczestniczymy, to wielkanocna święconka pod krzyżem na rozstajach dróg) nie spowoduje, że nie będą w klasycznych dziełach łapać odniesień, nawiązań i aluzji, a przez to będą miały problem z ich zrozumieniem. Był to jeden z argumentów, który rozważałem w temacie wysyłania ich lub nie na owe lekcje. (Ostatecznie przeważył inny, czysto społeczny.)

Nie podzielam jednak optymizmu autora, że jego argumentem da się rozbroić fundamentalistów. Może dwie dekady temu było to możliwe (choć wątpię), ale teraz obozy o przeciwstawnych poglądach na kwestie obyczajowe zradykalizowały się tak bardzo, że stały się głuche na jakiekolwiek argumenty mogące odmienić ich wizję świata. Nawet na te tak zgrabne jak powyższy.

14:39, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 marca 2017

Meksykanin z ludu jest tak subtelny, że często nie wiadomo dlaczego się śmieje, a to dlatego, że wszystko ma podwójne znaczenie i każdy wyraz może być rozumiany na różny sposób. Nic mu się bardziej nie podoba, jak rozmowa kalamburami, co mi ze względu na gruntowną znajomość języka bez trudności przychodziło.
[Witold Szyszłło, "Indianie, Metysi, Murzyni...", w: Maria Paradowska, "Wśród Indian i Metysów"]

Cytat ten po pierwsze przypomniał mi niezapomniane słowa Władysława Sikory z Kabaretu Potem Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, znane mi z wykonania Władysława Sikory z Kabaretu Potem: "Życie to kalambur, a kalambur to nonsens o podwójnym znaczeniu. Wobec tego poproszę o podwójną whiskey". 

Po drugie zaś przypomniał mi opowieść Niemałego o Francuzach, którzy lubowali się kilka lat temu w zabawach językiem, w miejsce jednego ze słów w zdaniu wstawiając inne, niekoniecznie związane z tematem, ale rymujące się słowo, przez co ich wypowiedzi były niemal niezrozumiałe dla nieposiadających gruntownej znajomości francuskiego (do którego to grona zaliczał się podówczas Niemały). Najwyraźniej więc zabawy językiem są częstym fenomenem, choć różne miewającym objawy - zależne bądź od języka (skoro w meksykańskim-hiszpańskim "wszystko ma podwójne znaczenie", kalambury są tam oczywistym wyborem; może Chińczycy bawią się, podmieniając poszczególnym łowom intonację na niewłaściwą?), bądź od chwilowej mody.

Przypomniało mi to wszystko też zasłyszaną od mej korepetytorki z języka polskiego (do której chodziłem, póki groziło mi zdawanie egzaminów wstępnych do szkoły średniej) anegdotkę o obcokrajowcu, który w latach 80-tych przyjechał na dłużej (może na stałe) do Polski. Opanowawszy już podstawową wiedzę z zakresu transportu miejskiego (czyli wiedzę, że linie autobusowe mają trzycyfrowe numery), czekał zimą na przystanku na spóźniający się autobus. Podszedł do niego zapoznany wcześniej Polak, który widząc niewielkie szanse, by w najbliższym czasie ów (jeżeli było to w okolicach mieszkania mej korepetytorki, zapewne była to linia 150) lub jakikolwiek inny autobus nadjechał, zaproponował obcokrajowcowi, by udali się "na setkę". Ów zgodził się, naiwnie myśląc, że chodzi o inną linię autobusową, mającą przystanek gdzieś w okolicy - i nie mając mocnej PRL-owskiej głowy, do swego celu dotarł zarówno spóźniony, jak i wstawiony. 

10:59, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA