RSS
sobota, 15 kwietnia 2017

Czy rzeczywiście miewał [Joe Smith, założyciel Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego, czyli mormonów - przyp.red.] objawienia? Sądzę, że tak. A przynajmniej jedno, to pierwsze, gdy w samotności, odcięty od świata, zatopiony w modlitwie, umartwiający ciało ascetycznymi praktykami błagał Boga o światło prawdy. Jest sprawą powszechnie znaną, że długotrwała izolacja od społeczeństwa, połączona z postem, bezsennością i religijnym podekscytowaniem może wywołać wizje, a raczej omamy zmysłowe (słuchowe, wzrokowe, a nawet węchowe i smakowe), zdające się świadczyć o tym, iż między człowiekiem a Bóstwem został nawiązany kontakt. Jest to zjawisko znane i częstokroć opisywane na kartach dzieł traktujących o psychiatrii. Co więcej, zjawisko owo nie jest zastrzeżone dla wierzących w Chrystusa, stykają się z nim wyznawcy najrozmaitszych religii.
[Andrzej J. Sarwa, "Herezjarchowie i schizmatycy"]

Może to tylko moja prywatna rozbieżność z normą, ale religia chrześcijańska nie dość, że nie jest jedyną, której wyznawcy doznają wizji na skutek postu w odosobnieniu, to dla mnie nie jest nawet domyślną tak opisaną religią. Czytałem ostatnimi czasy sporo książek o Indianach i tam tego typu rytuały wspominane były regularnie. Co więcej, o ile w całym drzewie religii chrześcijańskich (którego główne gałęzie książka Andrzeja J. Sarwy zgrabnie prostym językiem opisuje) tego typu ekscesy są zarezerwowane dla nielicznych (zwykle tych, którzy podjęli śluby kapłańskie lub wręcz oddali się życiu monastycznemu), o tyle u Indian taki rytuał przechodził każdy mężczyzna podczas inicjacji. Nierzadko też w ten sposób "kontaktował się z duchami", które zsyłały mu prorocze wizje, przed podjęciem ważnych decyzji w późniejszym dorosłym życiu.

W książkach opisywane jest to jako zjawisko nagminne, któremu poddaje się praktycznie każdy Indianin będący postacią pozytywną (Indianie będący postaciami negatywnymi są głupi i niezdarni jak Niemcy w filmach wojennych i ich postępowaniem kieruje nie mądrość Manitou, lecz chciwość i pogańska nikczemność). Jest to tylko idealizacja i trudno mi obecnie powiedzieć, na ile często takie praktyki były faktycznie stosowane. Jednak proces inicjacji zaczynał się właśnie od udania się na odosobnienie (o ile dobrze pamiętam, trzydniowe) i całkowity post w tym okresie, nic więc dziwnego, że kończył się wizjami.

We współczesnym chrześcijaństwie takiego rytuały braknie. W ramach postępującej specjalizacji oddaliśmy komunikację z Bogiem w ręce wyświęconej kasty specjalistów, a oni zaś (jako anarchista powiem, że zapewne z powodu rozrostu Kościoła jako organizacji) zaczęli działać w myśl zasady "człowiekiem religijnym uznaje się tego, kto mówi (modli się) do Boga, a tego, kto twierdzi, że go słyszy, uznaje się szaleńcem". Tym bardziej więc Indianie są dla mnie bardziej pasującym ludem do opisu ludzi uznających wizje zesłane podczas postów niż chrześcijanie, jak widzi to piszący o odgałęzieniach religii chrześcijańskiej autor.

18:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 marca 2017

Epikur musiał dowodzić, że natura podniecenia kobietą nie jest podlejsza, od zamiłowania do chłopców, „ponieważ widok ukochanego ciała dociera do oczu kochającego, wnika w jego ciało, porusza je, łechce, póki nie wytworzy się nasienie...”. Takie wysiłki nie dziwią kiedy się pozna inny pogląd na temat powierzchowności kobiet: „U kobiety wszystko jest sztuczne i słowa i wygląd. Jeśli któraś z nich wydaje się piękna jest to niewątpliwie efektem maści. Jej piękność zrobiona jest z mieszaniny farb do włosów i szminek. Gdy pozbawisz kobietę tej sztuczności, przypomina sójkę z bajki, odartą z piór”. Kallikradites powiadał, że kobiety są „prawdę mówiąc” „szpetne”, ich ciało cechuje przyrodzona brzydota, a twarz jest brzydka „jak u małpy”. Wszystko więc przykrywać muszą mazią, perukami i wymyślnymi toaletami. Jest w tym jakaś myśl, jednak dzisiaj w proteście przeciw takiemu poglądowi zebrano by od ręki więcej podpisów, niż przeciwko wynikowi wyborów prezydenckich w 1995 r. Bo zazwyczaj ciało kobiece pozbawione czegokolwiek nie napawa ludności odrazą.
[Dariusz Łukasiewicz, "„niemieckie psy” i „polskie świnie” oraz inne eseje z historii kultury"]

Przeciw wynikowi wyborów prezydenckich w 1995 roku 600 tysięcy protestów wpłynęło do Sądu Najwyższego. Przeciw niedawno głoszonym przez Janusza Korwiniusza-Mikkusza podobnym poglądom, wciąż nie udało się zebrać miliona podpisów i to zbierając je nie tylko na terytorium Polski. Wygląda więc na to, że autor przecenił tradycyjnie polski szacunek dla dam - albo nie docenił polskiego politykierstwa.

Pierwszy z zacytowanych przez autora poglądów innych niż Epikura przypomina mi internetowe mądrości na poziome gimbazy, które krytykują w podobny sposób zbyt umalowane ("wytapetowane") kobiety. Piszący je młodzieńcy zwykle swe uwagi okraszają komentarzem, że "trzeba taką [kobietę - przyp.red.] zabrać na basen, by zobaczyć jak naprawdę wygląda". Byłem ostatnio w aquaparku, więc na własne oczy widziałem, że może być to niewystarczające - pierwsza zdała mi się przywidzeniem, kolejne dwie jednak upewniły mnie, że faktycznie istnieją kobiety, które nawet na basenie nie rezygnują z pełnego makijażu. Podobnie jak faktycznie istnieją nastolatkowie, którzy widząc takie kobiety są przekonani, że to ich naturalny wygląd, co bywa powodem ich późniejszego zaskoczenia.

Same zaś poglądy Kallikraditesa przypominają mi dowcip, który kiedyś opowiedział mi lata temu kolega Witek:

- Dlaczego kobiety malują się, perfumują i chodzą w butach na obcasach?
- Bo są małe, brzydkie i śmierdzą.

Czasem opowiadam ten dowcip, bo znajduję go zabawnym, i nie spotykam się zbytnio z głosami protestu. Albo przez te dwadzieścia lat Polacy przestali być wrażliwi na honor dam albo zaczęli mieć poczucie humoru.

10:44, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 marca 2017

Faza studiowania na poziomie uniwersyteckim trwa zwykle trzy lata, co jak na ceremonie inicjalne jest okresem dość długim, a dla niektórych nawet zbyt długim. Ocięcie od pomocy rodziców i od dodającego otuchy środowiska domu rodzinnego, w połączeniu z budzącymi lęk wymaganiami egzaminacyjnymi, często okazują się zbyt stresujące dla młodego nowicjusza. W uniwersytetach brytyjskich około 20 procent studentów w którymś momencie trzyletnich studiów korzysta z porad psychiatry. Dla niektórych sytuacja staje się nie do zniesienia, toteż częste są samobójstwa, o czym świadczy fakt, że w uniwersytetach wskaźnik samobójstw jest od trzech do sześciu razy wyższy od średniej krajowej dla tej grupy wiekowej. W uniwersytetach w Oksfordzie i w Cambrigde wskaźnik ten jest aż od siedmiu do dziesięciu razy wyższy.
[Desmond Morris, "Ludzkie zoo"]

Pamiętam moje zdziwienie, gdy byłem na pierwszym roku moich pierwszych studiów i podczas jednych z zajęć na drugim semestrze (uchodzących za szczególnie trudne; gdy przychodziłem na studia legendy wydziałowe mówiły o tym przedmiocie, że "Teraz to już nie jest tak trudny, bo żeby egzamin został uznany za ważny, musi go zdać co najmniej 10% studentów. A kiedyś to wszystkich potrafił uwalić, o!", a parę lat później sprowokował powtarzającego go kolejny rok studenta do napaści fizycznej na prowadzącego, zakończonej zgonem) zdumiały mnie słowa prowadzącego, mówiącego, że przedmiot jest co prawda trudny, ale "Ja mogę o sobie [w kontekście prowadzenia zajęć - przyp.red.] powiedzieć, że przeze mnie nikt jeszcze nie zginął. A nie wszyscy w naszej katedrze mogą tak powiedzieć".

Później słyszałem w okolicach sesji pogłoski, że "ktoś znowu skoczył z dziewiątego piętra akademika", nie kojarzę jednak, by któraś z tych opowieści połączona była z konkretnym studentem (nawet roku studiów żadnego samobójcy nigdy nie poznałem). Jako student, który się wykluczał z życia studenckiego nie wykluczam, że tego typu informacje po prostu do mnie nie docierały. Być może jednak ich ilość też była znacznie mniejsza niż w czasach, o których pisał Morris.

I w innym środowisku - polskie społeczeństwo końca lat 90-tych nijak nie odpowiadało społeczeństwu brytyjskiemu lat 70-tych. Inne były też zasady akademików, w których "za moich czasów" alkohol lał się szerokimi strumieniami, co pozwalało odreagować stres związany z rozłąką z rodziną. Mnie tego przeżyć dane nie było - studiowałem nieopodal swego rodzinnego domu, w promieniu godziny, góra półtorej, jazdy komunikacją zbiorową - i mogłem jedynie obserwować z dystansu sposoby radzenia sobie z wkraczaniem w dorosłość kolegów ze studiów przybyłych z bardziej oddalonych zakątków kraju. 

Tym samym nie przeszedłem też owej ceremonii inicjalnej. Było dla mnie taką ceremonią dopiero zamieszkanie samemu, co przedłużyło mą niedojrzałość społeczną o całą dekadę - licząc od momentu rozpoczęcia ceremonii inicjacji u mych rówieśników - lub przynajmniej jej połowę - licząc od jej zakończenia przez tych z mych współstudentów, którzy dokonali tego w terminie

21:30, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 marca 2017

Dzięki osobliwościom funkcjonowania kultury masowej, plakat przedstawiający Larry Flinta na tle centralnej części ciała kobiety, stał się drugim – obok wizyty papieża w Polsce – wydarzeniem religijnym roku 1997. Jeżeli jednak z wysokości „damskich pludrów” (jak nazywano dawniej kobiece majtki) podniesiemy krucyfiks do poziomu biustu – znajdziemy na nim klasyka na użytek dziatwy szkolnej – Jana Andrzeja Morsztyna. We frywolnym wierszyku wieszcz rozpiął się z ochotą na krzyżyku, między dwiema wystawion łotrami. A działo się to w czasach XVII-wiecznej kontrreformacji, kultury chrześcijańskiej absolutnie, i ani na jotę nie zlaicyzowanej. Może więc używanie symboliki religijnej do czegokolwiek, jest właśnie dowodem na chrześcijańskość naszej kultury? Tak widziana historia pozwala nie tylko ciekawiej oglądać dzisiejszy świat, ale też rozbraja wszelkiej maści nacjonalistów, fundamentalistów, ksenofobów i paralityków z porażonymi uczuciami religijnymi łatwo, bez wysiłku i zanudzania czytelnika.
["Wstęp", w: Dariusz Łukasiewicz, "„niemieckie psy” i „polskie świnie” oraz inne eseje z historii kultury"]

Czasem czuję się jak Winston w "1984", bo cierpię na tę przypadłość, że pamiętam. Nie zrobiła na mnie więc wrażenia ostatnia medialna wrzawa związana z ponoć kontrowersyjną sztuką "Klątwa", w której jedną z kontrowersji były - to autentyczny cytat wyczytany na jednym z raczej zlaicyzowanych portali informacyjnych - "pistolety zrobione z krzyży". Pamiętam bowiem i medialną wrzawę przed premierą filmu "Ksiądz", i medialną wrzawę o ww. plakat, i medialną wrzawę o spektakl "Golgota Picnic". Jedna medialna, napędzana przez katolickie media wrzawa więcej lub mniej - to doprawdy nie ma znaczenia. Już przy tamtych okazjach jako zwolennik poglądu "jak coś ci się nie podoba, to nie oglądaj", podchodziłem do owych protestów z dużym dystansem. Wtedy jednak mnie one jeszcze dziwiły, podczas gdy teraz już się oswoiłem z faktem, że niektórzy Polacy lubią sobie poprotestować i nie przepuszczą żadnej ku temu okazji.

Spodobało mi się podniesione przez autora zagadnienie tych kontrowersji jako dowodu na chrześcijańskość naszej kultury. Faktycznie, dużo mniej spektaklów i filmów kontestujących lub dyskutujących z chrześcijaństwem jest w Tybecie. Albo w Indonezji, o Iranie nie wspominając. Tam, gdzie w owych krajach wolność słowa pozwala na kontestowanie religii, kontestuje się religię tam obowiązującą - tak jak chrześcijaństwo u nas. Bo to w otoczce owej religii się przeżywa swe codzienne życie nawet jako niewierzący (w katolickiej Polsce żaden ateista nie idzie do pracy w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, nawet gdy terminy pod koniec roku naglą).

Kilka miesięcy temu rozważałem zagadnienie, jak wielką rolę pełniło chrześcijaństwo w naszej kulturze. Jakkolwiek może wydawać się ten wpływ niesłusznym lub ograniczającym, jest on faktem. Nawet dzieła świeckie są chrześcijaństwem przesycone - najnowsze (czyli XX-XXI-wieczne) mniej, ale wcześniejsze wyraźnie, na wielu poziomach. Zastanawiałem się więc, czy nie posłanie moich dzieci na lekcje religii w połączeniu z zerowym wychowaniem religijnym w rodzinie (jedyny rytuał kościelny, w którym uczestniczymy, to wielkanocna święconka pod krzyżem na rozstajach dróg) nie spowoduje, że nie będą w klasycznych dziełach łapać odniesień, nawiązań i aluzji, a przez to będą miały problem z ich zrozumieniem. Był to jeden z argumentów, który rozważałem w temacie wysyłania ich lub nie na owe lekcje. (Ostatecznie przeważył inny, czysto społeczny.)

Nie podzielam jednak optymizmu autora, że jego argumentem da się rozbroić fundamentalistów. Może dwie dekady temu było to możliwe (choć wątpię), ale teraz obozy o przeciwstawnych poglądach na kwestie obyczajowe zradykalizowały się tak bardzo, że stały się głuche na jakiekolwiek argumenty mogące odmienić ich wizję świata. Nawet na te tak zgrabne jak powyższy.

14:39, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 marca 2017

Meksykanin z ludu jest tak subtelny, że często nie wiadomo dlaczego się śmieje, a to dlatego, że wszystko ma podwójne znaczenie i każdy wyraz może być rozumiany na różny sposób. Nic mu się bardziej nie podoba, jak rozmowa kalamburami, co mi ze względu na gruntowną znajomość języka bez trudności przychodziło.
[Witold Szyszłło, "Indianie, Metysi, Murzyni...", w: Maria Paradowska, "Wśród Indian i Metysów"]

Cytat ten po pierwsze przypomniał mi niezapomniane słowa Władysława Sikory z Kabaretu Potem Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, znane mi z wykonania Władysława Sikory z Kabaretu Potem: "Życie to kalambur, a kalambur to nonsens o podwójnym znaczeniu. Wobec tego poproszę o podwójną whiskey". 

Po drugie zaś przypomniał mi opowieść Niemałego o Francuzach, którzy lubowali się kilka lat temu w zabawach językiem, w miejsce jednego ze słów w zdaniu wstawiając inne, niekoniecznie związane z tematem, ale rymujące się słowo, przez co ich wypowiedzi były niemal niezrozumiałe dla nieposiadających gruntownej znajomości francuskiego (do którego to grona zaliczał się podówczas Niemały). Najwyraźniej więc zabawy językiem są częstym fenomenem, choć różne miewającym objawy - zależne bądź od języka (skoro w meksykańskim-hiszpańskim "wszystko ma podwójne znaczenie", kalambury są tam oczywistym wyborem; może Chińczycy bawią się, podmieniając poszczególnym łowom intonację na niewłaściwą?), bądź od chwilowej mody.

Przypomniało mi to wszystko też zasłyszaną od mej korepetytorki z języka polskiego (do której chodziłem, póki groziło mi zdawanie egzaminów wstępnych do szkoły średniej) anegdotkę o obcokrajowcu, który w latach 80-tych przyjechał na dłużej (może na stałe) do Polski. Opanowawszy już podstawową wiedzę z zakresu transportu miejskiego (czyli wiedzę, że linie autobusowe mają trzycyfrowe numery), czekał zimą na przystanku na spóźniający się autobus. Podszedł do niego zapoznany wcześniej Polak, który widząc niewielkie szanse, by w najbliższym czasie ów (jeżeli było to w okolicach mieszkania mej korepetytorki, zapewne była to linia 150) lub jakikolwiek inny autobus nadjechał, zaproponował obcokrajowcowi, by udali się "na setkę". Ów zgodził się, naiwnie myśląc, że chodzi o inną linię autobusową, mającą przystanek gdzieś w okolicy - i nie mając mocnej PRL-owskiej głowy, do swego celu dotarł zarówno spóźniony, jak i wstawiony. 

10:59, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lutego 2017

Dla intuicji charakterystyczna jest okoliczność, że jej działanie odbywa się na płaszczyźnie nieświadomej i tylko końcowy rezultat całego procesu ujawnia się w sposób świadomy. Wynurzy się on jak nagłe olśnienie, jak czubek góry lodowej z morskich głębin. Właśnie ów element, owe nagle, pozornie z pustki wyłaniające się rozwiązanie, czyni z intuicji coś szczególnego, niepowtarzalnego. To jednak, co wyda nam się gromem z jasnego nieba, jest rezultatem szeregu nieświadomych procesów, z którymi właśnie się zapoznaliśmy. Przebiegają one tak samo rutynowo, jak przedstawione wyżej mentalne procesy u kierowcy, lekarza i naukowca, tylko w przypadku intuicji są one zupełnie automatyczne, bardzo szybkie i całkowicie nieświadome.

Niezwykły jest w intuicji element zagadkowości i nagłości, z jaką zostaje znalezione niespodziewane, niecodzienne, nowe rozwiązanie. Zasadniczo jednak proces ten jest identyczny z innymi procesami myślowymi (świadomymi i nieświadomymi), dlatego też możemy zaprezentować ważne stwierdzenie: intuicja nie stoi tak bardzo w sprzeczności z logiką, jak można by w pierwszej chwili uważać. (...) Jeśli ktoś ma uczucie, iż zupełnie nagle przyszła mu do głowy jakaś idea, to z całą pewnością nie wyłoniła się z niczego; w rzeczywistości jest ona końcowym rezultatem łańcucha dokonujących się nieświadomie procesów myślowych, posłusznych regułom logiki, o ile, oczywiście, dany człowiek przyzwyczajony jest do logicznego myślenia.
[Milan Rýzl, "Śmierć i co potem z punktu widzenia parapsychologii"]

Pamiętam, jak kilkanaście lat temu (w czerwcu 2000 roku, dokładnie mówiąc) omawialiśmy podobne nasze spostrzeżenia z Nieogolonym i Niewesołym, zanietrzeźwiając się ciepłym późnym popołudniem na scenie nieczynnej od lat muszli koncertowej. Pamiętam, że przypadło mi do gustu - na tyle, że sam je inkorporowałem do mego wewnętrznego słownika - określenie, którym ten fenomen opisywał Nieogolony. Ponieważ było to już w epoce powszechności komputerów, na których jako młodzi bardziej się wyznawaliśmy[citation needed], opisał to poprzez analogie do "procesów w tle" przetwarzanych przez komputer mimo wykonywania innych działań w danym czasie.

Tym to nieświadomym przetwarzaniem napotkanych problemów tłumaczył fenomen, gdy po dłuższym czasie (rzędu dni i tygodni raczej niż godzin) odpoczynku od zajmowania się problemem, na który mimo wielu prób i poświęconego czasu (rzędu godzin lub dni raczej niż minut czy kwadransów) nie udało się znaleźć rozwiązania, gdy świadomie ponownie się do tego problemu wraca od razu w głowie pojawia się jedno lub kilka jego rozwiązań. Tak jakby nie trzeba było świadomości, by zajmować się tego problemu rozwiązywaniem. Nie widać efektów pracy, owo "działanie w tle" sprawia, że nie mamy przed oczami rosnącego "paska postępu prac", ale nie oznacza to, że prace nie trwają.

Być może tłumaczyłby taki fenomen też to, czemu nie wystarcza nic nie robić, by odpoczywać. Według tego TAŻ-a nawet w chwilach pozornych przerw od pracy nasz umysł wytęża siły i męczy się, by znaleźć rozwiązanie na dręczące nas - niekoniecznie w danej chwili świadomie - problemy. Wiadomo, że męczą nas psychicznie nierozwiązane problemy, których jesteśmy świadomi, być może męczą nas też i te, których świadomi nie jesteśmy. To by tłumaczyć mogło często słyszane zdanie "Nie wiem, czym jestem tak zmęczony/-a".

Rýzl książkę pisał w czasach sprzed eksplozji popularności komputerów domowych, musiał się więc posłużyć do opisu tego fenomenu innym określeniem. Nie jestem przekonany, że całkowicie poprawnie: intuicją nazwałbym raczej nieświadome szybkie przetwarzanie nowo napotkanych problemów bez konieczności świadomego rozbijania postępowania myślowego na logiczne kroki niż "znajdowania nieświadomie wysnutej odpowiedzi na wcześniej zadane pytanie lub problem". Czytam jednak tłumaczenie książki, nie oryginał (który autor napisał nie w swoim rodzimym języku) i wykluczyć nie mogę, że to semantyczne nadużycie nie jest winą autora, lecz tłumacza (Marka Śniecińskiego).

12:27, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lutego 2017

Jedną z prac, w której najpełniej wyraził on [Harold Bloom – przyp.red.] swoje poglądy, jest zapewne Lęk przed wpływem: tytuł wyraża w tym wypadku sedno autorskich poglądów. Bloom twierdzi mianowicie, że wszyscy poeci – co najmniej od czasów oświecenia – dręczeni są przez świadomość tego, że „przyszli za późno”, że skazani są na nieusuwalną wtórność. Amerykański krytyk każe nam wierzyć, że każde dzieło literackie powstałe od tego momentu ma już swojego poprzednika; nawet jeśli twórcy wydaje się, że jest w pełni oryginalny, nawet jeśli w ogóle nie czytał strof swojego prekursora, jego pisanie ma charakter „wykrzywiający”, a każdy wiersz jest tak naprawdę postępującą deformacją oryginału. Stąd wszyscy pooświeceniowi twórcy dręczeni są, świadomie czy też nie, przez ów nieznośny, niedający się wyeliminować „lęk przed wpływem”, obezwładniający strach przed kondycją kopisty.
["Gra w patriotyzm", w: Wojciech Józef Burszta, Waldemar Kuligowski "Sequel. Dalsze przygody kultury w globalnym świecie"]

Za młodu byłem poetą i pamiętam, że poczucie to wzrastało w miarę oczytania: w początkach mej tfu!rczości nie było obecne wcale, by po ledwie paru latach być świadomym, że "wszystko już było, (jak) rzekł Ben Akiba". Dlatego też - gdy z kiepskiego poety starałem się stać w pełni multimedialnym artystą - planowałem zająć się zająć dziedzinami sztuki, o których nie miałem pojęcia. Wierzyłem, że tylko tak dam upust swej oryginalności, niespaczonej wyuczonymi lub podpatrzonymi manierami. Dlatego np. grywałem na instrumentach muzycznych bez żadnego przeszkolenia, co - jak mniemam - mogło drażnić osoby ze słuchem muzycznym. 

Ostatecznie zrezygnowałem z tego, uświadomiwszy sobie, że nie jestem w stanie sam wyuczyć się wszelkich dziedzin sztuki (czy z braku talentu, czy jedynie cierpliwości - trudno orzec, skoro zabrakło mi cierpliwości, by to sprawdzić). Zarzuciłem też pisanie wierszy (co daje mi teraz prawo do noszenie tytułu "emerytowanego poety"), a przedostatni napisałem od razu po zakończeniu lektury "Nowego poradnika wydajnego zażywania narkotyków" Witolda Wirpszy (ISBN: 83-85568-18-2) i był tak mocno nim przesycony, że wprost pod nim dopisałem "(inspired by wirpsza)".

Potem pisałem już tylko haiku. I choć nie doszedłem w tym do stanu oczytania, w którym rzekłbym, że "tylko powtarzam" (choć raz mi się zdarzyło; napisałem - a przynajmniej wymyśliłem - swe haiku śmierci tylko po to, by odnaleźć je niemal co do słowa w zbiorze starych mistrzów), to w miarę wzrastania wiedzy o budowie gatunku moja oryginalność bywała coraz bardziej ograniczana.

Zdając sobie więc sobie z tego trendu sprawę, w zupełnie innej dziedzinie całkowicie mu się poddałem. Miast silić się na oryginalność zamarzyłem sobie jak najdokładniej zrekonstruować sztukę sprzed lat. Wszelkie niepoparte źródłami pomysły starałem się odrzucać, zdając sobie sprawę, że mogą być skażone myśleniem z epok nastałych po owej sztuce. Dopiero po latach, gdy zacząłem przypuszczać, że moja wiedza pozwala mi na wysnuwanie słusznych wniosków o sztuce epoki, zacząłem (z wielką ostrożnością) "dopisywać" sobie do traktatów brakujące fragmenty. Dodawał mi poczucia słuszności tego kroku fakt, że moja wiedza o rozwoju tej sztuki w ciągu ostatnich czterystu lat była zerowa, więc nie mogła wpływać na moją próbę rekonstrukcji wcześniejszych jej przejawów. 

Teraz, gdy jestem już starszy, bogatszy o te doświadczenia i świadom tego "łęku kopisty", myślę o nim jako o metodzie do wykorzystania, a nie powodzie zaprzestania prac. Wciąż jeszcze mając pragnienie awansu z poety na prozaika, mam na półkach książki paru autorów, których nie czytam, bo chcę pewnego razu połknąć je wszystkie naraz, by nasycić się stylem i będąc wciąż pod jego wpływem - napisać własną fabułę. Mam taki plan obejmujący Janusza Rudnickiego, mego ulubionego polskiego pisarza, w którego stylu chcę napisać zbiór opowiadań.

Liczę, że w tak obszernej formie, jaką są powieści lub zbiory opowiadań, nieuniknione nawiązania do stylu i pomysłów przeczytanych autorów i tak zostawią nieco miejsca dla mych oryginalnych myśli i pomysłów. Czy słusznie - okaże się, jeżeli kiedyś nie zabraknie mi cierpliwości, by to sprawdzić (a w przypadku ww. zbioru opowiadań - gdy kiedyś będę miał miesiąc czasu wolnego, by móc przeczytać jego książki i napisać cały zbiór nim ze mnie jego styl do końca wyparuje).

18:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lutego 2017

Sieci impulsów nerwowych, występujące w niedalekiej przeszłości, mają tendencję do ponownego pojawiania się w przyszłości. Możemy je porównać do wąskiej ścieżki prowadzącej przez dzikie zarośla i stającej się tym łatwiejszą do przejścia, im częściej po niej chodzimy, zaś po usunięciu niektórych przeszkód możemy uczynić ją jeszcze wygodniejszą. Gdy przejdzie nią już wiele osób, stanie się ona regularną drogą, na którą przeniesie się ruch z leżących w pobliżu ścieżek.

Niektóre ze znajdujących się w mózgu dróg stają się dla impulsów nerwowych łatwiej dostępne. Spowodowane jest to zmianami chemicznymi, wywołanymi przede wszystkim na synapsach przez występujące wcześniej sygnały. Pojawiające się później impulsy wybierają wtedy automatycznie najbardziej przetarty szlak. Jest to biologiczna podstawa pamięci i nauki. Określone sieci impulsów wykazują skłonność do stałego powtarzania się, i to bez żadnych zmian lub tylko z niewielkimi odchyleniami, kiedy znowu nadarzy się okazja. (…) Podobnie dzieje się nawet w przypadku myślenia: kiedy pewne sytuacje powtarzają się, uczymy się myśleć stereotypami lub powielamy swe wypowiedzi.
[Milan Rýzl, "Śmierć i co potem z punktu widzenia parapsychologii"]

Autor nazywa te używane ścieżki neuronowe "przetartymi szlakami", ja zaś od lat zwę je "koleinami". Bo tak samo jak auta na drodze, ludzie w toku swego myślenia wpadają w koleiny, z których trudno się wydostać. Co więcej, koleiny te pogłębiają się z wiekiem, czego skutkiem jest obserwowalne "zacięcie" się starych ludzi w jednej wersji wydarzeń i niechęć do przyjmowania innych punktów widzenia lub nawet zrozumienia argumentacji drugiej strony konfliktu. Billy Joel może sobie śpiewać (całkiem mądrze) o tym, że z wiekiem nauczył się dostrzegać odcienie szarości we wcześniej czarno-białym świecie, ale wygląda na to, że z wiekiem znów mu się obraz zrobi kontrastowy.

Oczywiście, te koleiny mają, wspomniane przez autora, dobre strony - wspomagają uczenie, a raczej "wyuczanie się odruchów". Niewykluczone, że jesteśmy jednym z bardzo nielicznych gatunków, który dożywa wieku, w którym ujawniają się negatywne skutki tego mechanizmu (choć Pratchett pięknie przedstawił Pana Pieszczocha podczas pisania "Piekła Pocztowego" (ISBN: 978-83-7469-849-8) jako "dwudziestoletniego kota, który ma swoje przyzwyczajenia i się ich trzyma"). Niewykluczone, że dożywamy tego wieku właśnie dzięki temu mechanizmowi.

Ja sam znalazłem remedium na pogłębianie się tych kolein - jest nim najwyraźniej marihuana. Zauważam, że dzięki niej z wiekiem w kohorcie demograficznej okazuję się mieć coraz bardziej otwarty umysł wśród rówieśników, którzy już swoje wiedzą i dyskusja z nimi nie ma sensu (choć to może być spowodowane niezależnie sytuacją polityczną - ostatnimi laty okazuję się mieć umysł otwarty na argumentację przeciwników bardziej niż przeciętna w dowolnej kohorcie demograficznej począwszy od wieku, w którym człowiek zaczyna się interesować polityką). Jestem ciekaw wyniku przeprowadzanego na sobie eksperymentu - czy remedium okaże się choć po części skuteczne, czy też jako siedemdziesięciosiedmiolatek będą tak samo skostniały umysłowo co fizycznie? Cóż, pozostaje czekać na wyniki.

Niestety, po drodze dopadają mnie skutki uboczne leku. Otóż mam kłopot z zapamiętywaniem rutynowych metod postępowania. Było to wyraźnie widoczne, gdy pracowałem jako pracownik działu IT. Większość awarii miała jedno poprawne i skuteczne rozwiązanie, które należało aplikować za każdym razem: czy było to odłączenie prądu na pięć sekund podczas zawieszenia się punktu dostępowego, konfiguracja Windowsa tak, by wymagał jak najmniej naszych interwencji, czy restart serwerów w odpowiedniej kolejności. Koledzy to szybko opanowywali, ja zaś szybko wpadłem na pomysł, by po tym, jak spytałem kolejny raz kolegę o metodę postępowania przy jakimś problemie, zapisać to sobie. I tak powstał wpierw mój, a potem, gdy obowiązków przybywało, całego działu plik "How-To", w którym zawarte rozwiązania rozwiązywały w trzy minuty 99% wezwań serwisowych wewnątrz firmy - często nawet bez ruszania się z fotela. Teraz w pracy reguły postępowania udaje mi się zapamiętać, ale są one tak banalne, że połapał by się w nich pracownik branży budowlanej.

Pociesza mnie myśl, że jak pokazują badania na bohaterach filmu "Memento", nawet osoby absolutnie nie pamiętające wykonywania danego doświadczenia, za trzecim - czwartym razem wykonują je znacząco (rzekłbym: o 28%, ale musiałbym poszukać jakiegoś źródła, bo podaję to z pamięci) szybciej. To oznacza, że nawet jeżeli będąc pod wpływem THC (lub bardziej niż "haj" długofalowym skutkiem jej działania) nie będę pamiętał wykonywania jakiejś rutynowej czynności, to i tak będę kolejnym razem wykonywał ją lepiej. Z drugiej strony - jeśli tak, to koleiny i tak się wytworzą, jedynie słabsze i jedyną pociechą będzie to, że jako 77-latek będę zaperzony w swych poglądach tylko na poziomie 50-latka.

09:11, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lutego 2017

Rozwiązaniem najlepiej odpowiadającym współczesnemu poziomowi parapsychologicznej wiedzy jest totalny determinizm. Przyszłość jest obecna obok nas, czeka na nas i jest tylko jedna, a przebieg wydarzeń i ich przyczyny prowadzące do końcowych rezultatów są ustalone. Nawet nasze pozornie „wolne” decyzje są określane przez nasze psychologiczne usposobienie i włączone jako jeden ze składników w łańcuch przyczyn i skutków prowadzących do ostatecznych rozstrzygnięć.
[Milan Rýzl, "Śmierć i ci potem z punktu widzenia parapsychologii"]

Byłby to faktycznie logicznie wyprowadzony wniosek z przyjęcia założenia o prawdziwości parapsychologii, w tym jasnowidzenia: skoro da się przewidzieć jakieś wydarzenie z przyszłości ze 100% prawdopodobieństwem oznacza to, że jest ono w pełni zdeterminowane w chwili ukazania się jego wizji i nic się nie da już zmienić. A gdy istnieje pełen determinizm, przewidywanie przyszłości nie jest trudne, gdy już opanuje się (świadomie lub nie) reguły przemian.

Niestety, zanim autor dochodzi do tego wniosku, dogłębnie opisuje przykład wizji wypadku samochodowego na zakręcie na skutek pęknięcia opony. Po czym stwierdza, zakładając że o wizji tej jasnowidz mógł powiedzieć kierowcy owego felernego auta przed zdarzeniem, że takie fakty, jak pęknięcie opony są w pełni zdeterminowane, ale zachowanie człowieka - kierowcy - w chwili zdarzenia już nie, więc jeżeli na tym zakręcie auto będzie jechało znacznie wolniej, to gdy pęknie opona, auto nie ulegnie wypadkowi i to można w przyszłości zmienić, czego objawem jest różna wyrazistość poszczególnych części wizji. 

Mam z tym rozumowaniem dwa problemy. Po pierwsze wydaje mi się mętne i na siłę dopisywane. Takie samo wrażenie mam o podobnym problemie teologicznym: "Jeśli ludzie mają wolną wolę, to Bóg nie może być wszechwiedzący". Bo jeżeli wszystko wie, to nie mamy wolnej woli, decyzje nasze zostały już podjęte, zmienić ich nie potrafimy, choć zapewne doskonale potrafimy je sobie umotywować dla zachowania wewnętrznie spójnego obrazu samego siebie. Tym samym, wszelka idea "grzechu" się wali: nie ma grzechu, gdy nie ma wolnej woli. A jeśli człowiek ma wolną wolę, to Bóg nie jest w stanie przewidzieć z całą pewnością jego decyzji, więc nie jest wszechwiedzący. Wszelkie słyszane na lekcjach religii wytłumaczenia brzmiały podobnie mętnie: "To jest tak, że masz wolną wolę, ale Bóg i tak już zna każdą twoją decyzję". Nie przekonało mnie wtedy, nie przekonuje mnie i teraz owa możliwość połączenia jasnowidzenia i możliwości zmiany kolei losu.

Co więcej, taka możliwość zmiany zaprzeczała by zacytowanej późniejszej tezie o pełnym determinizmie. Skoro coś można zmienić, nie jest pełny. A jeśli jest pełny, bycie jasnowidzem musi być smutnym zajęciem: widzieć rzeczy, których wolałoby się uniknąć i wiedzieć, że nic się nie da zrobić, by ich w przyszłości uniknąć. Niewykluczone, że jasnowidzowie wtedy robili by wszystko, by swój talent osłabić, a nie wzmacniać.

A po drugie, zastanawia mnie, czy gdyby kierowca po prostu przed ruszeniem w trasę wymienił zużytą oponę na nową i tym samym nie pozwolił jej pęknąć w ustalonym miejscu, to nie spowodowałby tym samym implozji wszechświata, niszcząc całą jego przyszłość?

14:08, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 stycznia 2017

Tam, gdzie władzę ma tylko człowiek, nie ma już Boga.
[Joseph Ratzinger, "Bóg Jezusa Chrystusa"]

"Czyżby więc nauka – odkrywając nowe prawa i ograniczenia, nakazy i zakazy – niszczyła Boga? Wręcz zabijałaby – bo gdy nauka ogarnie wszystko, nie będzie miejsca dla Boga już nigdzie. Jeżeli tak jest, to tym osłabieniem Boga można by tłumaczyć brak wyraźnych cudów w ostatnich wiekach. A może cuda – tak jak się powszechnie mówi – przeszły tylko do tych zakresów rzeczywistości, którymi nie zajmują się nauki przyrodnicze? A gdy i te dziedzinę – psychikę ludzi – obejmą nauki przyrodnicze, z ich pomiarami, tabelkami, wzorcami – to czy Bogowi zostanie działanie na poziomie kwantowym?" [26/27.XI.6]

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA