RSS
niedziela, 02 lipca 2017

W końcu zwróciłem się do rzemieślników. Bo sam zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że nic nie wiem, a u tych wiedziałem, że znajdę wiedzę o różnych pięknych rzeczach. I nie pomyliłem się. Ci wiedzieli rzeczy, których ja nie wiedziałem, i tym byli mądrzejsi ode mnie. Ale znowu, obywatele, wydało mi się, że dobrzy rzemieślnicy popełniają ten sam grzech, co i poeci. Dlatego, że swoją sztukę dobrze wykonywał, myślał każdy, że jest bardzo mądry we wszystkim innym, nawet w największych rzeczach, i ta ich wada rzucała cień na ich mądrość.
["Obrona Sokratesa", w: Platon, "Obrona Sokratesa. Kriton. Uczta"]

Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie zakupiony mendel lat temu w studenckim punkcie ksero współdzielonym z wydziałem filozofii i przeczytany niewiele później esej José Ortegi y Gasseta pod tytułem "Barbarzyństwo specjalizacji". Zdał mi się idealnym dowodem na wyznawany przeze mnie TAŻ, głoszący mniej więcej to samo, a w głowie rozgrywany jako argument kontra argumentum ad verecundiam. Zdał mi się więc Gasset tęgą głową i zabrałem się za poszukiwanie innych jego esejów, bez większych sukcesów.

Zdanie, że sam tytuł profesorski nie daje żadnej większej wiedzy ni autorytetu podczas wypowiedzi niezwiązanych z dziedziną wykształcenia, teraz oczywiste dla każdego, kto cokolwiek wie o polskiej polityce, wtedy wydało mi się odkrywcze. Zacząłem wypatrywać w komisjach, radach i komitetach osób podpisywanych słowem "profesor" bez podania specjalizacji. Bawiło mnie to, gdy potem się okazywało, że "profesor" przemawiający z pozycji autorytetu w dyskusji o globalnym ociepleniu, okazywał się profesorem filologii.

Podobne spostrzeżenie, choć nie tak zgrabnie ujęte, miał cytowany tu Jerzy Wittlin. On jednak mówił, by przy prezentacji ludzi w radiu w ogóle pomijać tytuły naukowe mówców. W czasach egalitaryzacji i zagłuszenia prawdy głośnymi okrzykami, wydaje mi się to złym rozwiązaniem. Tytuły powinny pozostać, by wyróżnić osoby, które przedmiotowi dyskusji poświęciły lata, a nie tylko kwadrans przed rozpoczęciem programu - ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy ich kariera naukowa jest związana z tematem dyskusji. Resztę, jako tytuły wyłącznie grzecznościowe, bym pomijał, by nie sprawiać na słuchaczach wrażenia, że ich posiadacze znacząco przewyższają go wiedzą w temacie.

Tkwiłem przez lata w tym dobrym zdaniu o Gassecie, aż tu nagle czytając powyższe zdania, zorientowałem się, że niczego nowego nie wymyślił. Że spostrzegł to już Sokrates, którego Gasset zapewne czytał. Z jednej strony, nic to nie zmienia, bo jak pisał Seneka, prawda pozostaje prawdą niezależnie od autora, z drugiej jednak zmalał nieco José Ortega y Gasset w moich oczach. Wszak wyżej ceni się twórcę od kopisty.

15:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 czerwca 2017

„Szaman jako dziecko wykazuje wyraźne skłonności introwertyczne. Gdy te inklinacje zaczną ujawniać się, znajdują wsparcie w społeczności. Przyszły szaman często oddala się i długo przebywa w samotności. Jego postawa jest raczej antyspołeczna i często zapada na taką czy inną tajemniczą chorobę.”[4]

4 R. Linton, Culture and Mental Disorders, 1956, s. 124
[Nevill Drury, "Szamanizm"]

"Nie jest oznaką choroby być źle przystosowanym do chorych czasów", jak głosi jeden z Discordian Quotes. Nie pogłębia mego poczucia winy więc to, że czuję się niezbyt przystosowany do współczesnych czasów schyłkowego kapitalizmu i życia superplemienia we ludzkim zoo. Sprawiło to, że gdy byłem młodszy, zastanawiałem się, kim chciałbym być w społeczeństwie przedindustrialnym.

Prosto było z czasami nowożytnymi: kim innym mógłbym chcieć być w czasach, gdy dało się czynić nowe odkrycia naukowe samodzielnie, w zaciszu swego domostwa, jak nie naukowcem? Nieco dłużej zajęło mi znalezienie preferowanej roli w czasach społeczeństw pierwotnych, ale to być może dlatego, że przy powszechnie spotykanym podziale między myśliwych i rolników, pomija się trzeci z zawodów: pasterza. A to mogłoby być idealną metodą spędzania dni: wpierw długi spacer, a potem długie godziny nicnierobienia, gdy stado wyżera kolejną bujną łąkę.

Nie pomyślałem wtedy o funkcji szamana, która też i w naszej części globu się zbytnio nie przyjęła. A pasowałaby mi ta rola, podobnie pewnie jak i większości amatorów doznań psychodelicznych. Co więcej, wygląda na to, że spełniałbym wymagania: moja postawa jest zwykle antyspołeczna, a w czasach dzieciństwa, poza pełnym zestawem chorób, miałem też i wypadek zakończony hospitalizacją. Miałem też postkryzysowy epizod depresyjny, co - w przypadku wyboru tej drogi - współlicować by mogło z dalszymi słowami autora:

Szeroko rozpowszechnił się pogląd, że szamanizm powstaje z kryzysu i choroby.
[Nevill Drury, "Szamanizm"]

Jeszcze bardziej pasują do mnie słowa zacytowanego przez autora M. Eliade z książki "Birth and Rebirth", które któryś z owych dwóch autorów uznał za stosowne zaakcentować:

„(...) Szaman jest człowiekiem który wie i pamięta(...)”
9 M. Eliade, Birth and Rebirth, 1964, s. 102
[Nevill Drury, "Szamanizm"]

Mimo tego jednak przypuszczam, że osiągnąć bym zdołał tylko godność "mniejszego szamana", który swą rolę odziedziczyć po przodku lub nauczycielu, nie miałem bowiem nigdy mistycznych wizji lub proroczych snów z udziałem duchów kierujących mnie ku tej drodze życia. Choć wizje te są w znacznej mierze uwarunkowane kulturowo i niewykluczone, że w społeczeństwie pierwotnym bym się ich nabawił, to świadom jestem, że moje duchowe moce są mniejsze niż niż niektórych z otaczających mnie ludzi, jak np. Nieuczesanej, czy Nieogolonego.

Niemniej jednak jestem przekonany, że nawet jako kiepski szaman, miałbym w pierwotnym społeczeństwie nielimitowany dostęp do świętych ziół. To, jak sądzę, w pełni rekompensowało by mi przeświadczenie, że wybitnym przedstawicielem tej profesji nie będę nigdy nie zostanę. Choć nie wiem, czy potrafiło by zrekompensować stres związany z tym, że moje zdanie faktycznie decydowałoby o czyimś życiu lub śmierci.

23:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 czerwca 2017

Peter Furst w swojej książce Hallucinogenes and Culture przytacza anegdotkę, która z szamańskiego punktu widzenia, rzuca światło na postawę współczesnego człowieka. Furst był świadkiem, jak reporter pewnej gazety w obecności szamana ze szczepu Huiczol nazwał pejotl „narkotykiem”. Szaman odpowiedział krótko: „Aspiryna jest narkotykiem, pejotl jest święty” 1

1 P. T. Furst, Hallucinogenes and Culture, s. 112.
[Nevill Drury, "Szamanizm"]

Gdy dwie dekady temu czytałem pierwszy raz tę książkę, cytat ten wywarł na mnie tak wielkie wrażenie, że postanowiłem z jego powodu odmienić całe swoje dotychczasowe życie:

"Od dziś żadnych narkotyków. Mówię to poważnie. Żeby dokładniej wytłumaczyć, co to oznacza i żeby nie było nieporozumień i takich sytuacji jak rok temu (patrz wiersz ‘Przyjaciele’), to przytaczam tu zdanie pewnego meksykańskiego szamana: ‘Aspiryna jest narkotykiem, pejotl jest święty’. Tak więc żadnych tzw. ‘lekarstw’, tylko zamiast nich tak naturalne środki jak cannabis, psylocybina (grzyby są bardzo zdrowe!), LSD (na te przebłyski powagi, patrz wyżej), etc." [5.II.1997]

Ten plan się nie udał - jak to zwykle bywa z moimi wielkimi planami. Lubię jednak myśleć, że choć nie udało mi się go zrealizować całkowicie, to przynajmniej[citation needed] znacząco ograniczyłem zażywanie narkotyków i czynię to znacznie rzadziej niż reszta Polaków. Czasem jednak nie pomaga ni cannabis, ni nawet czosnek i wtedy nie ma wyjścia. Zdarza mi się to jednak rzadko, bo organizm mój po osiągnięciu dorosłości (i w odróżnieniu od dzieciństwa) okazuje się nad wyraz odporny na choroby.

Może też dlatego, że lekkie choroby staram się przeżyć bez leków, pozwalając organizmowi działać samemu. Jako holista uważam, że w ten sposób buduje on swoją własną odporność miast polegać na farmaceutycznych "posiłkach z zewnątrz". (Z tego samego powodu uważam też, że zęby psują się od zbyt częstego chodzenia do dentysty i dlatego staram się wizyt takich unikać. Najwyraźniej skutecznie, bo w dorosłym życiu żaden ząb mnie jeszcze nie bolał.) I w przypadku kolejnej infekcji reaguje sprawniej niż w przypadku, gdy za pierwszym razem w pokonaniu choroby pomogły mu substancje chemiczne dostarczone z zewnątrz.

Pisałem powyższe paragrafy posiadając pełnie przekonania, że w dzieciństwie byłem chorowitym dzieckiem i gdyby nie wielokrotne zażywanie zmieniających biochemię mego organizmu substancji chemicznych, powyższych słów by nie napisał. Ani też żadnych innych.

Świętego Pejotlu, ku memu zmartwieniu, nigdy nie miałem okazji spróbować. Miałem styczność z innymi psychodelikami, więc domyślam się, jakiego typu wizje może on zsyłać. Zdaję sobie sprawę, że każda taka przeżyta wizja zmieniła mnie - te pierwsze najbardziej, późniejsze już słabiej. Jestem tych zmian wielkim entuzjastą, ale nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek był w stanie się im poddawać każdego dnia lub choćby w każdy weekend. A lekomanów sobie wyobrażam.

Uważam doświadczenie psychodeliczne za warte przeżycia. Uważam, że dobrze by społeczeństwu zrobiło, gdyby każdy je raz przeszedł w ramach jakiejś formy rytuału przejścia. By zminimalizować ilość "złych tripów" trzeba by wytworzyć wokół tego przeżycia pozytywne nastawienie społeczności. Świętość w strukturach plemiennych pomaga. Czy pomogłaby i w naszym superplemieniu, które kontakt ze strefą sacrum oddelegowało do oddzielnej kasty kapłanów? Wątpię, ale nie mam możliwości przeprowadzenia weryfikującego hipotezę eksperymentu.

20:48, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 czerwca 2017

- Macie – powiedział Slade z podnieceniem. - Napijcie się. - Wręczył im butelkę. - Zróbcie z tego bluesa. Wykończcie to. Powtórzcie pierwszą linijkę z małą wariacją, a potem poprowadźcie do trzeciej z majorowym zakończeniem. Wiecie, przepisowy blues dwunastotaktowy.
[James Jones, "Stąd do wieczności"]

Przyznam, że cała moja wiedza o bluesie została mi przekazana w październiku 2000 roku w studenckiej knajpie przez Nieogolonego. On już wtedy napisanie bluesa miał za sobą, podczas gdy ja dopiero przechodziłem przez ten etap w życiu i potrzebowałem wiedzy o muzyce do bluesa, który akurat tego miesiąca pisałem. Gdyby nie ta rozmowa, do teraz bym za idealną egzemplifikację bluesa uważał piosenkę "Czerwony jak cegła" Dżemu*, na której rytmie oparłem swój tekst.

Rozmowa zaprawiona była - jak to w studenckich knajpach - alkoholem, część jej więc uleciało w niebyt, jednak na szczęście robiłem wtedy notatki:

[zapiski z października 2000 roku]

Jakość pisma jest fatalna, bo pisałem to prawą ręką.

Stąd wiem, że blues powinien mieć 5-taktowe zakończenie; że w muzyce istnieje przejście Subdominanta -> Dominanta -> Tonika i blues się zaczyna od Toniki. Akord składa się z "prymy - tercji - kwinty". Z tej wiedzy niewiele mogę wywnioskować, ale niedługo Rozczochrana będzie miała muzykę w szkole, to sobie podstawowe terminy odświeżę.

Dalej jak byk stoi rozpisane 12 taktów bluesa, z dopiskiem które takty zamiast kwinty mają w akordzie septymę. Tuż obok stoją rozpisane owe akordy na gitarę, co oznacza, że nie dość, że starałem się owego bluesa stworzyć, to także zagrać na gitarze - a przynajmniej spróbować.

Nigdy mi się jednak nie udało osiągnąć tego stanu**. Po skonfrontowaniu notatek z tekstem "4,55 Blues" okazało się, że nie da się z tego tekstu zrobić bluesa bez ogromnych przeróbek. Tego czynić wtedy nie chciałem[citation needed], mój blues pozostał więc tylko tekstem pisanym. Być może stwierdziłbym w innej sytuacji, że fakt, że nie pasuje do melodii bluesa, powinien pozbawić go słowa "blues" w tytule, ale czytałem akurat tego miesiąca "Polski blues" Janoscha (ISBN: 83-85475-22-2), który pisany prozą też nie pasował, więc nie obawiałem się po uświadomieniu sobie błędu je jednak pozostawić. 

Nie utkwiła też ta wiedza we mnie. Gdy bowiem rok później byłem w nagłej potrzebie napisania bluesa ze względu na mą minorową wariację i absolutnie wolne kilkanaście godzin, znów pisząc jego tekst, melorecytowany w myślach długimi minutami, nie przestrzegałem tych reguł. I znów, mimo słowa "blues" w tytule powstałego tekstu, porządnego dwunastotaktowego bluesa zrobić by się z niego pewnie nie dało.

* - nie jako jedyną; drugą był utwór "Niebiescy czyli Blues" Skautów Piwnych.

** - już lepiej mi poszło z pieśnią "Andrzej Gołota padł", rozpisaną na dziesięciosylabową, ze średniówką po pięciu sylabach, pieśń ludową.

12:18, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 czerwca 2017

Młodzi rodzice szczęśliwie nie zdają sobie sprawy, decydując się na dzieci, ile to wspaniałych atrakcji czeka na nich już od kołyski. A więc dziecka nie ma z kim zostawić, kiedy się chce wyjść z domu, na przykład do pracy. Kiedy po własnej maturze czy po studiach wyższych samemu odetchnęło się z ulgą, że wreszcie koniec nauki - mając dzieci, od początku trzeba przerabiać polski, fizykę, matematykę itd. aż do matury, potem studia, potem trzeba się zdecydować (jeśli mamy syna), z kim się ma ożenić, za kogo ma wyjść za mąż (jeśli mamy córkę), aby potem, kiedy wreszcie to wszystko po najdłuższych cierpieniach ostatecznie ma się za sobą, całość zacząć jeszcze raz od początku. Tym razem z wnukiem.
[Jerzy Wittlin, "Pójdź ze mną! Dziennik - pamiętnik (Połowa XII 1980 * połowa III 1981)"]

Jest w tych słowach Wittlina wiele prawdy, ale nie patrzałbym na to aż tak pesymistycznie jak on. Etap pierwszy ("nie ma z kim dziecka zostawić") faktycznie jest uciążliwy. Teraz na szczęście udało się nam rodzinnie przeprowadzić w miejsce, gdzie są takie osoby i problem uznaję za rozwiązany, ale pamiętam czasy, gdy tak dobrze nie było i zdaję sobie z tej uciążliwości sprawę.

Etap drugi ("trzeba znów się będzie uczyć") dopiero zaczynam, ale jestem z tego bardzo rad. W młodości me ścieżki czytelnicze biegły z dala od wytyczonych przez Ministerstwo Edukacji, więc wreszcie będę miał okazję nadrobić braki w lekturach! Wiele dobrego słyszałem o "Buszującym w zbożu", więc chętnie przeczytam, gdy będzie lekturą moich dzieci. Wreszcie się dowiem, o co chodzi w tym całym "Hamlecie", "Don Kichota" przeczytam, z "Cesarza" Kapuścińskiego na półce zetrę kurz, którym zdążył zarosnąć czekając na mą wenę do go przeczytania, "Fausta" wreszcie chętnie poznam, a może nawet przebrnę przez "Lorda Jima" i "Jądro ciemności". Niewykluczone, że chcąc zaledwie dorównać uczniowi szkoły ponadpodstawowej znacząco rozszerzę swoje zrozumienie światowej sztuki i kultury.

Na innych lekcjach nie odbiegałem już tak bardzo od kanonu edukacji, ale nauka od tamtej pory poszła co nieco do przodu i miło będzie mi nie tylko przypomnieć sobie ową wiedzę, ale nawet ją sobie uaktualnić w głowie. Może, gdy dzieci dorosną do lekcji geografii, będą się uczyły już o siedmiu kontynentach, nie o sześciu jak ja. Na pewno sąsiadów Polski będą się uczyć więcej niż ja, a nawet jeśli nie - żaden z nich nie będzie już zwał się "NRD" (podobnie jest z planetami Układu Słonecznego i Plutonem).

Nawet jeżeli dany przedmiot nic nowego do mej głowy nie wniesie, miło mi będzie ową wiedzę sobie odświeżyć. Od dawna bowiem głoszę, że czasy licealne są nad wyraz kreatywne dlatego, że uczeń nie wkroczył jeszcze na ścieżkę wąskiej specjalizacji, więc uczy się w tym samym czasie wielu różnych rzeczy, dzięki czemu w głowie jego powstać mogą multidyscyplinarne powiązania, niedostępne już umysłowi specjalisty. Może, mając o wiele większy bagaż doświadczeń niż typowy uczeń, poddawszy się ponownie tej sieczce edukacyjnej ("rano wiersze barokowe, potem trygonometria, następnie wiązania wodorowe, by dzień skończyć budową ciała płaza"), będę w stanie takimi sieciami te doświadczenia kreatywnie powiązać. Nawet jeśli nie - to też będą kolejne doświadczenia w mym życiowym bagażu.

Decydować, za kogo wydać dziecko, nie zamierzam. Albo czasy się zmieniły, albom różny od autora - niemniej jednak zakładam, że to jednak jest już ich problem. Choć nie wykluczam, że kiedyś znów mnie najdzie chęć na stworzenie jakiegoś Kwisatz Haderach i będę dzieci starał się w stronę jakiegoś kandydata/-tki kierować, to jednak to im pozostawię ostateczną decyzję.

A gdy cały ten krąg zacznie się powtarzać się z wnukami, będę równie szczęśliwy. Momentami może nawet bardziej, jako że współczesne trendy wskazują, że nie będę musiał się przejmować, z kim zostawić dziecko wychodząc do pracy, bo będę już wtedy na emeryturze.

22:58, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 maja 2017

Podobnym zainteresowaniem cieszyły się wówczas [pod koniec lat 90-tych] teksty podsuwające pomysły, jak przeszczepić na grunt własnej sesji fajny motyw znany skądinąd: a więc, jak wprowadzić UFO do gry fantasy, detektywa do Cyberpunka i kobietę na sesję w ogóle.
[Ignacy Trzewiczek, "Jesienna Gawęda"]

Zwróciło mą uwagę to zdanie i niemało rozbawiło, gdy czytałem "Jesienną gawędę" kilka lat temu, bo czytałem ją w ramach przygotowań do prowadzenia cyklu sesji RPG (zwykle zwanych "kampanią", ale jakoś ta nazwa tu nie pasowała), w czasie których kobiety stanowiły większość drużyny. Skład osobowy drużyny w ciągu kilku lat nieregularnego prowadzenia zmienił się niejednokrotnie, ale płeć piękna nigdy nie stanowiła mniejszości. Przez długi czas w drużynie poza kobietami było tylko pół mężczyzny, a ostatnią przygodę prowadziłem wyłącznie kobiecemu gronu. Problem ten wydawać mi się może więc mocno wydumany.

Ale wiem, że istniał i prawdopodobnie wciąż istnieje. Przyczyn tego jest wiele - począwszy od poziomu umiejętności towarzyskich typowego gracza RPG, który mógłby przecież podejść i kobietę zaprosić, poprzez same zachowanie młodych samców podczas sesji, gdzie odreagowują nieco swe kompleksy, a skończywszy na samych przygodach, skupionych na potrzebach męskiego gracza. Po kilkudziesięciu przygodach dla kobiecego grona mam już jakąś szczątkową wiedzę na ten temat i mogę się nią podzielić.

Przede wszystkim założyć trzeba, że z większości sytuacji można wyjść bez walki. To, co dla gracza jest niewyobrażalne[citation needed], często jest pierwszym pomysłem graczki. Moje drużyna zdołała się "wygadać" z sytuacji, o których w życiu bym nie pomyślał (np. walki z goblinami). Do tego trzeba mieć przeciwników rozpisanych bardziej niż tylko imię, wygląd, ekwipunek (włącznie z ilością monet w mieszku), żywotność i ilość ataków na rundę. Dlaczego ów walczy z drużyną? Co go do tego skłoniło - i co może go od tego odwieść? 

Zamiast walki, nierzadko będącej jedynie emocjonalnie odbieranymi rzutami kośćmi, dawać rozgrywki intelektualne. W sieci jest mnóstwo takich przygód, sam czasem z nich korzystam. Jednak z walki nie rezygnować - jest ona często spotykanym elementem świata i pozbycie się jej zniekształciłoby go (chyba, że universum zakłada praktyczny brak przemocy, wtedy jak najbardziej pozbycie się przemocy z sesji jest na miejscu). Jeżeli kobieta w drużynie (lub kobieca drużyna) będzie walki przegrywać, nauczy się dostrzegać je nadciągające zza horyzontu i ich unikać. Co też wzbogacić może przygody.

(Co mi przypomina historyjkę, jak to doświadczony gracz i Mistrz Gry odmówił dołączenia do drużyny, gdy była na etapie tworzenia. Usłyszawszy, kto w drużynie będzie - nie tyle płci graczy, co zawodów postaci - stwierdził, że to nie ma sensu, bo "bez co najmniej dwóch wojowników drużyna nie przetrwa pierwszej walki". Przetrwała, przetrwała też kilka kolejnych - a gdyby nawet miała nie przetrwać, wprowadzić do drużyny NPCa - wojownika trudnym być nie powinno.) 

Nie zapraszać jednej kobiety na sesję. Zamiast tego zaprosić je dwie lub nawet trzy. Nie będą się czuć tak wyobcowane. I pozwolić im mówić, nawet gdy "doświadczeni" męscy gracze będą starali się je przekrzyczeć

Zwrócić uwagę na zwykle nad wyraz patriarchalne społeczeństwo w grach fantasy (w science-fiction wygląda to już inaczej) i zastanowić się, co w nim sprawiło, że postacie kobiece "wyszły na drogę". Z drugiej strony - nie przesadzać z tego patriarchalizmu się trzymaniem.

I to w sumie tyle: robić ciekawsze przygody niż "Demoniczna Horda", pozwolić się wypowiedzieć i przedstawić swoje nieoczywiste (a nawet wręcz heretyckie; kto widział pukać do drzwi, za którymi ukrywa się nekromanta? a jednak podziałało) dla mężczyzn pomysły, zastanowić się, czego kobieta od sesji może oczekiwać i zaprosić więcej niż jedną. UMD.

(Dwa pozostałe problemy też są banalne. Detektyw w cyberpunku nie wydaje mi się niczym dziwnym ni niepasującym, a UFO gdzieś w mej odnodze universum Warhammera tkwią jako pojazdy Dawnych Slannów. Zresztą, w przypadku świata z wieloma rozumnymi rasami, inna rasa umysłowo i technologicznie rozwiniętych humanoidów dziwić powinna znacznie mniej niż na Ziemi.)

11:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 maja 2017

We współczesnym społeczeństwie naturalny okres przejściowy ulega sztucznemu przedłużeniu przez przesadne podtrzymywanie więzi rodzicielskich. Rodzice mają skłonność do zatrzymywania przy sobie potomstwa w okresie, gdy jest ono już biologicznie zdolne do życia na własny rachunek. Przyczyna tego jest prosta: trudne wymagania, jakie stawia życie w ludzkim zoo, uniemożliwiają czternasto- i piętnastolatkom samodzielne przetrwanie. Ta niezdolność jest przyczyną pewnego rodzaju dziecięcości, która skłania rodziców do kontynuowania swojej roli nawet wtedy, gdy potomstwo osiągnęło już dojrzałość seksualną. To z kolei przedłuża u potomstwa funkcjonowanie wielu dziecięcych wzorców zachowań, które w nienaturalny sposób nakładają się na nowe wzorce, właściwe osobom dorosłym. Skutkiem tego są poważne napięcia i nierzadko więź rodzice – potomstwo wchodzi w kolizję z powstającą właśnie u młodych skłonnością do tworzenia nowych więzi – więzi pary.

To nie rodzice ponoszą winę za to, że ich dzieci nie potrafią jeszcze radzić sobie same w zewnętrznym świecie superplemienia. Nie jest też winą dzieci, że nie potrafią uniknąć przekazywania swoim rodzicom sygnałów dziecięcej bezradności. Błąd tkwi w sztucznym środowisku miejskim, które wymaga dłuższego okresu terminowania, niż trwa okres wzrostu młodego zwierzęcia ludzkiego.
[Desmond Morris, "Ludzkie zoo"]

Ładnie wytłumaczone są tu ewolucyjne przyczyny buntu nastolatków, a być może także zdziecinnienia współczesnych dorosłych. Nie mogę wykluczyć, że tak samo było już wieki temu, ale powszechnie zdaję się słyszeć narzekania trzydziestolatków, że "nie ogarniają dorosłego życia", a z drugiej strony - sześć- i siedemdziesięciolatków, że "współcześni dorośli są tacy zdziecinnieli", co dziwnym spostrzeżeniem nie jest, gdy na ulicach widzi się czterdziestopięciolatków ubierających się jak dwudziestoczterolatkowie.

Lepiej niestety nie będzie. Zdaje mi się, że ze względu na cechy uliczki rozwoju cywilizacyjnego, w którą się zapędziliśmy, dziś jeszcze trudniej niż przed półwieczem, gdy Desmond Morris pisał powyższe słowa, młodym dorosłym się usamodzielnić. Wtedy nie był gotowy do dorosłego życia w wieku lat 14-15, ale w wieku lat dwudziestu mógł już pracować i się z tej pracy utrzymywać. Dziś średnia ta wynosi w Polsce lat 28, bo wcześniej albo się studiuje, by zdobyć lepszy zawód, albo zarabia się zbyt mało, by stać było dwudziestolatka na zdobycie własnego mieszkania. Uboższa część społeczeństwa ma z tym problem także i później, co nie jest niczym nowym, jeśli przypomni się sobie wielopokoleniowe chaty chłopskie. Mimo rozwoju jednak standard takiego wspólnego zamieszkiwania uległ zmniejszeniu: jest co prawda kuchenka gazowa, CO i kibel, ale zamiast całej chaty ma się ledwie 52 metry kwadratowe M-4.

Sam też odczułem tę rozbieżność: wyprowadzić się chciałem z domu rodzinnego już w wieku lat 16 i z mej wiedzy wynika, że w plemionach pierwotnych byłbym już w tym wieku uznany za dorosłego, skutkiem czego nie mieszkałbym już z rodziną (czy już na swoim, czy też we wspólnocie młodych samców, to już zależy od konkretnego plemienia). W naszym superplemieniu jednak nie stać mnie było na to: mimo ciała u szczytu swych możliwości brakło mi umiejętności, które mógłbym zmonetaryzować, by za to się utrzymać i wyżywić. Mocno ambiwalentnie chcąc się wyrwać spod opieki rodzicielskiej, intensywnie ją wykorzystywałem, by możliwie najwięcej przedłużyć swe dzieciństwo, skutkiem czego wyprowadzić udało mi się dopiero w wieku lat 29, czyli już powyżej krajowej średniej. Mam jednak wrażenie, że wieloletnia chęć wyprowadzenia się znacząco ułatwiła mi naukę dorosłego życia "na swoim" i motywowała do ogarnięcia wszystkich nowych obowiązków, z czym - z tego, co pamiętam rozmowy - część mych rówieśników miewała problemy.

Gdyby nie wspomniane przez autora napięcia międzypokoleniowe odbijające się na psychice zaangażowanych, taki stan mógłbym uznać nawet za pożądany. Dzieciństwo jest okresem największej kreatywności i rozwoju inteligencji. Wydłużając to moglibyśmy z tej kreatywności korzystać - gdyby nie była ona rozproszona owymi napięciami i nie była "cięta pod wymiar" we współczesnym systemie edukacji. Przycinanie kreatywności dzieci do konkretnych, powtarzalnych zadań, jest ogromnym marnotrawieniem jej potencjału, ale najwyraźniej tego potrzeba nienasyconym rynkom współczesnej cywilizacji. Obawiam się jednak, że gdy nadejdzie wreszcie epoka pełnej automatyzacji i człowiek będzie mógł w życiu się realizować twórczo bez obawy o utrzymanie, niemal nikt, kto zdążył przed tą cezurą czasową dorosnąć do życia na swoim, nie będzie już tego umiał (tak jak nie umieją armią rządzić żołnierze przez lata przywykli tylko do słuchania rozkazów).

00:00, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 maja 2017

While Charles II was in exile he and his followers had become accustomed to watching plays staged in the style used before 1642 for English Court masques, with actresses, painted scenery and machinery imported from Italy, and a proscenium arch with a curtain. It is therefore not suprising that when he returned to England in 1660, he should have encouraged their adoption in the new public theatres. Everything favoured a fresh start, with exciting innovations. The old theatres, after eighteen years of neglect, were unusable. The companies that had played in them were disbanded, the audiences dispersed. The old plays too were out of date. Even Shakespeare was barbarous, and had to be tailored to fit the new age. Many of the perversions of his plays which later appeared in translation on the Continent were really due to rewritings by Restoration dramatists, who dressed up Macbeth with singing witches, added new characters to The Tempest and gave Romeo and Juliet a happy ending.
[Phyllis Hartnoll, "The Theatre: A Concise History"]

I had thought such mind-boggling changes in remakes were a product of modern-era Hollywood-style movie productions: anything to cheer up the viewer and to get the rating down, so teenagers could also watch it. Now that I know it's a legimite theater tradition dating back to the Restoration era I'll look with a kinder eye on its modern use.

Also, with more caution. The details of those changes could tell a lot about the society for which such a remake was tailored: what was allowed or accustomed to - and what wasn't; what the audience was lacking from the ealier plays and movies and which scraps were left on the floor during the tailoring.

Right now, as I see it, gender and race equality are the main concern in remakes of the classics. This was quite well highlighted by the Doctor in the episode 10x03 of the new series during a conversation with his non-Caucasian female companion. After she expressed her wonder that the Regency England is "bit more black than they show in the movies", Doctor replied: "So was Jesus. History's a whitewash", thus allowing the screenwriters of further episodes to place non-Caucasian characters in pre-modern era Europe, as other Brirtish movies tend to do novadays.

So it seems that's what is being tailored for the audience of our times. Do I find it wrong? Absolutely not - but I haven't seen the all-female remake of "Ghostbusters" yet, so that may still change.

11:22, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017

Jeżeli teoria determinizmu jest prawdziwa, powiadają, to muzyka Mozarta czy równania Einsteina były do przewidzenia na wiek przed ich powstaniem, a to jest absurdalne.
[Ted Honderich, "Ile mamy wolności?"]

O ile w przypadku muzyki Mozarta może to twierdzenie być prawdziwe (choć czy ja wiem, czy się nie dałoby z wyprzedzeniem przewidzieć trendów w ewolucji form muzycznych? już bardziej malarstwo Picassa, które było czymś zupełnie odmiennym od tradycyjnej wizji, nazwałbym niemożliwym do przewidzenia), o tyle w przypadku równań Einsteina absurdalne mi się to nie zdaje.

Tym się bowiem różni od sztuki nauka, że każdy poprawnie wykonujący eksperyment lub rozwiązujący równanie otrzyma ten sam wynik. Nie Einstein, to ktoś inny by te równania ułożył, otrzymując te same wyniki z tych samych danych. Einstein swych równań bowiem nie wymyślił "od początku", lecz opierając się na wynikach poprzedników, o czym w swej książce "Nie tylko o Żydach" (brak ISBN) pisał lata temu Janusz Korwin-Mikke:

Bystrość umysłu zazwyczaj okupowana jest głębią - niezależnie od rasy. Prymitywni antysemici stalinowscy i hitlerowscy o wiele mądrzej zrobiliby, wskazując, że teoria Einsteina w gruncie rzeczy jest prostym wnioskiem z filozofii Poincare’ego i transformacji Lorentza - zamiast twierdzić, że jest ona nieprawdziwa! Przypomina to wprawdzie chwalenie autora teorii gotowania oraz wynalazcy rury - natomiast zapominania o facecie, który wpadł na pomysł, że rurę można z jednego końca zasklepić i postawić na ogniu; ale czego to już nie robiono w tej dziedzinie!
[Janusz Korwin-Mikke, "Nie tylko o Żydach"]

Przykład podam - jak zwykle - skrajny. Albert Einstein był bez wątpienia człowiekiem wybitnym, a szczególna teoria względności pięknym i eleganckim uogólnieniem. Jednak aparat matematyczny był stworzony przed Einsteinem przez Lorentza, zaś cała filozofia teorii względności - przez Poincare’ego. Pozwala to ujrzeć osiągnięcia Einsteina we właściwym świetle - co, oczywiście, nie zmienia wysokiej jego oceny.
[Janusz Korwin-Mikke, "Nie tylko o Żydach"]

Owe zaś podstawy równań Einsteina także opierały się na wcześniejszych badaniach i twierdzeniach. A te na poprzednich, i tak dalej. Gdyby więc pojawił się w kręgu kultury zachodniej na początku XIX wieku ktoś o zdumiewających mocach umysłowych, nie wykluczam, że byłby w stanie przewidzieć sławne równania Einsteina.

Na dłuższą metę jednak niż wiek czy dwa bym przewidywać nie radził. O tym dlaczego, lata temu doskonale napisał Italo Calvino w powiadaniu "O co zakład", zawartym w "Opowieściach kosmikomicznych" (ISBN: 83-7079-355-X).

10:37, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 maja 2017

Nie sądzę, żeby przyczynowość bardziej niż zapałki tkwiła w umyśle.
[Ted Honderich, "Ile mamy wolności?"]

Jako solipsysta[citation needed] przyznać muszę, że ja również, ale nie wiem, czy autor tych słów byłby (jeżeli istnieje) z mojej zgody zadowolony. Dużo bardziej bowiem niż on uważam, że obie te rzeczy tkwią w umyśle. Moim.

20:43, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA