RSS
sobota, 27 maja 2017

We współczesnym społeczeństwie naturalny okres przejściowy ulega sztucznemu przedłużeniu przez przesadne podtrzymywanie więzi rodzicielskich. Rodzice mają skłonność do zatrzymywania przy sobie potomstwa w okresie, gdy jest ono już biologicznie zdolne do życia na własny rachunek. Przyczyna tego jest prosta: trudne wymagania, jakie stawia życie w ludzkim zoo, uniemożliwiają czternasto- i piętnastolatkom samodzielne przetrwanie. Ta niezdolność jest przyczyną pewnego rodzaju dziecięcości, która skłania rodziców do kontynuowania swojej roli nawet wtedy, gdy potomstwo osiągnęło już dojrzałość seksualną. To z kolei przedłuża u potomstwa funkcjonowanie wielu dziecięcych wzorców zachowań, które w nienaturalny sposób nakładają się na nowe wzorce, właściwe osobom dorosłym. Skutkiem tego są poważne napięcia i nierzadko więź rodzice – potomstwo wchodzi w kolizję z powstającą właśnie u młodych skłonnością do tworzenia nowych więzi – więzi pary.

To nie rodzice ponoszą winę za to, że ich dzieci nie potrafią jeszcze radzić sobie same w zewnętrznym świecie superplemienia. Nie jest też winą dzieci, że nie potrafią uniknąć przekazywania swoim rodzicom sygnałów dziecięcej bezradności. Błąd tkwi w sztucznym środowisku miejskim, które wymaga dłuższego okresu terminowania, niż trwa okres wzrostu młodego zwierzęcia ludzkiego.
[Desmond Morris, "Ludzkie zoo"]

Ładnie wytłumaczone są tu ewolucyjne przyczyny buntu nastolatków, a być może także zdziecinnienia współczesnych dorosłych. Nie mogę wykluczyć, że tak samo było już wieki temu, ale powszechnie zdaję się słyszeć narzekania trzydziestolatków, że "nie ogarniają dorosłego życia", a z drugiej strony - sześć- i siedemdziesięciolatków, że "współcześni dorośli są tacy zdziecinnieli", co dziwnym spostrzeżeniem nie jest, gdy na ulicach widzi się czterdziestopięciolatków ubierających się jak dwudziestoczterolatkowie.

Lepiej niestety nie będzie. Zdaje mi się, że ze względu na cechy uliczki rozwoju cywilizacyjnego, w którą się zapędziliśmy, dziś jeszcze trudniej niż przed półwieczem, gdy Desmond Morris pisał powyższe słowa, młodym dorosłym się usamodzielnić. Wtedy nie był gotowy do dorosłego życia w wieku lat 14-15, ale w wieku lat dwudziestu mógł już pracować i się z tej pracy utrzymywać. Dziś średnia ta wynosi w Polsce lat 28, bo wcześniej albo się studiuje, by zdobyć lepszy zawód, albo zarabia się zbyt mało, by stać było dwudziestolatka na zdobycie własnego mieszkania. Uboższa część społeczeństwa ma z tym problem także i później, co nie jest niczym nowym, jeśli przypomni się sobie wielopokoleniowe chaty chłopskie. Mimo rozwoju jednak standard takiego wspólnego zamieszkiwania uległ zmniejszeniu: jest co prawda kuchenka gazowa, CO i kibel, ale zamiast całej chaty ma się ledwie 52 metry kwadratowe M-4.

Sam też odczułem tę rozbieżność: wyprowadzić się chciałem z domu rodzinnego już w wieku lat 16 i z mej wiedzy wynika, że w plemionach pierwotnych byłbym już w tym wieku uznany za dorosłego, skutkiem czego nie mieszkałbym już z rodziną (czy już na swoim, czy też we wspólnocie młodych samców, to już zależy od konkretnego plemienia). W naszym superplemieniu jednak nie stać mnie było na to: mimo ciała u szczytu swych możliwości brakło mi umiejętności, które mógłbym zmonetaryzować, by za to się utrzymać i wyżywić. Mocno ambiwalentnie chcąc się wyrwać spod opieki rodzicielskiej, intensywnie ją wykorzystywałem, by możliwie najwięcej przedłużyć swe dzieciństwo, skutkiem czego wyprowadzić udało mi się dopiero w wieku lat 29, czyli już powyżej krajowej średniej. Mam jednak wrażenie, że wieloletnia chęć wyprowadzenia się znacząco ułatwiła mi naukę dorosłego życia "na swoim" i motywowała do ogarnięcia wszystkich nowych obowiązków, z czym - z tego, co pamiętam rozmowy - część mych rówieśników miewała problemy.

Gdyby nie wspomniane przez autora napięcia międzypokoleniowe odbijające się na psychice zaangażowanych, taki stan mógłbym uznać nawet za pożądany. Dzieciństwo jest okresem największej kreatywności i rozwoju inteligencji. Wydłużając to moglibyśmy z tej kreatywności korzystać - gdyby nie była ona rozproszona owymi napięciami i nie była "cięta pod wymiar" we współczesnym systemie edukacji. Przycinanie kreatywności dzieci do konkretnych, powtarzalnych zadań, jest ogromnym marnotrawieniem jej potencjału, ale najwyraźniej tego potrzeba nienasyconym rynkom współczesnej cywilizacji. Obawiam się jednak, że gdy nadejdzie wreszcie epoka pełnej automatyzacji i człowiek będzie mógł w życiu się realizować twórczo bez obawy o utrzymanie, niemal nikt, kto zdążył przed tą cezurą czasową dorosnąć do życia na swoim, nie będzie już tego umiał (tak jak nie umieją armią rządzić żołnierze przez lata przywykli tylko do słuchania rozkazów).

00:00, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 maja 2017

While Charles II was in exile he and his followers had become accustomed to watching plays staged in the style used before 1642 for English Court masques, with actresses, painted scenery and machinery imported from Italy, and a proscenium arch with a curtain. It is therefore not suprising that when he returned to England in 1660, he should have encouraged their adoption in the new public theatres. Everything favoured a fresh start, with exciting innovations. The old theatres, after eighteen years of neglect, were unusable. The companies that had played in them were disbanded, the audiences dispersed. The old plays too were out of date. Even Shakespeare was barbarous, and had to be tailored to fit the new age. Many of the perversions of his plays which later appeared in translation on the Continent were really due to rewritings by Restoration dramatists, who dressed up Macbeth with singing witches, added new characters to The Tempest and gave Romeo and Juliet a happy ending.
[Phyllis Hartnoll, "The Theatre: A Concise History"]

I had thought such mind-boggling changes in remakes were a product of modern-era Hollywood-style movie productions: anything to cheer up the viewer and to get the rating down, so teenagers could also watch it. Now that I know it's a legimite theater tradition dating back to the Restoration era I'll look with a kinder eye on its modern use.

Also, with more caution. The details of those changes could tell a lot about the society for which such a remake was tailored: what was allowed or accustomed to - and what wasn't; what the audience was lacking from the ealier plays and movies and which scraps were left on the floor during the tailoring.

Right now, as I see it, gender and race equality are the main concern in remakes of the classics. This was quite well highlighted by the Doctor in the episode 10x03 of the new series during a conversation with his non-Caucasian female companion. After she expressed her wonder that the Regency England is "bit more black than they show in the movies", Doctor replied: "So was Jesus. History's a whitewash", thus allowing the screenwriters of further episodes to place non-Caucasian characters in pre-modern era Europe, as other Brirtish movies tend to do novadays.

So it seems that's what is being tailored for the audience of our times. Do I find it wrong? Absolutely not - but I haven't seen the all-female remake of "Ghostbusters" yet, so that may still change.

11:22, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017

Jeżeli teoria determinizmu jest prawdziwa, powiadają, to muzyka Mozarta czy równania Einsteina były do przewidzenia na wiek przed ich powstaniem, a to jest absurdalne.
[Ted Honderich, "Ile mamy wolności?"]

O ile w przypadku muzyki Mozarta może to twierdzenie być prawdziwe (choć czy ja wiem, czy się nie dałoby z wyprzedzeniem przewidzieć trendów w ewolucji form muzycznych? już bardziej malarstwo Picassa, które było czymś zupełnie odmiennym od tradycyjnej wizji, nazwałbym niemożliwym do przewidzenia), o tyle w przypadku równań Einsteina absurdalne mi się to nie zdaje.

Tym się bowiem różni od sztuki nauka, że każdy poprawnie wykonujący eksperyment lub rozwiązujący równanie otrzyma ten sam wynik. Nie Einstein, to ktoś inny by te równania ułożył, otrzymując te same wyniki z tych samych danych. Einstein swych równań bowiem nie wymyślił "od początku", lecz opierając się na wynikach poprzedników, o czym w swej książce "Nie tylko o Żydach" (brak ISBN) pisał lata temu Janusz Korwin-Mikke:

Bystrość umysłu zazwyczaj okupowana jest głębią - niezależnie od rasy. Prymitywni antysemici stalinowscy i hitlerowscy o wiele mądrzej zrobiliby, wskazując, że teoria Einsteina w gruncie rzeczy jest prostym wnioskiem z filozofii Poincare’ego i transformacji Lorentza - zamiast twierdzić, że jest ona nieprawdziwa! Przypomina to wprawdzie chwalenie autora teorii gotowania oraz wynalazcy rury - natomiast zapominania o facecie, który wpadł na pomysł, że rurę można z jednego końca zasklepić i postawić na ogniu; ale czego to już nie robiono w tej dziedzinie!
[Janusz Korwin-Mikke, "Nie tylko o Żydach"]

Przykład podam - jak zwykle - skrajny. Albert Einstein był bez wątpienia człowiekiem wybitnym, a szczególna teoria względności pięknym i eleganckim uogólnieniem. Jednak aparat matematyczny był stworzony przed Einsteinem przez Lorentza, zaś cała filozofia teorii względności - przez Poincare’ego. Pozwala to ujrzeć osiągnięcia Einsteina we właściwym świetle - co, oczywiście, nie zmienia wysokiej jego oceny.
[Janusz Korwin-Mikke, "Nie tylko o Żydach"]

Owe zaś podstawy równań Einsteina także opierały się na wcześniejszych badaniach i twierdzeniach. A te na poprzednich, i tak dalej. Gdyby więc pojawił się w kręgu kultury zachodniej na początku XIX wieku ktoś o zdumiewających mocach umysłowych, nie wykluczam, że byłby w stanie przewidzieć sławne równania Einsteina.

Na dłuższą metę jednak niż wiek czy dwa bym przewidywać nie radził. O tym dlaczego, lata temu doskonale napisał Italo Calvino w powiadaniu "O co zakład", zawartym w "Opowieściach kosmikomicznych" (ISBN: 83-7079-355-X).

10:37, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 maja 2017

Nie sądzę, żeby przyczynowość bardziej niż zapałki tkwiła w umyśle.
[Ted Honderich, "Ile mamy wolności?"]

Jako solipsysta[citation needed] przyznać muszę, że ja również, ale nie wiem, czy autor tych słów byłby (jeżeli istnieje) z mojej zgody zadowolony. Dużo bardziej bowiem niż on uważam, że obie te rzeczy tkwią w umyśle. Moim.

20:43, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 maja 2017

W eksperymencie, który natychmiast przeszedł do klasyki psychologii, John Bargh z zespołem poprosili studentów New York University – w większości w wieku 18-22 lat – aby ułożyli czterowyrazowe zdania, mając do wyboru po pięć wyrazów (np. "znajduje – on – to – żółty – natychmiast"). U połowy studentów pomieszane zdania zawierały słowa związane z podeszłym wiekiem, takie jak "Floryda", "zapomina", "łysy", "siwa" czy "zmarszczka". Po wykonanym zadaniu młodzi uczestnicy byli odsyłani do innej sali na końcu korytarza, gdzie miał się odbyć kolejny eksperyment. Rzeczywistym eksperymentem był jednak właśnie ten krótki spacer z sali do sali. Badacze dyskretnie mierzyli czas, jaki zajmowało uczestnikom przejście korytarzem. Tak jak przewidywał Bargh, tym młodym osobom, które układały zdania z wyrazów kojarzących się z podeszłym wiekiem, przemierzenie korytarza zajmowało znacznie więcej czasu niż pozostałym.

(...)

Związek ideomotoryczny działa też w odwrotnym kierunku. Na pewnym niemieckim uniwersytecie przeprowadzono badanie będące lustrzanym odbiciem jednego z pierwszych nowojorskich eksperymentów zespołu Bargha. Tu studentów poproszono, żeby przez pięć minut chodzili po pokoju w tempie 30 kroków na minutę, czyli około jednej trzeciej normalnego tempa. Po tym krótkim doświadczeniu uczestnicy znacznie szybciej rozpoznawali słowa wiążące się ze starością, np. "zapominać", "stary" czy "samotny". Reakcja na efekty obustronnego torowania jest zwykle spójna – gdy zostanie w tobie utorowana idea starości, częściej będziesz się zachowywać jak osoba w podeszłym wieku, a z kolei zachowanie przypominające osobę w podeszłym wieku wzmocni u ciebie myślenie o starości.
[Daniel Kahneman, "Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym"]

Od dawna jestem holistą, wyniki tego eksperymentu nijak mnie więc nie dziwią. Tym bardziej, że już około dwóch dekad temu czytałem o podobnym eksperymencie, w czasie trwania którego grupie studentów kazano przez kilka dni podczas przemierzania pieszo kampusu chodzić żwawym krokiem. Skutkiem tego była mierzalna poprawa ich nastrojów.

Dlatego też przynajmniej część zimowego psychicznego doła zwalam na ciężkie zimowe buty, w których przychodzi mi po śniegu chodzić. I zdaję sobie w ciągu tych psychicznych dołków sprawę, że ożywię się, gdy tylko wymienię owe ocieplane buty na tenisówki. Nie zdziwiłbym się też, gdyby za część pesymizmu zbuntowanej młodzieży odpowiadały noszone przez nią glany (choć tu raczej powodowałyby one problem z wyrwaniem się z tego nastroju, przez który założyła owa młodzież glany in the first place).

Zastanawia mnie też inna sprawa, mogąca być związana z powyższą: a co, jeżeli za zwiększające się tempo współczesnego życia odpowiadają coraz popularniej noszone sportowe buty? Co, jeżeli powodowana przez sprężystą podeszwę elastyczność i żwawość kroku przekłada się na ludzką energiczność aż w takim stopniu, że udaje nam się to gołym okiem zauważyć? Z okazji jednego z mych hobby miewam okazję parę razy w roku pochodzić przez kilka dni w obuwiu o podeszwie składającej się jednie z warstwy skóry i przyznać muszę, że tak jak nie opuszcza mnie przez te parę dni poczucie, że człapię, tak dni te mijają mi nad wyraz powoli i leniwie. By jednak tej anecdata nadać choć pozorów argumentu, musiałbym kontrolnie udać się na kilkudniowy urlop z dala od codzienności i chodzić tam w trampkach. Wtedy mógłbym z pewną dozą prawdopodobieństwa orzec, na ile to me poczucie jest wynikiem niesprężynujących butów, a na ile samego kilkudniowego urlopu.

20:08, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 maja 2017

W czasach kiedy Polska stała się państwem względnie nowoczesnym, czyli mniej więcej na początku XXI wieku, instytucje zatrwożone, że ktoś przeniknie przez ich systemy zabezpieczeń, zaczęły angażować specjalistów z tej branży. Do powinności takiego ochroniarza należało szukanie szczelin w zabezpieczeniach i opracowywanie antidotów. (...) Tak stopniowo narodziła się kasta awariatów, czyli, mówiąc po ludzku, specjalistów od przewidywania i usuwania awarii wszelkimi, a więc także wariackimi sposobami.

Awariat siedział sobie w kantorku, pisał na komputerze scenariusze zagrożeń, nie troszcząc się w najmniejszej mierze o ich prawdopodobieństwo, po czym jeszcze tego samego dnia wskazywał, w jaki sposób owe zagrożenie uśmierzyć. Było mu jak u Pana Boga za piecem, dopóki jeden ze scenariuszy się nie spełnił; wtedy okazywało się, że zalecane posunięcia nadawały się psu na buty, awariat szedł na bruk i po krótkich poszukiwaniach znajdował sobie nową posadę. Chodziło widać wyłącznie o alibi dla zarządu spółki.

Jeśli chodziło o Edwarda Mgłobija, ten nigdy nie uważał, że ma ze wskazaną kastą cokolwiek wspólnego. Uważał się za analityka megasystemów – im większe, tym chętniej się nimi zajmował. Najlepiej, uważał, szło mu z państwami i kontynentami, a chętnie zająłby się światem jako całością, bo ledwie zaczynał myśleć, dokąd to wszystko zmierza, zaraz robiło mu się ciemno przed oczami.
[Marek Oramus, "Kankan na wulkanie"]

To brzmi jak praca moich marzeń! Mam skłonności do teoretycznych rozważań, niewykluczone więc, że przydatny byłby mi ktoś do pary, kto by wymyślone przeze mnie scenariusze awarii i katastrof starał się zneutralizować - niewykluczone jednak, że po krótkim się przestawieniu byłbym i ja w stanie konstruktywne rozwiązania wymyślać. Wdrożyć w życie już nie, a na pewno nie przed zaistnieniem awarii, jakkolwiek późno by ona nastąpiła.

Choć z wiekiem zacząłem tracić z oczu ogólny obraz i nie byłbym już tak dobrym analitykiem megasystemów jak jeszcze dekadę temu, na poziomie planety czy nawet układu gwiezdnego jeszcze spokojnie dałbym sobie radę. A wiele scenariuszy potencjalnych "awarii" w skali państw i kontynentów mógłbym podać od razu, bo też od paru lat (mniej niż czterech i pół) gdy zaczynam myśleć, dokąd nasz świat zmierza, robi mi się ciemno przed oczami. 

Głównie dlatego.

Nadal jednak ten temat interesuje mnie bardziej, niż swary głupie polskich wyrobów politykopodobnych i komentatoropodobnych. Nie dość, że głupie, ale i na dłuższą metę jałowe - patrząc z odpowiedniej perspektywy widać, że to, kto (i jak) rządzi dziś Polską będzie miało przyzerowy wpływ na to, jak wyglądać ona będzie za 20 lat. Tak samo najwyraźniej myślał opisany powyższymi słowami Edward Mgłobij, o którym w kolejnym akapicie autor pisze, że został zatrudniony przez rząd, ale bardzo szybko zwolniony, gdy okazało się, że "jego przydatność w walce politycznej jest nikła". Jeżeli jest to warunek do ww. pracy analityka megasystemów, to też go spełniam.

16:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Większość z nas podświadomie zdaje sobie sprawę z tego niebezpieczeństwa, i stąd gniew, jakim witamy zawsze szaleńców usiłujących nam wmówić, że świat jest inny, niż się powszechnie uważa; stąd szczególna jadowitość szyderstw i kpin, jakimi ich traktujemy, nawet ci z nas, u których, jak w wypadku Radka, ciekawość należy do zawodowych powinności. Zazwyczaj ta reakcja obronna jest na tyle silna, że raz przyjęty obraz świata udaje się przenieść przez całe życie. Wystarczy tylko nie zgubić go do pewnego wieku, później sprawę załatwi już biologia, owo codzienne, bezpowrotne umieranie iluś tam dziesiątek tysięcy komórek mózgowych, które udokumentowali neurobiolodzy, i które owocuje starczym zacietrzewieniem, pozwalającym nie przyjmować do wiadomości nawet faktów oczywistych, jak cios pięścią w zęby.
[Rafał A. Ziemkiewicz, "Żywina"]

Strasznie mnie ubawiła autoironia tych napisanych słów, bo ich autor, Rafał A. Ziemkiewicz znany bardziej ze swych politycznych poglądów, felietonów i książek niż ze swej prozy (przynajmniej od pewnego czasu; pamiętam, gdy znany był przede wszystkim fanom fantastyki jako autor "Pieprzonego losu Kataryniarza" (ISBN: 83-89383-12-8); gdy jednak ostatnio zajrzałem do "magazynów literackich" z lat 96-97 ze zdumieniem dostrzegłem tam jego, już zabarwione jego politycznymi poglądami, felietony) w tych felietonach, nierzadko z logiką godną Janusza Korwin-Mikkego, opisuje i piętnuje świat takim, jak go widzi.

A w tej wizji wiele osób (w tym mój ulubiony marksista) znajduje błędy i przeinaczenia, których jednak - mimo intelektu potrafiącego składać logiczne tezy - Ziemkiewicz nie poprawia. Tkwi w swej wersji świata i zdaje się odrzucać wszystko, do czego - na skutek "bezpowrotnego obumierania iluś tam dziesiątek tysięcy jego komórek mózgowych" (czy też, jak ujmuję to ja, na skutek wyżłobienia się w jego mózgu kolein myślowych, z których z wiekiem wyjść coraz trudniej) - ta wizja nie przystaje. Zgodnie z tym autorefleksyjnym cytatem, z wiekiem powinniśmy w jego felietonach widzieć coraz więcej zacietrzewienia.

Trzeba jednak autorowi przyznać, że z jednej "myślowej koleiny" się przez lata wydostał. Za głównego winowajcę stanu rzeczy w Polsce w swych felietonach i książkach sprzed kilku-kilkunastu lat uznawał red.nacz.a "Gazety Wyborczej" Adama Michnika, którego w swych felietonach raz za razem za to obwiniał, nawet w latach 2005-2007. Strasznie mnie to bawiło, bo w tym samym czasie Adam Michnik za głównego winowajcę stanu rzeczy w Polsce uważał Jarosława Kaczyńskiego, którego w swych wstępniakach raz za razem za to obwiniał, nawet gdy trwał festyn rządów Donalda Tuska (kogo wtedy obwiniał Jarosław Kaczyński, tego nie dane było mi się dowiedzieć; wiem, kogo obwinia teraz - byłego premiera, który gdy był premierem obwiniał za wszystko byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego). Teraz Ziemkiewicz znalazł innych winowajców wśród polskiej sceny politycznej, podczas gdy Michnik nadal klepie swoje. 

Oczywiście wątpię, by autor pisał te słowa autoironicznie. Nie jest wszak Brytyjczykiem. Jestem mocno przekonany, że zdaniem autora ta przywara tyczy tylko "lemingów", wychowanych i wciąż się wychowujących na "Gazecie Wyborczej" I TVN-ie. I są te słowa w ich przypadku równie prawdziwe, co zwłaszcza widać ostatnimi czasy, ale już pozbawione tej uroczej autoironii.

12:04, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 maja 2017

Później Tor I zasłynął tym, że odzwyczaił Saszę Mitrofanowa od zostawania po pracy w laboratorium.

Któregoś razu mimochodem powiedział do Saszy:

- Jeżeli będziesz pan wciąż pracował, to kiedy znajdzie pan czas na myślenie?
[Igor Rosochowatski, "Tor I", w: "Okno w Nieskończoność - antologia opowiadań fantastycznonaukowych pisarzy radzieckich"]

Ano właśnie. Jak już wspomniałem, ten cytat zdawał mi się odpowiadać na pytanie, skąd w ludziach chęć do bezrozumnego przyjmowania na wiarę zasłyszanych (obejrzanych, przeczytanych) opinii. W pracy, mimo wszystko, się pracuje, a gdy człowiek wraca z niej do domu często nie ma siły, by dogłębnie przemyśleć sprawy, które tyczą czegoś bardziej abstrakcyjnego niż posiłek lub opłacenie rachunków - lub myśli o pracy, z której właśnie co się wyszło i do której przyjdzie następnego ranka znów się wybrać. 

Dlatego też, gdy wśród oglądanych ostatnio brytyjskich programów satyryczno-informacyjnych usłyszałem o propozycji dnia wolnego ("Delibaration Day") dla Brytyjczyków, by mogli się zastanowić nad swym wyborem, po początkowym śmiechu, zadumałem się, czy faktycznie takie święto nie miałoby sensu. I szybko doszedłem do wniosku, że miałoby - ale tylko w sytuacji, w której Brytyjczycy faktycznie by usiedli i nad tym pomyśleli, a nie rzucili się z okazji wolnego dnia nadrabiać zaległości w pracy lub rzucili się w wir obowiązków domowych. Czyli pewnie nie bardzo, jeśli społeczeństwo brytyjskie w tej mierze przypomina polskie.

Tak czy owak, przerwa na myślenie, jak pisał mój ulubiony polski poeta, bywa potrzebna. Społeczeństwa bardziej od nas rozwinięte zdają sobie z tego sprawę. Gdy rodziców na to stać, praktykowany jest "gap year" między maturą a rozpoczęciem studiów. Niewykluczone, że gdybym miał wtedy taki rok przerwy od nauki na pomyślenie o swym życiu, moja kariera akademicka wyglądałaby sensowniej.

W Stanach Zjednoczonych wykładowcy miewają sabbatical (ISBN: 83-215-8311-3). Uważam to za dobry pomysł: ludziom przydałoby się kilka razy w życiu kilka miesięcy wolnego, by się zastanowili, dokąd właściwie dobrnęli swą życiową ścieżką i kędy zmierzają dalej i czy przypadkiem nie chcą swego kursu zmienić, a jeśli tak - to w jaki sposób. Wiem, że zdaniem ekonomistów fatalnie wpłynęłoby to na gospodarkę, ale wychodzę z założenia, że dobre funkcjonowanie gospodarki jest rzeczą podrzędną względem szczęśliwości ludzkości. Wiem, że zdaniem Imbryk nie doprowadziłoby to niczego dobrego, ale z własnego doświadczenia wiem, że nie zawsze w tej sprawie miewa rację. I wiem niestety też, że większości ludzi na taką ekstrawagancję finansowo nie stać.

Cóż, chętnym do dogłębnego przemyślenia swej drogi życiowej bez wielkiego nakładu czasu i finansów zawsze zostają rozszerzające umysł narkotyki - a przynajmniej pozostawałyby, gdyby były legalne. Jako dyskordianin nie waham się żywić przekonania, że może właśnie z tego powodu nigdy nie będą.

17:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 maja 2017

Patrzyłem na pasażerów mobów i zastanawiałem się, jak żyją. Przed tysiącami lat ludzka praca została podzielona na zawody i stanowiska, w których i na których wszystkie dni wyglądały tak samo; odbywała się w ramach organizacji, gdzie człowiek był elementem wymiennym. I gdzieś po drodze ludzie zagubili swoje historie. Tak się musiało stać, w taki sposób uzyskiwało się wydajną gospodarkę – lecz nietrudno było dostrzec w tym machinacje świadomej woli, może nie do końca złej, ale z pewnością samolubnej. Ci, którzy stworzyli ten system, zazdrościli innym nie pieniędzy i nie władzy, tylko właśnie historii. Jeżeli ich pracownicy, wracając do domu po ciężkim dniu, mieli coś ciekawego do opowiedzenia, znaczyło to, że coś poszło nie tak: była przerwa w dostawie prądu, wybuchł strajk, szaleniec urządził rzeź. Najwyżsi nie zamierzali dopuścić do tego, żeby inni ludzie mieli własne historie do opowiedzenia – chyba że będą to fałszywe, fikcyjne opowieści, motywujące ich do cięższej pracy. Ci, którzy nie potrafili żyć bez historii, trafili do koncentów albo do takich zawodów jak Yul, a reszta musiała poza miejscem pracy szukać poczucia przynależności do jakiejś historii – stąd chyba brało się u sekularów powszechne zainteresowanie sportem i religią. Jak inaczej można było stać się elementem przygody, częścią czegoś, co ma początek, środek i koniec i w czym odgrywa się znaczącą rolę? My, deklaranci, mieliśmy łatwiej, bo z założenia byliśmy cząstką procesu, w którym chodziło o uczenie się nowych rzeczy. I jeśli nawet ten proces dla niektórych z nas toczył się zbyt wolno (tak jak dla Jesry’ego), to jednak posuwał się naprzód; każdy z nas mógł powiedzieć, na jakim jest etapie i jaką ma rolę do odegrania. Yul dostawał to samo za półdarmo, ponieważ codziennie przeżywał swoje historie; ceną, jaką za to płacił, była niewielka waga, jaką cały świat przywiązywał do jego opowieści. Może właśnie dlatego czuł potrzebę opowiadania – nie tylko o swoich dokonaniach w dzikich krainach, ale także o przygodach klientów.
[Neal Stephenson, "Peanatema"]

Wiele można powiedzieć o mojej pracy, ale na pewno nie jest monotonnym wychodzeniem z domu pięć dni w tygodniu o tej samej porze, monotonnym powtarzaniem tych samych czynności przez osiem godzin dziennie, ani monotonnym powrotem do domu zawsze tą samą trasą, w tych samych korkach podczas godzin szczytu

Nie osiągam pewnie przez to maksimum finansowego zysku, który osiągać mógłbym, ani też nie staję się wybitnym w danej dziedzinie specjalistą na skutek dziesiątek lat doświadczenia, a prawdopodobnie również nie realizuję do końca swego potencjału. Ale za to nie zagubiłem do końca swojej historii, a nawet więcej - dzięki tym nieregularnościom rozbudowałem ją o wiele anegdot.

Jest tak, co niedawno zauważyłem po kolejnej drastycznej zmianie warunków pracy, że anegdot tych najwięcej jest w pierwszych tygodniach, może miesiącach pracy w nowym środowisku. Potem blakną, stają się monotonną codziennością - i ostatnio wracając do domu po przepracowanych (umiarkowanie) ciężkich dwóch tygodniach nie miałem nic ciekawego do opowiedzenia, bo nie pojawiło się nic nowego i przez to intrygującego, a żaden szaleniec nie urządził w pracy rzezi. Gdybym był gorliwym neofilem (ISBN: 83-86530-62-6), byłby to dla mnie znak, że pora po raz kolejny dokonać zmiany mych warunków pracowniczych.

Trudno więc mi powiedzieć dokładnie, na ile ludzie poddani monotonii codziennej pracy na etat faktycznie zatracają we historie, choć widziałem przypadek zatracenia się nowego pracownika w pracy i środowisku miejsca pracy do poziomu, w którym najbardziej definiowało go jego stanowisko i chęć awansu. To jednak tłumaczyłoby nieprzerwane chęci "dopisania się" do historii sportowych lub - co ostatnimi czasy zastąpiło religię - politycznych. Zwykłem uważać, że ludzie bezrefleksyjnie przyjmują prawdy swej strony sporu politycznego z braku pomyślunku, ale może odczuwają oni potrzebę wspólnej narracji i wspólnych historii, mniej lub bardziej (w epoce postprawdy raczej mniej) bazującej na faktach.

Braknie mi w naszym świecie matemów, gdzie mógłbym się w spokoju oddać długofalowym rozmyślaniom. Nasze klasztory jednak niezbyt mi odpowiadają ze względu na swą religijność. Niewykluczone, że została mi więc jedynie rola Yula, który swe historie wciąż przeżywa i rozbudowuje, ale nikt do nich nie przykłada wagi.

19:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 kwietnia 2017

Czy rzeczywiście miewał [Joe Smith, założyciel Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego, czyli mormonów - przyp.red.] objawienia? Sądzę, że tak. A przynajmniej jedno, to pierwsze, gdy w samotności, odcięty od świata, zatopiony w modlitwie, umartwiający ciało ascetycznymi praktykami błagał Boga o światło prawdy. Jest sprawą powszechnie znaną, że długotrwała izolacja od społeczeństwa, połączona z postem, bezsennością i religijnym podekscytowaniem może wywołać wizje, a raczej omamy zmysłowe (słuchowe, wzrokowe, a nawet węchowe i smakowe), zdające się świadczyć o tym, iż między człowiekiem a Bóstwem został nawiązany kontakt. Jest to zjawisko znane i częstokroć opisywane na kartach dzieł traktujących o psychiatrii. Co więcej, zjawisko owo nie jest zastrzeżone dla wierzących w Chrystusa, stykają się z nim wyznawcy najrozmaitszych religii.
[Andrzej J. Sarwa, "Herezjarchowie i schizmatycy"]

Może to tylko moja prywatna rozbieżność z normą, ale religia chrześcijańska nie dość, że nie jest jedyną, której wyznawcy doznają wizji na skutek postu w odosobnieniu, to dla mnie nie jest nawet domyślną tak opisaną religią. Czytałem ostatnimi czasy sporo książek o Indianach i tam tego typu rytuały wspominane były regularnie. Co więcej, o ile w całym drzewie religii chrześcijańskich (którego główne gałęzie książka Andrzeja J. Sarwy zgrabnie prostym językiem opisuje) tego typu ekscesy są zarezerwowane dla nielicznych (zwykle tych, którzy podjęli śluby kapłańskie lub wręcz oddali się życiu monastycznemu), o tyle u Indian taki rytuał przechodził każdy mężczyzna podczas inicjacji. Nierzadko też w ten sposób "kontaktował się z duchami", które zsyłały mu prorocze wizje, przed podjęciem ważnych decyzji w późniejszym dorosłym życiu.

W książkach opisywane jest to jako zjawisko nagminne, któremu poddaje się praktycznie każdy Indianin będący postacią pozytywną (Indianie będący postaciami negatywnymi są głupi i niezdarni jak Niemcy w filmach wojennych i ich postępowaniem kieruje nie mądrość Manitou, lecz chciwość i pogańska nikczemność). Jest to tylko idealizacja i trudno mi obecnie powiedzieć, na ile często takie praktyki były faktycznie stosowane. Jednak proces inicjacji zaczynał się właśnie od udania się na odosobnienie (o ile dobrze pamiętam, trzydniowe) i całkowity post w tym okresie, nic więc dziwnego, że kończył się wizjami.

We współczesnym chrześcijaństwie takiego rytuały braknie. W ramach postępującej specjalizacji oddaliśmy komunikację z Bogiem w ręce wyświęconej kasty specjalistów, a oni zaś (jako anarchista powiem, że zapewne z powodu rozrostu Kościoła jako organizacji) zaczęli działać w myśl zasady "człowiekiem religijnym uznaje się tego, kto mówi (modli się) do Boga, a tego, kto twierdzi, że go słyszy, uznaje się szaleńcem". Tym bardziej więc Indianie są dla mnie bardziej pasującym ludem do opisu ludzi uznających wizje zesłane podczas postów niż chrześcijanie, jak widzi to piszący o odgałęzieniach religii chrześcijańskiej autor.

18:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA