RSS
poniedziałek, 07 sierpnia 2017

- Ser Donnel Haigh - stwierdził. - Wygrałem od niego na turniejach tyle koni, że nie potrafię ich zliczyć. I zbroi też. Raz omal go nie zabiłem w walce zbiorowej.

- To czemu cię nie poznał? - zdziwiła się Arya.

- Dlatego, że rycerze są głupi i byłoby poniżej jego godności spoglądać dwa razy na jakiegoś francowatego wieśniaka. - Smagnął konie biczem. - Wystarczy trzymać wzrok spuszczony, przemawiać z szacunkiem i co chwila powtarzać 'ser', a większość rycerzy w ogóle człowieka nie zauważa. Więcej uwagi poświęcają koniom niż prostaczkom. Mógłby rozpoznać Nieznajomego, gdyby widział, jak na nim jeździłem.
[George R. R. Martin, "Nawałnica mieczy. Krew i złoto"]

Pamiętam czasy, gdy pod koniec ubiegłego millenium zaczynałem się "bawić w rycerzy". To, co później stało się rekonstrukcją, miejscami wcale udaną, zaczęło się jednak od walki na 4,5-kilogramowe miecze, biegania w "XIII-wiecznych kiltach" (i to małych, a nie great kiltach) i Kapituły Rycerstwa Polskiego, o czym też nie potrafię zapomnieć. Ta ostatnia miała możliwość "pasowania na rycerza". Czasem był to cały rytuał (widziałem kiedyś wczesnym popołudniem program w Telewizji Polskiej, ukazujący przygotowania i sam ceremoniał z czasów zanim zacząłem się tematem interesować; potem od spotkanych ukazanych tam osób dowiedziałem się, że wcale takiego natężenia patosu tam nie było), czasem jedynie krótki ceremoniał (tak podejrzewam, nigdy nie widziałem pasowania na żywo, jednak znając zamiłowanie do formy Kapituły nie przypuszczam, by bez takowego dało się pasowanie uzyskać), zwykle jednak owocował tym, że tak pasowany rycerz zaczynał się na imprezach wywyższać i zachowywać bufonowato.

Pamiętam oburzenie ludzi z lepszym sprzętem bojowym i strojami bądź z dłuższym stażem na te zachowanie "pasowanych".* To mogła być jedna z przyczyn późniejszego nakierowania na rekonstrukcję materialną w tym ruchu. Chodziło o to, by o statusie świadczyło to, jak kto wygląda, a nie poparcie wewnątrz organizacji, która po okresie swej chwały skupiała coraz mniejszy odsetek bractw rycerskich i zajmujących się rekonstrukcją ludzi.

Jest pewnie w tym toń ironii, że ludzie, którzy walczyli o jak najwierniejszą rekonstrukcję (materialną) czynili to dlatego, że uwierało ich naturalne, nieświadome, rekonstruowanie zachowań społecznych. Rycerz był rycerz i nawet jeśli mieszczanin był od niego bogatszy, a najemnik lepszy w walce - patrzył na nich z góry i mało go obchodzili - o czym obrazowo opowiada Aryi Ogar. Oni "grali w innej lidze" i ich zainteresowania skupiały się wyłącznie na drabince feudalnej. A na plebs patrzyli z góry dokładnie tak samo, jak owi "pasowani rycerze" kilkanaście lat temu patrzyli na "niepasowanych".

* - pamiętam też turniej w Lidzbarku Warmińskim, na którym z nudów przed bitwą (która zaczynała się już po zmierzchu, o 20 czy nawet 21 i przed którą obowiązywała (umiarkowana) prohibicja) dwaj koledzy zaczęli na dziedzińcu "się pasować", czyli okładać skórzanymi pasami. Gdy wieść o tym dotarła do miejsca, gdzie siedzieliśmy, wstał starszy stażem i wiele lat wcześniej przez Kapitułę pasowany (czym się tak bardzo nie chwalił, że gdyby nie ta sytuacja, to bym się o tym nigdy nie dowiedział) kolega, "z łapami jak bochenki", którymi bez schylania mógł się podrapać po kolanach, w każdą z nich chwycił pas i wyszedł ich depasować. Ostatecznie więc na skutek przewagi zasięgu ramion żaden z nich pasowany długo nie pozostał.

Tagi: Gra o Tron
18:24, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 sierpnia 2017

Bądź nieśmiertelny, dopóki nie dowiesz się, że nie jesteś. (…) Śmierć jest tylko czczą spekulacją, póki żyjesz (...)
[Leonard Orr, "Fizyczna nieśmiertelność"]

Gdy sięgnąwszy po tę książkę zorientowałem się, że została wydana w oryginale 37 lat temu, czym prędzej sprawdziłem, czy jej autor jeszcze żyje. Czytanie książki o fizycznej nieśmiertelności autora, który umarł, idealnie oddawało by moje praktycznie podejście do czytanych książek. Autor okazał się wciąż jeszcze żyć, mając obecnie 79 lat, więc może się okazać, że czytałem praktyczne porady. Co jest o tyle dobre, że - jak powtarzam - "I intend to live forever or die trying".

Zbyt wiele tych rad nie było, a większość z tych, które były, powtarzała się co rusz, przetykana uwagami, że słowami do końca wyjaśnić się tego nie da i należy udać się na kurs poprawnego oddychania oraz anegdotkami o ludziach, którzy już są nieśmiertelni (przy czym główny guru w jednym momencie zostaje uznany za "równie starego jak wszechświat"), ale się tym publicznie nie chwalą, bo po co.

Wśród rad dominują te o regularnym powtarzaniu cykli poprawnego oddychania. Byłem ponad dekadę temu na warsztatach Sztuki Życia (Art of Living), które uczyły czegoś podobnego, więc domyślam się, o co może chodzić. Przez parę lat potem wykonywałem wyuczone tam asany i ćwiczenia oddechowe, aż zaprzestałem wpierw drugich, potem i pierwszych. Myślę sobie teraz, że może warto by było je sobie przypomnieć i do nich wrócić, jeżeli faktycznie chcę zostać nieśmiertelny.

Co nieco było rad o jednodniowych i dłuższych głodówkach. Czytałem kiedyś książkę Tombaka "Jak żyć długo i zdrowo" starając się nawet zastosować do niektórych z rad (na przykład pozbyłem się poduszki podczas snu na plecach), a że spora ich część tyczyła diety oczyszczającej, przeszedłem przez proces trzydniowej głodówki, podczas której pić jedynie można było sok z buraka. Nie jadam zwykle zbyt dużo, więc pierwszy dzień nie był trudny - choć zabrakło mi nocnych przekąsek przed komputerem; drugi dzień był ciężki i cieszyłem się, że to wakacje, bo mógłbym mieć kłopot z utrzymaniem odpowiedniej efektywności na studiach lub w pracy; trzeciego dnia organizm już się przyzwyczaił i czułem się lżejszy i bardziej energetyczny niż przez poprzednie miesiące, a gdyby nie konieczność wyjazdu w nadchodzący wtedy weekend być może przedłużyłbym tę głodówkę o kolejny dzień lub dwa. Nie jest to więc temat mi obcy, choć od owego czasu - a też było to ponad dekadę temu - nie powtarzałem tego doświadczenia.

Kolejna porcja rad tyczyła afirmacji, takie jak powyższe. Jako holista-solipsysta[citation needed] nie mogę wykluczyć, że inwokacje i afirmacje faktycznie działają. Nie do końca świadomie sam tej rady przestrzegam, słuchając raczej muzyki o pozytywnych wibracjach niż np. Toma Waitsa, oglądając raczej blockbustery niż zaangażowane kino opowiadające trudne historie i czytając... a nie, czytam wszystko jak leci, nałóg[citation needed] nie wybiera.

Do tej zaś afirmacji doszedłem sam lat kilka przed przeczytaniem książki Orra. Pamiętam, jak podczas jazdy samochodem usłyszałem w radiu utwór, który zawierał frazę "Getting dead one day at a time" i pomyślałem sobie "Well, I'm getting immortal one day at a time". Wygląda więc na to, że i tę naukę sobie przyswoiłem, choć pewnie zdaniem autora powinienem ze swej życiowej maksymy wyrzucić przesiąkniętą myślami o śmierci drugą część i zostać przy nie tak ładnie brzmiącej afirmacji "I intend to live forever".

Cóż, przekonamy się za sto lat, czy mi się udało. A zapewne znacznie wcześniej, czy udało się to Leonardowi Orrowi.

21:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

- Z dwudziestą dziewiątą wiosną pada na człowieka cień kosy. Och, niegościnny ostatni roku, roszczący sobie prawo do młodości! Jej marzenia, jakże teraz przygasłe. Choć zwą cię złotymi, złotej epoki życia jesteś wszak pożegnaniem. Oto, wśród posępnych mgieł przyszłości majaczy grozę budząca trzydziestka, owa niewysłowiona przemiana! Młodość tak prędko odjęta, cnota tak snadnie ukrócona, w liczbie podzielnej... przenikalnej! (...) Czwarta życia dekado! Twe bramy ledwie krótki rok przede mną – choć tu rok i stuleciem zdać się może – co kryjesz w zanadrzu dla postarzałego?
[Thomas Pynchon, "Mason i Dixon"]

Choć przeczytałem te słowa, wypowiedziane obchodzącego "w zeszłym tygodniu" urodziny Maskelyne, będąc już sporo od niego starszym, zwróciłem na nie uwagę, bo zdały mi się wiele mówić o ówczesnej - akcja powieści dzieje się ćwierć millenium temu - i współczesnej młodości i jej postrzeganiu. Przypomniały mi te słowa się teraz, gdy stałem się dokładnie o dekadę od Maskelyne'a starszy.

Teraz bowiem takim rokiem, dla mężczyzn przynajmniej, stał się raczej trzydziesty dziewiąty. Dwudziestodziewięciolatek to wciąż jeszcze - w lansowanym przez zachodnią kulturę stylu życia - młodzieniaszek, "singiel" szukający rozrywki w efektownych hobby i wieczornych imprezach (sam, jak pamiętam, taki byłem). Nikt w tym wieku zdaje się nie myśleć o nadchodzącym cieniu kosy - choć niektórym ściąć zdążyła już któregoś z rodziców. Mężczyźni nie wchodzą w czwartą dekadę życia czując się postarzali - choć zwykle z tej dekady tacy wychodzą.

Inaczej może być w przypadku kobiet. Pamiętam, jak w jednej z mych poprzednich prac koleżanka dowiadując się, że niedawno obchodziłem dwudzieste dziewiąte urodziny, spytała mnie o mą "listę rzeczy do zrobienia przed trzydziestką". Ponoć taki pomysł istnieje i wśród młodych kobiet pracujących w księgowości był wtedy rzeczą popularną. Może więc kobiety są bardziej świadome upływu czasu i dla nich wciąż trzydziestka jest grozę budzącą cezurą. Zegar biologiczny wszak dla nich tyka szybciej.

Dekadę starszy mogę powiedzieć, że choć współcześni czterdziestolatkowie wciąż jeszcze nierzadko łudzą się, że młodość ich dopiero odchodzi, to upływ czasu już po nich widać - zwłaszcza w przypadku tych, którzy zostali rodzicami.

(Obecnie akurat czytam "Fizyczną nieśmiertelność" Leonarda Orra (ISBN: 83-86211-08-3), gdzie pada zdanie "Jeśli zamierzasz być nieśmiertelny, nie powinieneś mieć dzieci wcale". Wyczytana gdzieś korelacja między ilością potomstwa a długością życia różnych gatunków oraz własne doświadczenie z małymi dziećmi, które postarzały mnie bardziej niż najintensywniejsze imprezy przed mą trzydziestką, pozwala zgodzić się z jego autorem.)

Nie wykluczam, że jako amerykański singiel (zwłaszcza z Kalifornii) i w mym obecnym wieku mógłbym wciąż jeszcze nie dumać nad cieniem kosy i nie uważać się za postarzałego. Nie jestem jednak kimś takim, a me młodzieńcze marzenia dawno temu już przygasły - bądź zgasły wręcz całkowicie. Przede mną czterdziestka, ale - wbrew temu, co oznaczała jeszcze pokolenie temu - nie uznaję jej za "budzącą grozę" kryzysu wieku średniego. Ów bowiem, wraz z przedłużającą się młodością we współczesnym społeczeństwie (niczym w Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej młodość współcześnie trwa do c.a. 35 roku życia), przesunął się w czasie i spodziewam się go gdzieś w ciągu najbliższej dekady - ale raczej w jej drugiej połowie. Albo jeszcze później - przypuszczam, że ów wynika prawdopodobnie z poczucia zakleszczenia w jednej i tej samej od wielu lat ścieżce życiowej i chęci jej zmiany, podczas gdy ja od lat nie mogę się zdecydować, jaka ścieżkę życiową wybrać, by dać się w niej życiu zakleszczyć.

13:35, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 lipca 2017

CULEX (KOMAR)

Donatus (...) wśród dzieł Wergiliusza wymienia utwór Culex. Epylion o tym tytule zawarte jest w Appendix Vergiliana. Liczący 414 hexametrów poemat opowiadający o tragicznej śmierci komara można by uznać za rodzaj parodii eposu (jak Batrachomvomachia). Zasadnicza część utworu jest krótka. Uśpionemu w skwarne południe pasterzowi zagraża niebezpieczeństwo: pełznie w jego stronę jadowity wąż. Przed niechybną śmiercią ratuje nieszczęsnego komar, budząc go w ostatnim momencie. Obudzony pasterz zabija komara, a dopiero potem, gdy dostrzega czającego się węża, zdaje sobie sprawę, że zgładził własnego zbawcę. Po zabiciu węża i zapędzeniu trzody na nocny odpoczynek pasterz układa się do snu. W czasie nocy uśpionemu pasterzowi ukazuje się komar. Skarży się, że za swoje dobrodziejstwo nie tylko poniósł śmierć, lecz został także pozbawiony należnego pogrzebu, nie ma więc prawa wstępu do Elizjum, gdzie cieszyłby się zasłużoną nagrodą. Wzruszony pasterz, pragnąc naprawić swój błąd, grzebie komara wybawcę, a na jego grobie umieszcza napis pochwalny, sławiący szlachetny czyn - przyczynę śmierci zmarłego.

Parve Culex pecudum custos tibi tale merenti
Funeris officium vitae pro munere reddit.

Za dar życia, przysługę tak wielką, komarze,
Pasterz trzód pogrzebowym obrzędem dług maże.
[Maria Cytowska, Hanna Szelest, "Literatura Rzymska - Okres Augustowski"]

Zagłębiając się w wątek rzymski - ale też i w inne epoki historyczne - nierzadko byłem pod wrażeniem kreatywności ludzi epoki przedindustrialnej, których życie toczyło się wolniejszym tempem. Świadom jestem, że to, co się do naszych czasów zachowało, jest dziełem (przynajmniej na etapie projektu; sama realizacja w praktyce, zwłaszcza w przypadku dzieł architektonicznych, to już inna para caligae) osób ze szczytów drabiny społecznej, ludzi, którzy mieli zasoby na to, by dzień cały dumać nad rytmem i rymem poematu, nie musząc harować na kromkę chleba - ale też mam wrażenie, że ich dzieła znacząco przewyższają osiągnięcia współczesnej wierchuszki społecznej. Może to kwestia kapitalizmu przesiąkniętego protestantyzmem, gdzie chlubą i chwałą jest wytężona praca nawet gdy nie jest do przeżycia potrzebna, może zaś przyspieszenia tempa życia, za które odpowiada rozwijająca się szybko technologia - trudno mi wyobrazić sobie jednak współczesnego poetę, którego ukąszenie komara sprowokuje do napisania 414-wersowego poematu.

W przypadku poezji można by to jeszcze tłumaczyć przeświadczeniem współczesnych poetów, że "wszystko już było" (rzekł Ben Akiba) i unikaniem z tego powodu błahych, codziennych tematów, ale prawdę mówiąc to pierwszy poznany przeze mnie wiersz o komarze - i to poznany wiele lat po ukończeniu szkoły średniej ergo nieznany większości ludzi. Temat, wygląda więc na to, był na wyciągnięcie nieosłoniętej rękawem ręki.

Poezja powinna zaskakiwać - i wizja komara ukazującego się podczas nocnej wizji i "ubolewającego, że bohaterowie trojańscy i sławni mężowie Rzymu (republikańskiego) otrzymali należną nagrodę za swe czyny, podczas gdy biedny komar, pozbawiony pogrzebu, ma zamknięty wstęp do Elizjum" zaskakuje. Poezja powinna uczyć - i uczy, że gryzą samice komara ("komar - empis jest bowiem w grece rodzaju żeńskiego"). Powinna też skłaniać do myślenia - i mnie skłoniła do zastanawiania się, jak pasterzowi udało się odnaleźć w trawie pastwiska komarze truchło następnego dnia i jak wielki nagrobek pasterz postanowił komarowi wystawić. Oraz co na widok proponowanej wielkości grobu rzekł kamieniarz, który musiał na nim wykuć napis pochwalny.

Tagi: Rzym
22:21, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 lipca 2017

W końcu zwróciłem się do rzemieślników. Bo sam zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że nic nie wiem, a u tych wiedziałem, że znajdę wiedzę o różnych pięknych rzeczach. I nie pomyliłem się. Ci wiedzieli rzeczy, których ja nie wiedziałem, i tym byli mądrzejsi ode mnie. Ale znowu, obywatele, wydało mi się, że dobrzy rzemieślnicy popełniają ten sam grzech, co i poeci. Dlatego, że swoją sztukę dobrze wykonywał, myślał każdy, że jest bardzo mądry we wszystkim innym, nawet w największych rzeczach, i ta ich wada rzucała cień na ich mądrość.
["Obrona Sokratesa", w: Platon, "Obrona Sokratesa. Kriton. Uczta"]

Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie zakupiony mendel lat temu w studenckim punkcie ksero współdzielonym z wydziałem filozofii i przeczytany niewiele później esej José Ortegi y Gasseta pod tytułem "Barbarzyństwo specjalizacji". Zdał mi się idealnym dowodem na wyznawany przeze mnie TAŻ, głoszący mniej więcej to samo, a w głowie rozgrywany jako argument kontra argumentum ad verecundiam. Zdał mi się więc Gasset tęgą głową i zabrałem się za poszukiwanie innych jego esejów, bez większych sukcesów.

Zdanie, że sam tytuł profesorski nie daje żadnej większej wiedzy ni autorytetu podczas wypowiedzi niezwiązanych z dziedziną wykształcenia, teraz oczywiste dla każdego, kto cokolwiek wie o polskiej polityce, wtedy wydało mi się odkrywcze. Zacząłem wypatrywać w komisjach, radach i komitetach osób podpisywanych słowem "profesor" bez podania specjalizacji. Bawiło mnie to, gdy potem się okazywało, że "profesor" przemawiający z pozycji autorytetu w dyskusji o globalnym ociepleniu, okazywał się profesorem filologii.

Podobne spostrzeżenie, choć nie tak zgrabnie ujęte, miał cytowany tu Jerzy Wittlin. On jednak mówił, by przy prezentacji ludzi w radiu w ogóle pomijać tytuły naukowe mówców. W czasach egalitaryzacji i zagłuszenia prawdy głośnymi okrzykami, wydaje mi się to złym rozwiązaniem. Tytuły powinny pozostać, by wyróżnić osoby, które przedmiotowi dyskusji poświęciły lata, a nie tylko kwadrans przed rozpoczęciem programu - ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy ich kariera naukowa jest związana z tematem dyskusji. Resztę, jako tytuły wyłącznie grzecznościowe, bym pomijał, by nie sprawiać na słuchaczach wrażenia, że ich posiadacze znacząco przewyższają go wiedzą w temacie.

Tkwiłem przez lata w tym dobrym zdaniu o Gassecie, aż tu nagle czytając powyższe zdania, zorientowałem się, że niczego nowego nie wymyślił. Że spostrzegł to już Sokrates, którego Gasset zapewne czytał. Z jednej strony, nic to nie zmienia, bo jak pisał Seneka, prawda pozostaje prawdą niezależnie od autora, z drugiej jednak zmalał nieco José Ortega y Gasset w moich oczach. Wszak wyżej ceni się twórcę od kopisty.

15:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 czerwca 2017

„Szaman jako dziecko wykazuje wyraźne skłonności introwertyczne. Gdy te inklinacje zaczną ujawniać się, znajdują wsparcie w społeczności. Przyszły szaman często oddala się i długo przebywa w samotności. Jego postawa jest raczej antyspołeczna i często zapada na taką czy inną tajemniczą chorobę.”[4]

4 R. Linton, Culture and Mental Disorders, 1956, s. 124
[Nevill Drury, "Szamanizm"]

"Nie jest oznaką choroby być źle przystosowanym do chorych czasów", jak głosi jeden z Discordian Quotes. Nie pogłębia mego poczucia winy więc to, że czuję się niezbyt przystosowany do współczesnych czasów schyłkowego kapitalizmu i życia superplemienia we ludzkim zoo. Sprawiło to, że gdy byłem młodszy, zastanawiałem się, kim chciałbym być w społeczeństwie przedindustrialnym.

Prosto było z czasami nowożytnymi: kim innym mógłbym chcieć być w czasach, gdy dało się czynić nowe odkrycia naukowe samodzielnie, w zaciszu swego domostwa, jak nie naukowcem? Nieco dłużej zajęło mi znalezienie preferowanej roli w czasach społeczeństw pierwotnych, ale to być może dlatego, że przy powszechnie spotykanym podziale między myśliwych i rolników, pomija się trzeci z zawodów: pasterza. A to mogłoby być idealną metodą spędzania dni: wpierw długi spacer, a potem długie godziny nicnierobienia, gdy stado wyżera kolejną bujną łąkę.

Nie pomyślałem wtedy o funkcji szamana, która też i w naszej części globu się zbytnio nie przyjęła. A pasowałaby mi ta rola, podobnie pewnie jak i większości amatorów doznań psychodelicznych. Co więcej, wygląda na to, że spełniałbym wymagania: moja postawa jest zwykle antyspołeczna, a w czasach dzieciństwa, poza pełnym zestawem chorób, miałem też i wypadek zakończony hospitalizacją. Miałem też postkryzysowy epizod depresyjny, co - w przypadku wyboru tej drogi - współlicować by mogło z dalszymi słowami autora:

Szeroko rozpowszechnił się pogląd, że szamanizm powstaje z kryzysu i choroby.
[Nevill Drury, "Szamanizm"]

Jeszcze bardziej pasują do mnie słowa zacytowanego przez autora M. Eliade z książki "Birth and Rebirth", które któryś z owych dwóch autorów uznał za stosowne zaakcentować:

„(...) Szaman jest człowiekiem który wie i pamięta(...)”
9 M. Eliade, Birth and Rebirth, 1964, s. 102
[Nevill Drury, "Szamanizm"]

Mimo tego jednak przypuszczam, że osiągnąć bym zdołał tylko godność "mniejszego szamana", który swą rolę odziedziczyć po przodku lub nauczycielu, nie miałem bowiem nigdy mistycznych wizji lub proroczych snów z udziałem duchów kierujących mnie ku tej drodze życia. Choć wizje te są w znacznej mierze uwarunkowane kulturowo i niewykluczone, że w społeczeństwie pierwotnym bym się ich nabawił, to świadom jestem, że moje duchowe moce są mniejsze niż niż niektórych z otaczających mnie ludzi, jak np. Nieuczesanej, czy Nieogolonego.

Niemniej jednak jestem przekonany, że nawet jako kiepski szaman, miałbym w pierwotnym społeczeństwie nielimitowany dostęp do świętych ziół. To, jak sądzę, w pełni rekompensowało by mi przeświadczenie, że wybitnym przedstawicielem tej profesji nie będę nigdy nie zostanę. Choć nie wiem, czy potrafiło by zrekompensować stres związany z tym, że moje zdanie faktycznie decydowałoby o czyimś życiu lub śmierci.

23:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 czerwca 2017

Peter Furst w swojej książce Hallucinogenes and Culture przytacza anegdotkę, która z szamańskiego punktu widzenia, rzuca światło na postawę współczesnego człowieka. Furst był świadkiem, jak reporter pewnej gazety w obecności szamana ze szczepu Huiczol nazwał pejotl „narkotykiem”. Szaman odpowiedział krótko: „Aspiryna jest narkotykiem, pejotl jest święty” 1

1 P. T. Furst, Hallucinogenes and Culture, s. 112.
[Nevill Drury, "Szamanizm"]

Gdy dwie dekady temu czytałem pierwszy raz tę książkę, cytat ten wywarł na mnie tak wielkie wrażenie, że postanowiłem z jego powodu odmienić całe swoje dotychczasowe życie:

"Od dziś żadnych narkotyków. Mówię to poważnie. Żeby dokładniej wytłumaczyć, co to oznacza i żeby nie było nieporozumień i takich sytuacji jak rok temu (patrz wiersz ‘Przyjaciele’), to przytaczam tu zdanie pewnego meksykańskiego szamana: ‘Aspiryna jest narkotykiem, pejotl jest święty’. Tak więc żadnych tzw. ‘lekarstw’, tylko zamiast nich tak naturalne środki jak cannabis, psylocybina (grzyby są bardzo zdrowe!), LSD (na te przebłyski powagi, patrz wyżej), etc." [5.II.1997]

Ten plan się nie udał - jak to zwykle bywa z moimi wielkimi planami. Lubię jednak myśleć, że choć nie udało mi się go zrealizować całkowicie, to przynajmniej[citation needed] znacząco ograniczyłem zażywanie narkotyków i czynię to znacznie rzadziej niż reszta Polaków. Czasem jednak nie pomaga ni cannabis, ni nawet czosnek i wtedy nie ma wyjścia. Zdarza mi się to jednak rzadko, bo organizm mój po osiągnięciu dorosłości (i w odróżnieniu od dzieciństwa) okazuje się nad wyraz odporny na choroby.

Może też dlatego, że lekkie choroby staram się przeżyć bez leków, pozwalając organizmowi działać samemu. Jako holista uważam, że w ten sposób buduje on swoją własną odporność miast polegać na farmaceutycznych "posiłkach z zewnątrz". (Z tego samego powodu uważam też, że zęby psują się od zbyt częstego chodzenia do dentysty i dlatego staram się wizyt takich unikać. Najwyraźniej skutecznie, bo w dorosłym życiu żaden ząb mnie jeszcze nie bolał.) I w przypadku kolejnej infekcji reaguje sprawniej niż w przypadku, gdy za pierwszym razem w pokonaniu choroby pomogły mu substancje chemiczne dostarczone z zewnątrz.

Pisałem powyższe paragrafy posiadając pełnie przekonania, że w dzieciństwie byłem chorowitym dzieckiem i gdyby nie wielokrotne zażywanie zmieniających biochemię mego organizmu substancji chemicznych, powyższych słów by nie napisał. Ani też żadnych innych.

Świętego Pejotlu, ku memu zmartwieniu, nigdy nie miałem okazji spróbować. Miałem styczność z innymi psychodelikami, więc domyślam się, jakiego typu wizje może on zsyłać. Zdaję sobie sprawę, że każda taka przeżyta wizja zmieniła mnie - te pierwsze najbardziej, późniejsze już słabiej. Jestem tych zmian wielkim entuzjastą, ale nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek był w stanie się im poddawać każdego dnia lub choćby w każdy weekend. A lekomanów sobie wyobrażam.

Uważam doświadczenie psychodeliczne za warte przeżycia. Uważam, że dobrze by społeczeństwu zrobiło, gdyby każdy je raz przeszedł w ramach jakiejś formy rytuału przejścia. By zminimalizować ilość "złych tripów" trzeba by wytworzyć wokół tego przeżycia pozytywne nastawienie społeczności. Świętość w strukturach plemiennych pomaga. Czy pomogłaby i w naszym superplemieniu, które kontakt ze strefą sacrum oddelegowało do oddzielnej kasty kapłanów? Wątpię, ale nie mam możliwości przeprowadzenia weryfikującego hipotezę eksperymentu.

20:48, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 czerwca 2017

- Macie – powiedział Slade z podnieceniem. - Napijcie się. - Wręczył im butelkę. - Zróbcie z tego bluesa. Wykończcie to. Powtórzcie pierwszą linijkę z małą wariacją, a potem poprowadźcie do trzeciej z majorowym zakończeniem. Wiecie, przepisowy blues dwunastotaktowy.
[James Jones, "Stąd do wieczności"]

Przyznam, że cała moja wiedza o bluesie została mi przekazana w październiku 2000 roku w studenckiej knajpie przez Nieogolonego. On już wtedy napisanie bluesa miał za sobą, podczas gdy ja dopiero przechodziłem przez ten etap w życiu i potrzebowałem wiedzy o muzyce do bluesa, który akurat tego miesiąca pisałem. Gdyby nie ta rozmowa, do teraz bym za idealną egzemplifikację bluesa uważał piosenkę "Czerwony jak cegła" Dżemu*, na której rytmie oparłem swój tekst.

Rozmowa zaprawiona była - jak to w studenckich knajpach - alkoholem, część jej więc uleciało w niebyt, jednak na szczęście robiłem wtedy notatki:

[zapiski z października 2000 roku]

Jakość pisma jest fatalna, bo pisałem to prawą ręką.

Stąd wiem, że blues powinien mieć 5-taktowe zakończenie; że w muzyce istnieje przejście Subdominanta -> Dominanta -> Tonika i blues się zaczyna od Toniki. Akord składa się z "prymy - tercji - kwinty". Z tej wiedzy niewiele mogę wywnioskować, ale niedługo Rozczochrana będzie miała muzykę w szkole, to sobie podstawowe terminy odświeżę.

Dalej jak byk stoi rozpisane 12 taktów bluesa, z dopiskiem które takty zamiast kwinty mają w akordzie septymę. Tuż obok stoją rozpisane owe akordy na gitarę, co oznacza, że nie dość, że starałem się owego bluesa stworzyć, to także zagrać na gitarze - a przynajmniej spróbować.

Nigdy mi się jednak nie udało osiągnąć tego stanu**. Po skonfrontowaniu notatek z tekstem "4,55 Blues" okazało się, że nie da się z tego tekstu zrobić bluesa bez ogromnych przeróbek. Tego czynić wtedy nie chciałem[citation needed], mój blues pozostał więc tylko tekstem pisanym. Być może stwierdziłbym w innej sytuacji, że fakt, że nie pasuje do melodii bluesa, powinien pozbawić go słowa "blues" w tytule, ale czytałem akurat tego miesiąca "Polski blues" Janoscha (ISBN: 83-85475-22-2), który pisany prozą też nie pasował, więc nie obawiałem się po uświadomieniu sobie błędu je jednak pozostawić. 

Nie utkwiła też ta wiedza we mnie. Gdy bowiem rok później byłem w nagłej potrzebie napisania bluesa ze względu na mą minorową wariację i absolutnie wolne kilkanaście godzin, znów pisząc jego tekst, melorecytowany w myślach długimi minutami, nie przestrzegałem tych reguł. I znów, mimo słowa "blues" w tytule powstałego tekstu, porządnego dwunastotaktowego bluesa zrobić by się z niego pewnie nie dało.

* - nie jako jedyną; drugą był utwór "Niebiescy czyli Blues" Skautów Piwnych.

** - już lepiej mi poszło z pieśnią "Andrzej Gołota padł", rozpisaną na dziesięciosylabową, ze średniówką po pięciu sylabach, pieśń ludową.

12:18, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 czerwca 2017

Młodzi rodzice szczęśliwie nie zdają sobie sprawy, decydując się na dzieci, ile to wspaniałych atrakcji czeka na nich już od kołyski. A więc dziecka nie ma z kim zostawić, kiedy się chce wyjść z domu, na przykład do pracy. Kiedy po własnej maturze czy po studiach wyższych samemu odetchnęło się z ulgą, że wreszcie koniec nauki - mając dzieci, od początku trzeba przerabiać polski, fizykę, matematykę itd. aż do matury, potem studia, potem trzeba się zdecydować (jeśli mamy syna), z kim się ma ożenić, za kogo ma wyjść za mąż (jeśli mamy córkę), aby potem, kiedy wreszcie to wszystko po najdłuższych cierpieniach ostatecznie ma się za sobą, całość zacząć jeszcze raz od początku. Tym razem z wnukiem.
[Jerzy Wittlin, "Pójdź ze mną! Dziennik - pamiętnik (Połowa XII 1980 * połowa III 1981)"]

Jest w tych słowach Wittlina wiele prawdy, ale nie patrzałbym na to aż tak pesymistycznie jak on. Etap pierwszy ("nie ma z kim dziecka zostawić") faktycznie jest uciążliwy. Teraz na szczęście udało się nam rodzinnie przeprowadzić w miejsce, gdzie są takie osoby i problem uznaję za rozwiązany, ale pamiętam czasy, gdy tak dobrze nie było i zdaję sobie z tej uciążliwości sprawę.

Etap drugi ("trzeba znów się będzie uczyć") dopiero zaczynam, ale jestem z tego bardzo rad. W młodości me ścieżki czytelnicze biegły z dala od wytyczonych przez Ministerstwo Edukacji, więc wreszcie będę miał okazję nadrobić braki w lekturach! Wiele dobrego słyszałem o "Buszującym w zbożu", więc chętnie przeczytam, gdy będzie lekturą moich dzieci. Wreszcie się dowiem, o co chodzi w tym całym "Hamlecie", "Don Kichota" przeczytam, z "Cesarza" Kapuścińskiego na półce zetrę kurz, którym zdążył zarosnąć czekając na mą wenę do go przeczytania, "Fausta" wreszcie chętnie poznam, a może nawet przebrnę przez "Lorda Jima" i "Jądro ciemności". Niewykluczone, że chcąc zaledwie dorównać uczniowi szkoły ponadpodstawowej znacząco rozszerzę swoje zrozumienie światowej sztuki i kultury.

Na innych lekcjach nie odbiegałem już tak bardzo od kanonu edukacji, ale nauka od tamtej pory poszła co nieco do przodu i miło będzie mi nie tylko przypomnieć sobie ową wiedzę, ale nawet ją sobie uaktualnić w głowie. Może, gdy dzieci dorosną do lekcji geografii, będą się uczyły już o siedmiu kontynentach, nie o sześciu jak ja. Na pewno sąsiadów Polski będą się uczyć więcej niż ja, a nawet jeśli nie - żaden z nich nie będzie już zwał się "NRD" (podobnie jest z planetami Układu Słonecznego i Plutonem).

Nawet jeżeli dany przedmiot nic nowego do mej głowy nie wniesie, miło mi będzie ową wiedzę sobie odświeżyć. Od dawna bowiem głoszę, że czasy licealne są nad wyraz kreatywne dlatego, że uczeń nie wkroczył jeszcze na ścieżkę wąskiej specjalizacji, więc uczy się w tym samym czasie wielu różnych rzeczy, dzięki czemu w głowie jego powstać mogą multidyscyplinarne powiązania, niedostępne już umysłowi specjalisty. Może, mając o wiele większy bagaż doświadczeń niż typowy uczeń, poddawszy się ponownie tej sieczce edukacyjnej ("rano wiersze barokowe, potem trygonometria, następnie wiązania wodorowe, by dzień skończyć budową ciała płaza"), będę w stanie takimi sieciami te doświadczenia kreatywnie powiązać. Nawet jeśli nie - to też będą kolejne doświadczenia w mym życiowym bagażu.

Decydować, za kogo wydać dziecko, nie zamierzam. Albo czasy się zmieniły, albom różny od autora - niemniej jednak zakładam, że to jednak jest już ich problem. Choć nie wykluczam, że kiedyś znów mnie najdzie chęć na stworzenie jakiegoś Kwisatz Haderach i będę dzieci starał się w stronę jakiegoś kandydata/-tki kierować, to jednak to im pozostawię ostateczną decyzję.

A gdy cały ten krąg zacznie się powtarzać się z wnukami, będę równie szczęśliwy. Momentami może nawet bardziej, jako że współczesne trendy wskazują, że nie będę musiał się przejmować, z kim zostawić dziecko wychodząc do pracy, bo będę już wtedy na emeryturze.

22:58, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 maja 2017

Podobnym zainteresowaniem cieszyły się wówczas [pod koniec lat 90-tych] teksty podsuwające pomysły, jak przeszczepić na grunt własnej sesji fajny motyw znany skądinąd: a więc, jak wprowadzić UFO do gry fantasy, detektywa do Cyberpunka i kobietę na sesję w ogóle.
[Ignacy Trzewiczek, "Jesienna Gawęda"]

Zwróciło mą uwagę to zdanie i niemało rozbawiło, gdy czytałem "Jesienną gawędę" kilka lat temu, bo czytałem ją w ramach przygotowań do prowadzenia cyklu sesji RPG (zwykle zwanych "kampanią", ale jakoś ta nazwa tu nie pasowała), w czasie których kobiety stanowiły większość drużyny. Skład osobowy drużyny w ciągu kilku lat nieregularnego prowadzenia zmienił się niejednokrotnie, ale płeć piękna nigdy nie stanowiła mniejszości. Przez długi czas w drużynie poza kobietami było tylko pół mężczyzny, a ostatnią przygodę prowadziłem wyłącznie kobiecemu gronu. Problem ten wydawać mi się może więc mocno wydumany.

Ale wiem, że istniał i prawdopodobnie wciąż istnieje. Przyczyn tego jest wiele - począwszy od poziomu umiejętności towarzyskich typowego gracza RPG, który mógłby przecież podejść i kobietę zaprosić, poprzez same zachowanie młodych samców podczas sesji, gdzie odreagowują nieco swe kompleksy, a skończywszy na samych przygodach, skupionych na potrzebach męskiego gracza. Po kilkudziesięciu przygodach dla kobiecego grona mam już jakąś szczątkową wiedzę na ten temat i mogę się nią podzielić.

Przede wszystkim założyć trzeba, że z większości sytuacji można wyjść bez walki. To, co dla gracza jest niewyobrażalne[citation needed], często jest pierwszym pomysłem graczki. Moje drużyna zdołała się "wygadać" z sytuacji, o których w życiu bym nie pomyślał (np. walki z goblinami). Do tego trzeba mieć przeciwników rozpisanych bardziej niż tylko imię, wygląd, ekwipunek (włącznie z ilością monet w mieszku), żywotność i ilość ataków na rundę. Dlaczego ów walczy z drużyną? Co go do tego skłoniło - i co może go od tego odwieść? 

Zamiast walki, nierzadko będącej jedynie emocjonalnie odbieranymi rzutami kośćmi, dawać rozgrywki intelektualne. W sieci jest mnóstwo takich przygód, sam czasem z nich korzystam. Jednak z walki nie rezygnować - jest ona często spotykanym elementem świata i pozbycie się jej zniekształciłoby go (chyba, że universum zakłada praktyczny brak przemocy, wtedy jak najbardziej pozbycie się przemocy z sesji jest na miejscu). Jeżeli kobieta w drużynie (lub kobieca drużyna) będzie walki przegrywać, nauczy się dostrzegać je nadciągające zza horyzontu i ich unikać. Co też wzbogacić może przygody.

(Co mi przypomina historyjkę, jak to doświadczony gracz i Mistrz Gry odmówił dołączenia do drużyny, gdy była na etapie tworzenia. Usłyszawszy, kto w drużynie będzie - nie tyle płci graczy, co zawodów postaci - stwierdził, że to nie ma sensu, bo "bez co najmniej dwóch wojowników drużyna nie przetrwa pierwszej walki". Przetrwała, przetrwała też kilka kolejnych - a gdyby nawet miała nie przetrwać, wprowadzić do drużyny NPCa - wojownika trudnym być nie powinno.) 

Nie zapraszać jednej kobiety na sesję. Zamiast tego zaprosić je dwie lub nawet trzy. Nie będą się czuć tak wyobcowane. I pozwolić im mówić, nawet gdy "doświadczeni" męscy gracze będą starali się je przekrzyczeć

Zwrócić uwagę na zwykle nad wyraz patriarchalne społeczeństwo w grach fantasy (w science-fiction wygląda to już inaczej) i zastanowić się, co w nim sprawiło, że postacie kobiece "wyszły na drogę". Z drugiej strony - nie przesadzać z tego patriarchalizmu się trzymaniem.

I to w sumie tyle: robić ciekawsze przygody niż "Demoniczna Horda", pozwolić się wypowiedzieć i przedstawić swoje nieoczywiste (a nawet wręcz heretyckie; kto widział pukać do drzwi, za którymi ukrywa się nekromanta? a jednak podziałało) dla mężczyzn pomysły, zastanowić się, czego kobieta od sesji może oczekiwać i zaprosić więcej niż jedną. UMD.

(Dwa pozostałe problemy też są banalne. Detektyw w cyberpunku nie wydaje mi się niczym dziwnym ni niepasującym, a UFO gdzieś w mej odnodze universum Warhammera tkwią jako pojazdy Dawnych Slannów. Zresztą, w przypadku świata z wieloma rozumnymi rasami, inna rasa umysłowo i technologicznie rozwiniętych humanoidów dziwić powinna znacznie mniej niż na Ziemi.)

11:23, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA