RSS
czwartek, 28 września 2017

Nie czując się na siłach, aby przezwyciężyć tę regułę, zdecydowałem się [w tłumaczeniu – przyp.red.] porzucić rymy. Skłoniły mnie do tego rady Autorytetów, jak też słowa wydawcy Miltonowskiego Raju utraconego, który w 1667 pisał: „Rym nie jest koniecznym dodatkiem i szczerą ozdobą poematu lub dobrego wiersza, a głównie w dziełach dłuższych, lecz wymysłem barbarzyńskiego wieku dla pokrycia nędznej treści i kulawej miary” (tłum. Maciej Słomczyński).
[Piotr Oczko, "Uwagi na temat niniejszego wydania", w: Joost van der Vondel, "Lucyfer"]

Jako emerytowany kiepski poeta potwierdzić mogę przytoczone przez tłumacza słowa XVII-wiecznego wydawcy. Moje wiersze - czy też raczej utwory wierszowane - przez długi czas opierały się właśnie na rymach, całkowicie ignorując miary i bogactwem treści nie grzesząc. Głębokością porównań też nie, bo każde zawierać musiało jedno ze nielicznych słów rymujących się z końcówką poprzedniego wersu, które odszukać czasem miałem problem (pamiętam, jak na kiedyś podczas lekcji fizyki graliśmy z Niemałym w grę, w której gracz musiał znaleźć rym do słowa podanego mu przez przeciwnika; przegrałem 0:3; pamiętam też, że jeden punkt Niemały dostał za to, że nie znalazłem rymu do słowa "Quetzalcoatl") i wokół niego się obracało, resztę wersu traktując nierzadko jedynie jako wypełniacz do owego rymu. Fakt, czasem udawało mi się napisać coś, co poza posiadaniem rymu także dobrze brzmiało, ale były to przypadki, o których przysłowie mówi: "trafiło się ślepej kurze ziarno".

Dopiero gdy byłem poetą lat już kilka zacząłem zgłębiać temat wierszy białych. Pozbawienie wierszy rymu - tego na czym je wcześniej opierałem - pozwoliło mi skupić się na innych jego aspektach. Wybrałem - być może ze względu na brak umiejętności, by poprawić w wierszach ich miarę - skupienie się na myśli przewodniej wiersza, czyniąc z nich momentami wręcz podzielone na wersy aforyzmy. Aż zapędziwszy się w tą uliczkę dotarłem do haiku. Ale to już temat na inną notkę.

Choć później jeszcze wróciłem do utworów wierszowanych - nie na długo i w przerwach między kolejnymi haiku - jeszcze przed mą poetycką emeryturą uważałem me nierymowane utwory za lepsze (a przynajmniej, dając odpowiednią rzeczy miarę, mniej gorsze) od rymowanych. Nie mogąc ukryć się za rymami, musiałem włożyć w wiersz albo myśl, którą uznałbym wartą przekazania czytelnikowi, albo pracę nad frazą, by mimo braku rymów u czytelnika pozostało wrażenie, że jest to tylko wiersz. Niewykluczone, że do tej drugiej opcji przekonał mnie przeczytany mniej więcej w tamtym czasie wtedy tomik wierszy (albo raczej utworów wierszopodobnych) o. Benedykta Stefana Zimy (ISBN: 83-85185-07-0), który udowodnił mi niezbicie, że da się też napisać i naprawdę fatalne wiersze białe. Może gdyby o. Zima potrafił rymować brzmiały by te wiersze choć odrobinę lepiej.

13:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 września 2017

Gdybym miał choć chwilę,
Nie starczy ona, lecz czy zwie się czasem
To okamgnienie, w którym się rozchodzą
Wieczyste szczęście z wiecznym potępieniem?
[Joost van der Vondel, "Lucyfer"]

Nie do końca jestem pewien, czy zrozumiałem pytanie tłumaczone z niderlandzkiego. Nie wiem też, czy owe okamgnienie zwie się czasem, ale ja określiłbym je "punktem bifurkacji". Termin ten, popularny w teorii chaosu, oznacza miejsce, w którym niewielkie zmiany powodują ogromne różnice w dalszym działaniu układu. Jeżeli gdzieś cała sytuacja może zmienić się drastycznie w okamgnieniu, to właśnie tam.

Teoria chaosu i ten termin są jednak współczesne (uknuty został przez Henriego Poincarégo niecałe półtora wieku temu) i znane być nie mogły ani XVII-wiecznemu niderlandzkiemu Szekspirowi ani tym bardziej wypowiadającemu te słowa w dramacie Lucyferowi z epoki sprzed jego upadku. Ja sam poznałem ten termin nie z kilku przeczytanych książek o teorii chaosu, ale opowiadania "El Ninio 2035" Konrada T. Lewandowskiego. Ukazany tam przykład zdał mi się tak obrazowy, że do dziś pozostaje w mej głowie i me niebanalne pierwsze skojarzenie z terminem "bifurkacja" brzmi "krab".

15:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017

Na przykład wzmocnione konstelacje satelitów telekomunikacyjnych doprowadzą do powstania tanich urządzeń o wymiarach zegarka, dzięki którym będziemy mogli dotrzeć w sposób interaktywny do magazynów ludzkiej wiedzy z każdego miejsca na świecie. Co więcej, urządzenia te pozwolą swoim użytkownikom przekazywać olbrzymie ilości danych – między innymi głos, obraz i muzykę – bądź do innych ludzi, bądź do centralnej bazy danych systemu. Wartość praktyczna istnienia tego typu układów jest oczywiście olbrzymia, ale ich wydźwięk sięga jeszcze dalej. Wprowadzenie tych układów miałoby implikacje historyczne i społeczne. Ludzkość zostanie połączona, a rezultatem tego będzie głęboka jedność kulturowa i radykalne upowszechnienie ludzkiej wiedzy.
[Robert Zubrin, "Narodziny cywilizacji kosmicznej"]

Gdy czytam książki popularno-naukowe próbujące przewidywać przyszłość, nierzadko uderza mnie ich miejscami wręcz naiwny optymizm. Widać to znacznie wyraźniej, gdy czyta się książki wydane na tyle dawno temu, że część z tych optymistycznych prognoz można już bez wahania zdezawuować. Książka Zubrina wyszła w 1999 roku (polskie tłumaczenie w 2003 roku) i już ten warunek spełnia.

Wpierw Zubrin przewiduje, że orbitalne stacja naprawcze, które naprawiać by miały krążące nad naszymi głowami satelity telekomunikacyjne i inne pojazdy kosmiczne, "powstaną w ciągu dekady", czyli do 2009 roku. A potem pojawia się powyższy cytat.

O ile "tanie urządzenia wielkości zegarka" powstały (no, może nie zegarka, ale mieszczące się w kieszeni) i dzięki rozwojowi sieci satelitów potrafią przesyłać niezliczone ilości danych do każdego miejsca na świecie (przynajmniej w teorii; moje osobiste doświadczenie nie popiera tego typu buńczucznej tezy), o tyle to próba wprowadzenia jedności kulturowej (choć autorowi może nie o to chodziło, to dziś "Grę o Tron" ogląda cały świat) spotkała się z reakcją w postaci ruchów akcentujących swą kulturową (lub narodową) odrębność. A dostęp do wiedzy nie sprawia, że ludzie przestają wierzyć medycznym hochsztaplerom - wręcz odwrotnie, powszechny Internet pozwolił zdobyć im nowych wyznawców.

Mnie to nie dziwi, bo to naturalny stan rzeczy, ale wydaje mi się, że amerykańskim "wizjonerom" przydałoby się kilka lekcji historii, by uświadomili sobie, że po renesansie nastąpił barok, a nie od razu oświecenie, jak najwyraźniej sądzą. I nie ma podstaw, by uważać, że ten trend naprzemiennych faz rozwoju cywilizacji się już skończył.

Dopóki tej lekcji nie opanują, wciąż dawać będą estymaty czasowe swych prognoz, które po dekadzie lub dwu będą już tylko bawić, osłabiając wymowę innych wniosków lub bardziej długofalowych prognoz i przewidywań. Nie wykluczam więc, że uda nam się dotrzeć do "cywilizacji typu I w skali Kardaszewa", ale wykluczam przypuszczenie, że będzie to prosta droga ciągłego rozwoju. I nie sądzę, by było to osiągnięcie, które uda nam się zdobyć w tym wieku. Nie dlatego, że nie będzie ku temu technologii, lecz dlatego, że rozwojowi technologii nie dorówna kroku rozwój ludzkiej woli.

12:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 września 2017

Zdaje mi się że nie ma na świecie człowieka,
który by nie miał swojej manii,
i łatwo można spostrzec,
kiedy ona w drugich dojrzewa.
H.J. Grimmelshausen Simplicissimus
[Hans Heinz Ewers, "Najwyższa miłość"]

Faktem jest, że łatwo spostrzec, kiedy w drugich ich mania dojrzewa. Pewnie są wyjątki, osoby tak introwertyczne, że nie okazują tego na zewnątrz - ale takie osoby nie zwykły się pokazywać w miejscach, gdzie łatwo można je zobaczyć, a swe manie uprawiają za zamkniętymi drzwiami swych pokoi. U reszty zaś - zwłaszcza podczas rozmowy - widać wyraźnie, gdy dyskusja schodzi na temat, który jest ich pasją

Słuchanie ich wypowiedzi może być wtedy nawet fascynujące, gdy całą swą energię wkładają w to, by jak najdokładniej opowiedzieć o tym, czym żyją. Nawet gdy temat zdaje się mi całkiem obcy, miło mi się patrzy na ich zaangażowanie w przekazywanie wiedzy. Dzięki temu, mam wrażenie, nawet mimo własnej do tematu obojętności lub zniechęcenia udaje mi się czegoś na ten temat dowiedzieć - częściej raczej ciekawostki czy anegdotki niż praktycznej wiedzy, ale zawsze czegoś. Sam doświadczyć miałem tego okazję niedawno, gdy spotkawszy się z kolegą z podwórka w pewnym momencie wieczoru okazałem się słuchaczem prawie trzygodzinnego wykładu o jego nowej pasji. I doświadczę pewnie tego znów niebawem, gdy w ramach nadchodzącej podróży spotkam się z ludźmi, którzy nadal uprawiają hobby, które i mnie dekadę temu zdarzało się uprawiać.

Dłużej zastanawiałem się nad pierwszą częścią powyżej zatytułowanego motta tytułowego opowiadania. Trudno mi orzec, czy wszyscy swą manię mają, ale przez chwilę zastanawiałem się, czy sam przypadkiem nie jestem kontrprzykładem. Od lat zastanawiam się, czym by się tu w życiu bardziej zainteresować, gdy już porzuciłem poprzednie "hobby, które przerodziło się w pasję". W przerwach między zastanawianiem się coś tam czasem pomniejszego zrobię, ale nie czując tej przepełniającej manii, jak to drzewiej bywało. Nawet te blogi - które z zewnątrz wyglądać mogą na objaw manii blogowania - piszę z mniejszą niż kiedyś chęcią, przez co też piszę je wyraźnie rzadziej (samym latem obejrzałem kilkanaście filmów i odcinków seriali, o których nie wspomniałem tu ni słowem; cyklom muzycznych wpisów rosną ogony z każdym miesiącem; etc.).

I pewnie zakończyłbym ten wpis takim wnioskiem, gdyby przypadkiem nie wszedł na fanpage Janiny Daily na popularnym portalu społecznościowym i nie ujrzał motta, będącego cytatem z jednego z anonimowych internetowych komentatorów, brzmiącego "To się nazywa grafomania i to jest choroba". I doszło do mnie, że też swą manię mam i jest to mania pisania, czy zwać ją grafomanią czy hipergrafią. Niezależnie, czy będzie to wpis na bloga, wpis lub komentarz w innych miejscach Internetu, czy jedynie zapisek do prywatnych archiwów - czasem czuję, że muszę coś zapisać, zanim mi umknie myśl lub cały myśli wątek. Też te zapiski stają się z wiekiem nieco rzadsze, ale wciąż zauważam kątem oka zdziwienie na twarzach współpasażerów, gdy w komunikacji zbiorowej wyciągam zeszyt - a ostatnio nawet laptopa - i zaczynam pisać. Wtedy pewnie łatwo im dojrzeć, że moja mania właśnie we mnie dojrzała.

23:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 sierpnia 2017

"Piwo tu wprawdzie kiepskie - mawiał Szwejk - ale możemy iść do innej restauracji, gdzie akurat zmarła żona bufetowemu. Tak nad tym rozpacza, że mu nawet na myśl nie przyjdzie fałszować piwo".
[18 II, PIĄTEK, w: Jerzy Wittlin, "Pójdź ze mną! Dziennik - pamiętnik (Połowa XII 1982 * połowa III 1983)"]

Przypomniał mi się ten cytat, gdy wracałem do domu po paru piwach wypitych z kuzynem. Wieczór przesiedzieliśmy w jednej z modnych i popularnych ostatnimi laty knajpek, w których lista piw jest dłuższa niż menu w McDonaldsie. W czasie rozmowy wspomniałem stare czasy, gdy duży wybór piw w barze polegał na wyborze między Specjalem, Warką, Okocimem i Żywcem; znaczyło to wtedy, że są dostępne wszystkie popularne na rynku piwa. Ewenementem wtedy na skalę wojewódzkiego miasta był jeden mały lokal, w którym serwowali Żywe, więc "można się było w barze napić dobrego piwa". Obecny wysyp "piwnych degustatorni", serwujących oprócz piw koncernowych także piwa rzemieślnicze ("piwa kraftowe"), czy mini-browarów oceniam tym pozytywniej, że sam jestem amatorem piw pszenicznych, które w tradycyjnej ofercie wcześniej nie występowały, a i dziś czasem ich wybór ogranicza się w zwykłych barach do jednego polskiego koncernowego gatunku. 

(Co ciekawe, nie przypomniał mi się ten cytat, gdy parę miesięcy temu weszliśmy z Nieogolonym do baru, w którym parę razy w tamtym okresie byliśmy; wtedy przychodziliśmy tam na imprezy muzyczne i dla towarzystwa Czarnej-Białej, a wybór piw był ograniczał się do dwóch gatunków jednego koncernu; teraz lokal okazał się kolejną "piwną degustatornią" i gdy spytałem o pszeniczne, okazało się, że do wyboru są cztery - chyba, że doliczyć witbiery, to wtedy więcej.)

Pamiętam też, jak w podobnym okresie początków millenium pojechaliśmy z Nieogolonym do Krakowa z zamiarem clubbingu, w czasie którego postanowiliśmy w każdym barze wypić tylko jedno piwo. By jakoś je od siebie odróżnić i mieć w przyszłości punkt odniesienia, postanowiliśmy odwiedzane bary punktować w skali 0-10 w trzech kategoriach: piwo, wystrój i barmanki. Wysokie noty (6,5) w pierwszej kategorii dawała Warka za 3,50zł lub np. Żywiec Porter na składzie, a notę maksymalną poza dwoma barami z irlandzkim piwem zdobyła też bezimienna knajpa przy dworcu z następującym uzasadnieniem: "wybór, tanio – duże od 4 zł". Trafiały się perełki - do dziś miło wspominam cydr pity w barze "Dubliner" na Garncarskiej 5 na trasie między krakowskim Rynkiem Głównym a Parkiem Jordanowskim - ale normą był Żywiec, Tyskie i Okocim. To wiele świadczy o jakości ówczesnych barów. 

A dwie pozostałe kategorie naszego rankingu oznaczają, że już wtedy byliśmy świadomi, że nie tylko dla piwa przychodzi się do baru. Co z tego, że dają gdzieś dobre piwo, jeżeli w środku jest tłok i hałas, a z głośników dobywają się dudnienia muzyki techno, psując całą smaku radość? Mimo gorszego piwa, lepiej wybrać inne miejsce, gdzie inne zalety będą rekompensować bezpowrotnie utracony smak dobrego piwa: wystrój będzie przyjemny dla oka, z głośników poleci niezbyt głośny jazz, a barmanka się uśmiechnie podczas składania zamówienia. To tłumaczy, czemu nadal chodzę do mego ulubionego baru[citation needed], choć nie uświadczę tam Obolona Pszenicznego ni żadnego wyboru wśród piw pszenicznych, a czasem i piwa pszenicznego wcale. "Piwo tam prawdzie kiepskie, ale wystój i atmosfera lokalu to w pełni rekompensują". Tak jak w Krakowie czwartą lokatę zdobyła "Szisza" przy Małym Rynku, która za piwo dostała tylko 3 punkty (uzasadnienie brzmiało następująco: "jak już płacę 8 złotych (sic!) za piwo, to mogłoby być przynajmniej zimne; przynajmniej za te 8zł jest wybór"), wyprzedzając w ogólnym rankingu ów bezimienny bar przy dworcu, w którym miast tańca brzucha można było zaobserwować rytualne walki samców z klasy niższej.

(Same "Przygody dobrego wojaka Szwejka" też czytałem, lata długie temu, nie jest więc tak, że tę książkę znam tylko ze słyszenia. Wtedy jednak ten cytat nie przykuł mej uwagi. Wyróżniony przez Wittlina i przeczytany kilka dobry lat później już tak. Może dlatego, że w międzyczasie dokonała się owa eksplozja piwnych smaków w mym zakątku Polski.)

21:15, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 sierpnia 2017

Heroiniści są najbardziej spokojnymi obywatelami tego kraju, nie licząc kwakrów. (...) Ich zachowanie przypomina ciotkę Matyldę, której lekarz zaaplikował leki uspokajające. Heroina jest bowiem takim mocnym środkiem uspokajającym.
[Robert Anton Wilson, "Seks, narkotyki i okultyzm"]

KLUB PODRÓŻNIKÓW - Slangowe określenie grupy osób, które spotykają się regularnie, na przykład raz w tygodniu, by razem wziąć LSD i dzielić się doświadczeniami. Przypomina to trochę zgromadzenie naćpanych kwakrów.
[Robert Anton Wilson, "Seks, narkotyki i okultyzm"]

Akurat podczas niedawnego spotkania z przyjaciółmi w europejskiej stolicy narkotyków, zorientowałem się, że jestem - albo przynajmniej: spokojnie mógłbym być - kwakrem. Wcześniej zawsze - między innymi na skutek powyższych akapitów - zdawali mi się jakąś sektą podobną do amiszów, o historii sięgającej co najmniej epoki Dzikiego Zachodu, a tu po sprawdzeniu okazało się, że ich podejście do wiary jest bardzo rozsądne. To ostatnie zależy jeszcze pewnie od tego, o jakim odłamie kwakrów mówimy - ale jeżeli istnieje coś takiego jak "kwakrzy niewierzący", nie wydaje mi się, by jako całość byli jakoś szczególnie fanatyczni[citation needed].

I do tej subkultury, która dostała 70 lat temu Pokojową Nagrodę Nobla, Robert Anton Wilson porównuje w powyższych akapitach narkomanów. I choć brzmi to na pierwszy rzut oka wręcz obrazoburczo (a jeszcze bardziej musiało w Ameryce lat 70-tych i 80-tych), to pewnie jest to porównanie całkiem prawdziwe. 

W przypadku LSD, z którym miałem kontakt, mogę to potwierdzić. Oczywiście, zdarzają się "złe tripy" i ludzie, z których wydobywać kwas może agresję (mnie się raz zdarzyło zostać zaatakowanym przez "nakwaszoną" osobę, ale było to nieco ponad dwie dekady temu i był to Niemały, więc trudno z tego przypadku ekstrapolować - a i on stracił dominacją fizyczną zainteresowanie po minucie lub trzech zafascynowany układem chmur na niebie), ale są to przypadki nad wyraz odosobnione.

Podobnie jest z ludźmi pod wpływem marihuany - przypadki agresji u jej palaczy są o ile nie zupełnie, to praktycznie nieistniejące. Chyba, że - to faktycznie przyznać trzeba - zmiesza się ją z alkoholem. Wtedy i owszem, ale przekonany jestem, że to alkohol je wywołuje, a tetrahydrokannabinol jedynie miast to zatrzymywać jeszcze może podsycać. (Niewykluczone, że ww. Niemały też był wtedy pod wpływem alkoholu; była to wszak Noc Świętojańska i cała reszta towarzystwa była. Może więc też alkohol tłumaczy ten incydent.)

Z heroiną i heroinistami kontaktu nie bezpośredniego nie miałem, więc potwierdzić tego nie mogę. Paru w życiu raz widziałem w przejściu pod ulicą przy dworcu nieodległego miasta. Nie zdawali mi się groźni, bo byli zdumiewająco powolni. Co innego, gdyby byli nie "pod wpływem", a "na głodzie". Wtedy, mając już zwykłą szybkość, przeraźliwą determinację i bezwzględnie logiczną świadomość, że uczciwą pracą nie będą w stanie zdobyć odpowiednio szybko pieniędzy na kolejną "działkę" w tym punkcie swojego życia, do którego doprowadził ich nałóg, faktycznie mogliby być groźni i niebezpieczni. Ale pod wpływem heroiny? Nie sądzę, nie po to się ją bierze, by dalej cokolwiek działać.

15:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 sierpnia 2017

- Ser Donnel Haigh - stwierdził. - Wygrałem od niego na turniejach tyle koni, że nie potrafię ich zliczyć. I zbroi też. Raz omal go nie zabiłem w walce zbiorowej.

- To czemu cię nie poznał? - zdziwiła się Arya.

- Dlatego, że rycerze są głupi i byłoby poniżej jego godności spoglądać dwa razy na jakiegoś francowatego wieśniaka. - Smagnął konie biczem. - Wystarczy trzymać wzrok spuszczony, przemawiać z szacunkiem i co chwila powtarzać 'ser', a większość rycerzy w ogóle człowieka nie zauważa. Więcej uwagi poświęcają koniom niż prostaczkom. Mógłby rozpoznać Nieznajomego, gdyby widział, jak na nim jeździłem.
[George R. R. Martin, "Nawałnica mieczy. Krew i złoto"]

Pamiętam czasy, gdy pod koniec ubiegłego millenium zaczynałem się "bawić w rycerzy". To, co później stało się rekonstrukcją, miejscami wcale udaną, zaczęło się jednak od walki na 4,5-kilogramowe miecze, biegania w "XIII-wiecznych kiltach" (i to małych, a nie great kiltach) i Kapituły Rycerstwa Polskiego, o czym też nie potrafię zapomnieć. Ta ostatnia miała możliwość "pasowania na rycerza". Czasem był to cały rytuał (widziałem kiedyś wczesnym popołudniem program w Telewizji Polskiej, ukazujący przygotowania i sam ceremoniał z czasów zanim zacząłem się tematem interesować; potem od spotkanych ukazanych tam osób dowiedziałem się, że wcale takiego natężenia patosu tam nie było), czasem jedynie krótki ceremoniał (tak podejrzewam, nigdy nie widziałem pasowania na żywo, jednak znając zamiłowanie do formy Kapituły nie przypuszczam, by bez takowego dało się pasowanie uzyskać), zwykle jednak owocował tym, że tak pasowany rycerz zaczynał się na imprezach wywyższać i zachowywać bufonowato.

Pamiętam oburzenie ludzi z lepszym sprzętem bojowym i strojami bądź z dłuższym stażem na te zachowanie "pasowanych".* To mogła być jedna z przyczyn późniejszego nakierowania na rekonstrukcję materialną w tym ruchu. Chodziło o to, by o statusie świadczyło to, jak kto wygląda, a nie poparcie wewnątrz organizacji, która po okresie swej chwały skupiała coraz mniejszy odsetek bractw rycerskich i zajmujących się rekonstrukcją ludzi.

Jest pewnie w tym toń ironii, że ludzie, którzy walczyli o jak najwierniejszą rekonstrukcję (materialną) czynili to dlatego, że uwierało ich naturalne, nieświadome, rekonstruowanie zachowań społecznych. Rycerz był rycerz i nawet jeśli mieszczanin był od niego bogatszy, a najemnik lepszy w walce - patrzył na nich z góry i mało go obchodzili - o czym obrazowo opowiada Aryi Ogar. Oni "grali w innej lidze" i ich zainteresowania skupiały się wyłącznie na drabince feudalnej. A na plebs patrzyli z góry dokładnie tak samo, jak owi "pasowani rycerze" kilkanaście lat temu patrzyli na "niepasowanych".

* - pamiętam też turniej w Lidzbarku Warmińskim, na którym z nudów przed bitwą (która zaczynała się już po zmierzchu, o 20 czy nawet 21 i przed którą obowiązywała (umiarkowana) prohibicja) dwaj koledzy zaczęli na dziedzińcu "się pasować", czyli okładać skórzanymi pasami. Gdy wieść o tym dotarła do miejsca, gdzie siedzieliśmy, wstał starszy stażem i wiele lat wcześniej przez Kapitułę pasowany (czym się tak bardzo nie chwalił, że gdyby nie ta sytuacja, to bym się o tym nigdy nie dowiedział) kolega, "z łapami jak bochenki", którymi bez schylania mógł się podrapać po kolanach, w każdą z nich chwycił pas i wyszedł ich depasować. Ostatecznie więc na skutek przewagi zasięgu ramion żaden z nich pasowany długo nie pozostał.

Tagi: Gra o Tron
18:24, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 sierpnia 2017

Bądź nieśmiertelny, dopóki nie dowiesz się, że nie jesteś. (…) Śmierć jest tylko czczą spekulacją, póki żyjesz (...)
[Leonard Orr, "Fizyczna nieśmiertelność"]

Gdy sięgnąwszy po tę książkę zorientowałem się, że została wydana w oryginale 37 lat temu, czym prędzej sprawdziłem, czy jej autor jeszcze żyje. Czytanie książki o fizycznej nieśmiertelności autora, który umarł, idealnie oddawało by moje praktycznie podejście do czytanych książek. Autor okazał się wciąż jeszcze żyć, mając obecnie 79 lat, więc może się okazać, że czytałem praktyczne porady. Co jest o tyle dobre, że - jak powtarzam - "I intend to live forever or die trying".

Zbyt wiele tych rad nie było, a większość z tych, które były, powtarzała się co rusz, przetykana uwagami, że słowami do końca wyjaśnić się tego nie da i należy udać się na kurs poprawnego oddychania oraz anegdotkami o ludziach, którzy już są nieśmiertelni (przy czym główny guru w jednym momencie zostaje uznany za "równie starego jak wszechświat"), ale się tym publicznie nie chwalą, bo po co.

Wśród rad dominują te o regularnym powtarzaniu cykli poprawnego oddychania. Byłem ponad dekadę temu na warsztatach Sztuki Życia (Art of Living), które uczyły czegoś podobnego, więc domyślam się, o co może chodzić. Przez parę lat potem wykonywałem wyuczone tam asany i ćwiczenia oddechowe, aż zaprzestałem wpierw drugich, potem i pierwszych. Myślę sobie teraz, że może warto by było je sobie przypomnieć i do nich wrócić, jeżeli faktycznie chcę zostać nieśmiertelny.

Co nieco było rad o jednodniowych i dłuższych głodówkach. Czytałem kiedyś książkę Tombaka "Jak żyć długo i zdrowo" starając się nawet zastosować do niektórych z rad (na przykład pozbyłem się poduszki podczas snu na plecach), a że spora ich część tyczyła diety oczyszczającej, przeszedłem przez proces trzydniowej głodówki, podczas której pić jedynie można było sok z buraka. Nie jadam zwykle zbyt dużo, więc pierwszy dzień nie był trudny - choć zabrakło mi nocnych przekąsek przed komputerem; drugi dzień był ciężki i cieszyłem się, że to wakacje, bo mógłbym mieć kłopot z utrzymaniem odpowiedniej efektywności na studiach lub w pracy; trzeciego dnia organizm już się przyzwyczaił i czułem się lżejszy i bardziej energetyczny niż przez poprzednie miesiące, a gdyby nie konieczność wyjazdu w nadchodzący wtedy weekend być może przedłużyłbym tę głodówkę o kolejny dzień lub dwa. Nie jest to więc temat mi obcy, choć od owego czasu - a też było to ponad dekadę temu - nie powtarzałem tego doświadczenia.

Kolejna porcja rad tyczyła afirmacji, takie jak powyższe. Jako holista-solipsysta[citation needed] nie mogę wykluczyć, że inwokacje i afirmacje faktycznie działają. Nie do końca świadomie sam tej rady przestrzegam, słuchając raczej muzyki o pozytywnych wibracjach niż np. Toma Waitsa, oglądając raczej blockbustery niż zaangażowane kino opowiadające trudne historie i czytając... a nie, czytam wszystko jak leci, nałóg[citation needed] nie wybiera.

Do tej zaś afirmacji doszedłem sam lat kilka przed przeczytaniem książki Orra. Pamiętam, jak podczas jazdy samochodem usłyszałem w radiu utwór, który zawierał frazę "Getting dead one day at a time" i pomyślałem sobie "Well, I'm getting immortal one day at a time". Wygląda więc na to, że i tę naukę sobie przyswoiłem, choć pewnie zdaniem autora powinienem ze swej życiowej maksymy wyrzucić przesiąkniętą myślami o śmierci drugą część i zostać przy nie tak ładnie brzmiącej afirmacji "I intend to live forever".

Cóż, przekonamy się za sto lat, czy mi się udało. A zapewne znacznie wcześniej, czy udało się to Leonardowi Orrowi.

21:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

- Z dwudziestą dziewiątą wiosną pada na człowieka cień kosy. Och, niegościnny ostatni roku, roszczący sobie prawo do młodości! Jej marzenia, jakże teraz przygasłe. Choć zwą cię złotymi, złotej epoki życia jesteś wszak pożegnaniem. Oto, wśród posępnych mgieł przyszłości majaczy grozę budząca trzydziestka, owa niewysłowiona przemiana! Młodość tak prędko odjęta, cnota tak snadnie ukrócona, w liczbie podzielnej... przenikalnej! (...) Czwarta życia dekado! Twe bramy ledwie krótki rok przede mną – choć tu rok i stuleciem zdać się może – co kryjesz w zanadrzu dla postarzałego?
[Thomas Pynchon, "Mason i Dixon"]

Choć przeczytałem te słowa, wypowiedziane obchodzącego "w zeszłym tygodniu" urodziny Maskelyne, będąc już sporo od niego starszym, zwróciłem na nie uwagę, bo zdały mi się wiele mówić o ówczesnej - akcja powieści dzieje się ćwierć millenium temu - i współczesnej młodości i jej postrzeganiu. Przypomniały mi te słowa się teraz, gdy stałem się dokładnie o dekadę od Maskelyne'a starszy.

Teraz bowiem takim rokiem, dla mężczyzn przynajmniej, stał się raczej trzydziesty dziewiąty. Dwudziestodziewięciolatek to wciąż jeszcze - w lansowanym przez zachodnią kulturę stylu życia - młodzieniaszek, "singiel" szukający rozrywki w efektownych hobby i wieczornych imprezach (sam, jak pamiętam, taki byłem). Nikt w tym wieku zdaje się nie myśleć o nadchodzącym cieniu kosy - choć niektórym ściąć zdążyła już któregoś z rodziców. Mężczyźni nie wchodzą w czwartą dekadę życia czując się postarzali - choć zwykle z tej dekady tacy wychodzą.

Inaczej może być w przypadku kobiet. Pamiętam, jak w jednej z mych poprzednich prac koleżanka dowiadując się, że niedawno obchodziłem dwudzieste dziewiąte urodziny, spytała mnie o mą "listę rzeczy do zrobienia przed trzydziestką". Ponoć taki pomysł istnieje i wśród młodych kobiet pracujących w księgowości był wtedy rzeczą popularną. Może więc kobiety są bardziej świadome upływu czasu i dla nich wciąż trzydziestka jest grozę budzącą cezurą. Zegar biologiczny wszak dla nich tyka szybciej.

Dekadę starszy mogę powiedzieć, że choć współcześni czterdziestolatkowie wciąż jeszcze nierzadko łudzą się, że młodość ich dopiero odchodzi, to upływ czasu już po nich widać - zwłaszcza w przypadku tych, którzy zostali rodzicami.

(Obecnie akurat czytam "Fizyczną nieśmiertelność" Leonarda Orra (ISBN: 83-86211-08-3), gdzie pada zdanie "Jeśli zamierzasz być nieśmiertelny, nie powinieneś mieć dzieci wcale". Wyczytana gdzieś korelacja między ilością potomstwa a długością życia różnych gatunków oraz własne doświadczenie z małymi dziećmi, które postarzały mnie bardziej niż najintensywniejsze imprezy przed mą trzydziestką, pozwala zgodzić się z jego autorem.)

Nie wykluczam, że jako amerykański singiel (zwłaszcza z Kalifornii) i w mym obecnym wieku mógłbym wciąż jeszcze nie dumać nad cieniem kosy i nie uważać się za postarzałego. Nie jestem jednak kimś takim, a me młodzieńcze marzenia dawno temu już przygasły - bądź zgasły wręcz całkowicie. Przede mną czterdziestka, ale - wbrew temu, co oznaczała jeszcze pokolenie temu - nie uznaję jej za "budzącą grozę" kryzysu wieku średniego. Ów bowiem, wraz z przedłużającą się młodością we współczesnym społeczeństwie (niczym w Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej młodość współcześnie trwa do c.a. 35 roku życia), przesunął się w czasie i spodziewam się go gdzieś w ciągu najbliższej dekady - ale raczej w jej drugiej połowie. Albo jeszcze później - przypuszczam, że ów wynika prawdopodobnie z poczucia zakleszczenia w jednej i tej samej od wielu lat ścieżce życiowej i chęci jej zmiany, podczas gdy ja od lat nie mogę się zdecydować, jaka ścieżkę życiową wybrać, by dać się w niej życiu zakleszczyć.

13:35, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 lipca 2017

CULEX (KOMAR)

Donatus (...) wśród dzieł Wergiliusza wymienia utwór Culex. Epylion o tym tytule zawarte jest w Appendix Vergiliana. Liczący 414 hexametrów poemat opowiadający o tragicznej śmierci komara można by uznać za rodzaj parodii eposu (jak Batrachomvomachia). Zasadnicza część utworu jest krótka. Uśpionemu w skwarne południe pasterzowi zagraża niebezpieczeństwo: pełznie w jego stronę jadowity wąż. Przed niechybną śmiercią ratuje nieszczęsnego komar, budząc go w ostatnim momencie. Obudzony pasterz zabija komara, a dopiero potem, gdy dostrzega czającego się węża, zdaje sobie sprawę, że zgładził własnego zbawcę. Po zabiciu węża i zapędzeniu trzody na nocny odpoczynek pasterz układa się do snu. W czasie nocy uśpionemu pasterzowi ukazuje się komar. Skarży się, że za swoje dobrodziejstwo nie tylko poniósł śmierć, lecz został także pozbawiony należnego pogrzebu, nie ma więc prawa wstępu do Elizjum, gdzie cieszyłby się zasłużoną nagrodą. Wzruszony pasterz, pragnąc naprawić swój błąd, grzebie komara wybawcę, a na jego grobie umieszcza napis pochwalny, sławiący szlachetny czyn - przyczynę śmierci zmarłego.

Parve Culex pecudum custos tibi tale merenti
Funeris officium vitae pro munere reddit.

Za dar życia, przysługę tak wielką, komarze,
Pasterz trzód pogrzebowym obrzędem dług maże.
[Maria Cytowska, Hanna Szelest, "Literatura Rzymska - Okres Augustowski"]

Zagłębiając się w wątek rzymski - ale też i w inne epoki historyczne - nierzadko byłem pod wrażeniem kreatywności ludzi epoki przedindustrialnej, których życie toczyło się wolniejszym tempem. Świadom jestem, że to, co się do naszych czasów zachowało, jest dziełem (przynajmniej na etapie projektu; sama realizacja w praktyce, zwłaszcza w przypadku dzieł architektonicznych, to już inna para caligae) osób ze szczytów drabiny społecznej, ludzi, którzy mieli zasoby na to, by dzień cały dumać nad rytmem i rymem poematu, nie musząc harować na kromkę chleba - ale też mam wrażenie, że ich dzieła znacząco przewyższają osiągnięcia współczesnej wierchuszki społecznej. Może to kwestia kapitalizmu przesiąkniętego protestantyzmem, gdzie chlubą i chwałą jest wytężona praca nawet gdy nie jest do przeżycia potrzebna, może zaś przyspieszenia tempa życia, za które odpowiada rozwijająca się szybko technologia - trudno mi wyobrazić sobie jednak współczesnego poetę, którego ukąszenie komara sprowokuje do napisania 414-wersowego poematu.

W przypadku poezji można by to jeszcze tłumaczyć przeświadczeniem współczesnych poetów, że "wszystko już było" (rzekł Ben Akiba) i unikaniem z tego powodu błahych, codziennych tematów, ale prawdę mówiąc to pierwszy poznany przeze mnie wiersz o komarze - i to poznany wiele lat po ukończeniu szkoły średniej ergo nieznany większości ludzi. Temat, wygląda więc na to, był na wyciągnięcie nieosłoniętej rękawem ręki.

Poezja powinna zaskakiwać - i wizja komara ukazującego się podczas nocnej wizji i "ubolewającego, że bohaterowie trojańscy i sławni mężowie Rzymu (republikańskiego) otrzymali należną nagrodę za swe czyny, podczas gdy biedny komar, pozbawiony pogrzebu, ma zamknięty wstęp do Elizjum" zaskakuje. Poezja powinna uczyć - i uczy, że gryzą samice komara ("komar - empis jest bowiem w grece rodzaju żeńskiego"). Powinna też skłaniać do myślenia - i mnie skłoniła do zastanawiania się, jak pasterzowi udało się odnaleźć w trawie pastwiska komarze truchło następnego dnia i jak wielki nagrobek pasterz postanowił komarowi wystawić. Oraz co na widok proponowanej wielkości grobu rzekł kamieniarz, który musiał na nim wykuć napis pochwalny.

Tagi: Rzym
22:21, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA