RSS
wtorek, 21 lutego 2017

Jedną z prac, w której najpełniej wyraził on [Harold Bloom – przyp.red.] swoje poglądy, jest zapewne Lęk przed wpływem: tytuł wyraża w tym wypadku sedno autorskich poglądów. Bloom twierdzi mianowicie, że wszyscy poeci – co najmniej od czasów oświecenia – dręczeni są przez świadomość tego, że „przyszli za późno”, że skazani są na nieusuwalną wtórność. Amerykański krytyk każe nam wierzyć, że każde dzieło literackie powstałe od tego momentu ma już swojego poprzednika; nawet jeśli twórcy wydaje się, że jest w pełni oryginalny, nawet jeśli w ogóle nie czytał strof swojego prekursora, jego pisanie ma charakter „wykrzywiający”, a każdy wiersz jest tak naprawdę postępującą deformacją oryginału. Stąd wszyscy pooświeceniowi twórcy dręczeni są, świadomie czy też nie, przez ów nieznośny, niedający się wyeliminować „lęk przed wpływem”, obezwładniający strach przed kondycją kopisty.
["Gra w patriotyzm", w: Wojciech Józef Burszta, Waldemar Kuligowski "Sequel. Dalsze przygody kultury w globalnym świecie"]

Za młodu byłem poetą i pamiętam, że poczucie to wzrastało w miarę oczytania: w początkach mej tfu!rczości nie było obecne wcale, by po ledwie paru latach być świadomym, że "wszystko już było, (jak) rzekł Ben Akiba". Dlatego też - gdy z kiepskiego poety starałem się stać w pełni multimedialnym artystą - planowałem zająć się zająć dziedzinami sztuki, o których nie miałem pojęcia. Wierzyłem, że tylko tak dam upust swej oryginalności, niespaczonej wyuczonymi lub podpatrzonymi manierami. Dlatego np. grywałem na instrumentach muzycznych bez żadnego przeszkolenia, co - jak mniemam - mogło drażnić osoby ze słuchem muzycznym. 

Ostatecznie zrezygnowałem z tego, uświadomiwszy sobie, że nie jestem w stanie sam wyuczyć się wszelkich dziedzin sztuki (czy z braku talentu, czy jedynie cierpliwości - trudno orzec, skoro zabrakło mi cierpliwości, by to sprawdzić). Zarzuciłem też pisanie wierszy (co daje mi teraz prawo do noszenie tytułu "emerytowanego poety"), a przedostatni napisałem od razu po zakończeniu lektury "Nowego poradnika wydajnego zażywania narkotyków" Witolda Wirpszy (ISBN: 83-85568-18-2) i był tak mocno nim przesycony, że wprost pod nim dopisałem "(inspired by wirpsza)".

Potem pisałem już tylko haiku. I choć nie doszedłem w tym do stanu oczytania, w którym rzekłbym, że "tylko powtarzam" (choć raz mi się zdarzyło; napisałem - a przynajmniej wymyśliłem - swe haiku śmierci tylko po to, by odnaleźć je niemal co do słowa w zbiorze starych mistrzów), to w miarę wzrastania wiedzy o budowie gatunku moja oryginalność bywała coraz bardziej ograniczana.

Zdając sobie więc sobie z tego trendu sprawę, w zupełnie innej dziedzinie całkowicie mu się poddałem. Miast silić się na oryginalność zamarzyłem sobie jak najdokładniej zrekonstruować sztukę sprzed lat. Wszelkie niepoparte źródłami pomysły starałem się odrzucać, zdając sobie sprawę, że mogą być skażone myśleniem z epok nastałych po owej sztuce. Dopiero po latach, gdy zacząłem przypuszczać, że moja wiedza pozwala mi na wysnuwanie słusznych wniosków o sztuce epoki, zacząłem (z wielką ostrożnością) "dopisywać" sobie do traktatów brakujące fragmenty. Dodawał mi poczucia słuszności tego kroku fakt, że moja wiedza o rozwoju tej sztuki w ciągu ostatnich czterystu lat była zerowa, więc nie mogła wpływać na moją próbę rekonstrukcji wcześniejszych jej przejawów. 

Teraz, gdy jestem już starszy, bogatszy o te doświadczenia i świadom tego "łęku kopisty", myślę o nim jako o metodzie do wykorzystania, a nie powodzie zaprzestania prac. Wciąż jeszcze mając pragnienie awansu z poety na prozaika, mam na półkach książki paru autorów, których nie czytam, bo chcę pewnego razu połknąć je wszystkie naraz, by nasycić się stylem i będąc wciąż pod jego wpływem - napisać własną fabułę. Mam taki plan obejmujący Janusza Rudnickiego, mego ulubionego polskiego pisarza, w którego stylu chcę napisać zbiór opowiadań.

Liczę, że w tak obszernej formie, jaką są powieści lub zbiory opowiadań, nieuniknione nawiązania do stylu i pomysłów przeczytanych autorów i tak zostawią nieco miejsca dla mych oryginalnych myśli i pomysłów. Czy słusznie - okaże się, jeżeli kiedyś nie zabraknie mi cierpliwości, by to sprawdzić (a w przypadku ww. zbioru opowiadań - gdy kiedyś będę miał miesiąc czasu wolnego, by móc przeczytać jego książki i napisać cały zbiór nim ze mnie jego styl do końca wyparuje).

18:33, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 lutego 2017

Sieci impulsów nerwowych, występujące w niedalekiej przeszłości, mają tendencję do ponownego pojawiania się w przyszłości. Możemy je porównać do wąskiej ścieżki prowadzącej przez dzikie zarośla i stającej się tym łatwiejszą do przejścia, im częściej po niej chodzimy, zaś po usunięciu niektórych przeszkód możemy uczynić ją jeszcze wygodniejszą. Gdy przejdzie nią już wiele osób, stanie się ona regularną drogą, na którą przeniesie się ruch z leżących w pobliżu ścieżek.

Niektóre ze znajdujących się w mózgu dróg stają się dla impulsów nerwowych łatwiej dostępne. Spowodowane jest to zmianami chemicznymi, wywołanymi przede wszystkim na synapsach przez występujące wcześniej sygnały. Pojawiające się później impulsy wybierają wtedy automatycznie najbardziej przetarty szlak. Jest to biologiczna podstawa pamięci i nauki. Określone sieci impulsów wykazują skłonność do stałego powtarzania się, i to bez żadnych zmian lub tylko z niewielkimi odchyleniami, kiedy znowu nadarzy się okazja. (…) Podobnie dzieje się nawet w przypadku myślenia: kiedy pewne sytuacje powtarzają się, uczymy się myśleć stereotypami lub powielamy swe wypowiedzi.
[Milan Rýzl, "Śmierć i co potem z punktu widzenia parapsychologii"]

Autor nazywa te używane ścieżki neuronowe "przetartymi szlakami", ja zaś od lat zwę je "koleinami". Bo tak samo jak auta na drodze, ludzie w toku swego myślenia wpadają w koleiny, z których trudno się wydostać. Co więcej, koleiny te pogłębiają się z wiekiem, czego skutkiem jest obserwowalne "zacięcie" się starych ludzi w jednej wersji wydarzeń i niechęć do przyjmowania innych punktów widzenia lub nawet zrozumienia argumentacji drugiej strony konfliktu. Billy Joel może sobie śpiewać (całkiem mądrze) o tym, że z wiekiem nauczył się dostrzegać odcienie szarości we wcześniej czarno-białym świecie, ale wygląda na to, że z wiekiem znów mu się obraz zrobi kontrastowy.

Oczywiście, te koleiny mają, wspomniane przez autora, dobre strony - wspomagają uczenie, a raczej "wyuczanie się odruchów". Niewykluczone, że jesteśmy jednym z bardzo nielicznych gatunków, który dożywa wieku, w którym ujawniają się negatywne skutki tego mechanizmu (choć Pratchett pięknie przedstawił Pana Pieszczocha podczas pisania "Piekła Pocztowego" (ISBN: 978-83-7469-849-8) jako "dwudziestoletniego kota, który ma swoje przyzwyczajenia i się ich trzyma"). Niewykluczone, że dożywamy tego wieku właśnie dzięki temu mechanizmowi.

Ja sam znalazłem remedium na pogłębianie się tych kolein - jest nim najwyraźniej marihuana. Zauważam, że dzięki niej z wiekiem w kohorcie demograficznej okazuję się mieć coraz bardziej otwarty umysł wśród rówieśników, którzy już swoje wiedzą i dyskusja z nimi nie ma sensu (choć to może być spowodowane niezależnie sytuacją polityczną - ostatnimi laty okazuję się mieć umysł otwarty na argumentację przeciwników bardziej niż przeciętna w dowolnej kohorcie demograficznej począwszy od wieku, w którym człowiek zaczyna się interesować polityką). Jestem ciekaw wyniku przeprowadzanego na sobie eksperymentu - czy remedium okaże się choć po części skuteczne, czy też jako siedemdziesięciosiedmiolatek będą tak samo skostniały umysłowo co fizycznie? Cóż, pozostaje czekać na wyniki.

Niestety, po drodze dopadają mnie skutki uboczne leku. Otóż mam kłopot z zapamiętywaniem rutynowych metod postępowania. Było to wyraźnie widoczne, gdy pracowałem jako pracownik działu IT. Większość awarii miała jedno poprawne i skuteczne rozwiązanie, które należało aplikować za każdym razem: czy było to odłączenie prądu na pięć sekund podczas zawieszenia się punktu dostępowego, konfiguracja Windowsa tak, by wymagał jak najmniej naszych interwencji, czy restart serwerów w odpowiedniej kolejności. Koledzy to szybko opanowywali, ja zaś szybko wpadłem na pomysł, by po tym, jak spytałem kolejny raz kolegę o metodę postępowania przy jakimś problemie, zapisać to sobie. I tak powstał wpierw mój, a potem, gdy obowiązków przybywało, całego działu plik "How-To", w którym zawarte rozwiązania rozwiązywały w trzy minuty 99% wezwań serwisowych wewnątrz firmy - często nawet bez ruszania się z fotela. Teraz w pracy reguły postępowania udaje mi się zapamiętać, ale są one tak banalne, że połapał by się w nich pracownik branży budowlanej.

Pociesza mnie myśl, że jak pokazują badania na bohaterach filmu "Memento", nawet osoby absolutnie nie pamiętające wykonywania danego doświadczenia, za trzecim - czwartym razem wykonują je znacząco (rzekłbym: o 28%, ale musiałbym poszukać jakiegoś źródła, bo podaję to z pamięci) szybciej. To oznacza, że nawet jeżeli będąc pod wpływem THC (lub bardziej niż "haj" długofalowym skutkiem jej działania) nie będę pamiętał wykonywania jakiejś rutynowej czynności, to i tak będę kolejnym razem wykonywał ją lepiej. Z drugiej strony - jeśli tak, to koleiny i tak się wytworzą, jedynie słabsze i jedyną pociechą będzie to, że jako 77-latek będę zaperzony w swych poglądach tylko na poziomie 50-latka.

09:11, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 lutego 2017

Rozwiązaniem najlepiej odpowiadającym współczesnemu poziomowi parapsychologicznej wiedzy jest totalny determinizm. Przyszłość jest obecna obok nas, czeka na nas i jest tylko jedna, a przebieg wydarzeń i ich przyczyny prowadzące do końcowych rezultatów są ustalone. Nawet nasze pozornie „wolne” decyzje są określane przez nasze psychologiczne usposobienie i włączone jako jeden ze składników w łańcuch przyczyn i skutków prowadzących do ostatecznych rozstrzygnięć.
[Milan Rýzl, "Śmierć i ci potem z punktu widzenia parapsychologii"]

Byłby to faktycznie logicznie wyprowadzony wniosek z przyjęcia założenia o prawdziwości parapsychologii, w tym jasnowidzenia: skoro da się przewidzieć jakieś wydarzenie z przyszłości ze 100% prawdopodobieństwem oznacza to, że jest ono w pełni zdeterminowane w chwili ukazania się jego wizji i nic się nie da już zmienić. A gdy istnieje pełen determinizm, przewidywanie przyszłości nie jest trudne, gdy już opanuje się (świadomie lub nie) reguły przemian.

Niestety, zanim autor dochodzi do tego wniosku, dogłębnie opisuje przykład wizji wypadku samochodowego na zakręcie na skutek pęknięcia opony. Po czym stwierdza, zakładając że o wizji tej jasnowidz mógł powiedzieć kierowcy owego felernego auta przed zdarzeniem, że takie fakty, jak pęknięcie opony są w pełni zdeterminowane, ale zachowanie człowieka - kierowcy - w chwili zdarzenia już nie, więc jeżeli na tym zakręcie auto będzie jechało znacznie wolniej, to gdy pęknie opona, auto nie ulegnie wypadkowi i to można w przyszłości zmienić, czego objawem jest różna wyrazistość poszczególnych części wizji. 

Mam z tym rozumowaniem dwa problemy. Po pierwsze wydaje mi się mętne i na siłę dopisywane. Takie samo wrażenie mam o podobnym problemie teologicznym: "Jeśli ludzie mają wolną wolę, to Bóg nie może być wszechwiedzący". Bo jeżeli wszystko wie, to nie mamy wolnej woli, decyzje nasze zostały już podjęte, zmienić ich nie potrafimy, choć zapewne doskonale potrafimy je sobie umotywować dla zachowania wewnętrznie spójnego obrazu samego siebie. Tym samym, wszelka idea "grzechu" się wali: nie ma grzechu, gdy nie ma wolnej woli. A jeśli człowiek ma wolną wolę, to Bóg nie jest w stanie przewidzieć z całą pewnością jego decyzji, więc nie jest wszechwiedzący. Wszelkie słyszane na lekcjach religii wytłumaczenia brzmiały podobnie mętnie: "To jest tak, że masz wolną wolę, ale Bóg i tak już zna każdą twoją decyzję". Nie przekonało mnie wtedy, nie przekonuje mnie i teraz owa możliwość połączenia jasnowidzenia i możliwości zmiany kolei losu.

Co więcej, taka możliwość zmiany zaprzeczała by zacytowanej późniejszej tezie o pełnym determinizmie. Skoro coś można zmienić, nie jest pełny. A jeśli jest pełny, bycie jasnowidzem musi być smutnym zajęciem: widzieć rzeczy, których wolałoby się uniknąć i wiedzieć, że nic się nie da zrobić, by ich w przyszłości uniknąć. Niewykluczone, że jasnowidzowie wtedy robili by wszystko, by swój talent osłabić, a nie wzmacniać.

A po drugie, zastanawia mnie, czy gdyby kierowca po prostu przed ruszeniem w trasę wymienił zużytą oponę na nową i tym samym nie pozwolił jej pęknąć w ustalonym miejscu, to nie spowodowałby tym samym implozji wszechświata, niszcząc całą jego przyszłość?

14:08, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 stycznia 2017

Tam, gdzie władzę ma tylko człowiek, nie ma już Boga.
[Joseph Ratzinger, "Bóg Jezusa Chrystusa"]

"Czyżby więc nauka – odkrywając nowe prawa i ograniczenia, nakazy i zakazy – niszczyła Boga? Wręcz zabijałaby – bo gdy nauka ogarnie wszystko, nie będzie miejsca dla Boga już nigdzie. Jeżeli tak jest, to tym osłabieniem Boga można by tłumaczyć brak wyraźnych cudów w ostatnich wiekach. A może cuda – tak jak się powszechnie mówi – przeszły tylko do tych zakresów rzeczywistości, którymi nie zajmują się nauki przyrodnicze? A gdy i te dziedzinę – psychikę ludzi – obejmą nauki przyrodnicze, z ich pomiarami, tabelkami, wzorcami – to czy Bogowi zostanie działanie na poziomie kwantowym?" [26/27.XI.6]

sobota, 07 stycznia 2017

MIŁOŚĆ OJCZYZNY
[Przez] Imć Pana G. Zaratino Castelliniego

Krzepki młodzieniec stojący między słupem dymu, co wydobywa się z ziemi, a płomieniem ogniska.
[Cesare Ripa, "Ikonologia"]

Wypisz, wymaluj:

Jeno wieńca z chwastów w ręku brakuje...

(To zdjęcie alegorii Miłości Ojczyzny wykonała Nina Rybińska dla strony dlaStudenta.pl)

09:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2016

Walka jest dla ludzi, którzy nie odnieśli sukcesu w żadnej innej profesji.
[Steven Erikson, "Bramy Domu Umarłych"]

Mimo ich pozornego piękna, nie zgodzę się ze słowami Kalama, którymi chciał zniechęcić młodego Kesena. Jestem przekonany - zwłaszcza od czasu usłyszenia słów Dwighta McCarthy'ego tyczących Marva w "Sin City" - że istnieją ludzie, którzy zostali stworzeni do walki (wersja dla kreacjonistów) lub urodzili się z predyspozycjami do walki (wersja dla darwinistów).

W swym życiu miałem okazję poznać wielu ludzi z tzw. "ruchu rycerskiego", w tym kilku zawodników Polskiej Ligi Walk Rycerskich. Część z nich (choć, trzeba przyznać uczciwie, nie wszyscy, a może nawet nie większość) odniosła sukcesy w innych dziedzinach (jeden na przykład jest uznanym chirurgiem), a jednak nadal pasjonuje ich walka, na tyle bezpośrednia i realistyczna, na ile da się bez ryzykowania życia. Poświęcają swój czas na treningi i turnieje, a swe pieniądze na coraz lepszy sprzęt. Coś więc musi być innego, co ich ku temu skłania.

Nie jest to, jak w przypadku Marva z "Miasta grzechu", alkohol, bo część z nich nie pija wcale lub przynajmniej go nie nadużywa. To jest swoisty fenomen w naszym kraju: ludzie, którzy na tyle poważnie traktują swą waleczną pasję, że nie piją alkoholu, bo wiedzą, że obniży to ich sprawność następnego dnia.

Nie jest to agresja, bo większość z nich poza walkami zachowań agresywnych nie przejawia. Raz jedynie widziałem przypadek, gdy jeden z walczących poza walkami poprosił stojącą w pobliżu osobę, by bez wcześniejszego ostrzeżenia nie klepała go od tyłu po plecach i barkach, "bo mogą się włączyć odruchy". Cieszyłem się wtedy, że w mych pasjach nie dotarłem nigdy nie punktu, w którym "włączające się odruchy" mogą spowodować, że zrobię komuś krzywdę bez wcześniejszego tego przemyślenia.

Może to chęć wykorzystania swych warunków fizycznych ("Mam 190cm wzrostu i ważę 120kg, a tu mogę wreszcie komuś przygrzmocić!") - ale część z tych walczących, którzy pewnie w czasach regularnych wojen zaciągnęliby się do armii, jest nawet poniżej średniej dla warunków fizycznych swojej kohorty. Nie sposób więc i tym wyjaśnić wszystkich przypadków fascynacji walką.

Nie o samą fascynację jednak tu chodzi. To nie tylko pasjonaci walki - to ci, z pasjonatów, którzy są w tej, dość jasno określającej przewagę jednego pasjonata nad drugim, pasji dobrzy. To ludzie wybrani do reprezentowania środowiska nie na podstawie głosów jury i publiczności, lecz walk eliminacyjnych. Mimo to trudno znaleźć tego, było nie było, elitarnego grona cechy wspólne, może poza dobrą tężyzną fizyczną.

Dokładne określenie, co ich ku walce ciągnie, jest dla mnie o tyle trudniejsze, że ja tego na pewno nie mam. Nie ciągnie mnie do walki, a wszystkie stoczone nietreningowe walki na miecze przegrałem (choć kilka walk na punkty nie do zera). Jednak wiem tyle, że powyższe słowa prawdą nie są. Niewykluczone, że ludzie, którzy odnieśli sukces w innych dziedzinach mniej są skłonni stawać do walki - ale większość ludzi powyżej 20 roku życia nie jest skłonna tego czynić niezależnie od poczucia życiowego sukcesu. Gdy przeżyje się Achillesa, znacząco wzrasta chęć do długiego i nudnego życia zamiast życia krótkiego, lecz godnego bohatera.

16:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2016

Unde malum, skąd zło – zastanawiali się niedawno Kołakowski z Miłoszem i ojcem Kłoczowskim. Dołożyłem do tego swój kamyczek w artykule dla pewnego niemieckiego pisma. Przytoczyłem tam ostatnie hipotezy dotyczące powstania człowieka. Wedle nich kilka milionów lat temu, kiedy lodowiec naparł na kontynent afrykański, pchając przed sobą masy chłodnego powietrza, lasy zaczęły rzednąć, rozpoczęło się wielkie stepowienie i wtedy praczłowiek – wtedy jeszcze roślinożerny – zlazł na ziemię. O rośliny przez cały rok było coraz trudniej, więc biedak zaczął najpierw żywić się ścierwem, jak hieny czy szakale, a potem biegać za zwierzyną. Nawet gepard, który potrafi biegać ponad sto kilometrów na godzinę, już po jakichś ośmiuset, dziewięciuset metrach wysiada, jest szybkobiegaczem na krótki dystans, a ten biedny człowiek biegał i biegał, w głowie robiło mu się od tego coraz goręcej, neurony się psuły i zaczynały się tym gwałtowniej mnożyć, a mózg – powiększać.

Hipoteza ryzykowna, sam w nią raczej nie wierzę, ale modna, no i tłumaczy, czemu człowiek z roślinożercy stał się padlinożercą a potem drapieżnikiem po prostu, myśliwym, biegał z kamieniem w ręku, a gdy zdarzyło mu się jakiegoś bliżej nie znanego kolegę trafić, to go spożył gdzieś w pieczarze. W konkluzji napisałem, że stąd może płynie ta agresja, która w nas tkwi, może straszliwą tę drzazgę odziedziczyliśmy po praprzodkach, a szczątek ich pamięci rozsiany jest w naszych genach.
["Dziedzictwo praczłowieka?", w: Stanisław Lem, "Lube czasy"]

Pamiętam, że usłyszałem tę hipotezę o wzroście objętości mózgu, choć w nieco zmienionej wersji, mniej więcej wtedy, kiedy i Lem, piszący te słowa w latach 1994-95, w sali od geografii w trakcie rozmowy z Nieogolonym i Niewesołym. Nie padły tam słowa o "psuciu neuronów", lecz o mózgu służącego do schładzania krwi podgrzanej wysiłkiem organizmu. W związku z tą rolą, istniało parcie ewolucyjne (choć te słowa wtedy nie padły) na większe mózgi, które pozwalały dłużej biec za zwierzyną, a przez to więcej jej, zmęczonej ucieczką, upolować. Stąd też skokowy wzrost objętości mózgu, za czym poszły wszystkie jego miejscami niedogodne konsekwencje.

Później mniej czytałem już o tej hipotezie - ale też później czytałem wiele książek na ten temat napisanych i wydanych przed tą cezurą czasową, więc nie wiem, czy związanie skokowego wzrostu objętości czaszki jest nadal uznawane za spowodowane zmianą diety na bardziej mięsną (spożywanie mięsa, a zwłaszcza mięsa poddanego obróbce termicznej, pozwoliło zmniejszyć wielkość zębów, więc i rozmiar żuchwy, co pozwoliło na zupełną zmianę kształtu profilu twarzoczaski, przez co wysklepiło czaszkę na czole i pozwoliło zmieścić większy mózg) jest nadal obowiązującą hipotezą, czy było nią tylko do owej teorii sprzed ponad dwóch dekad.

Niezależnie od tego, zupełnie inaczej wygląda odpowiedź na pytanie "unde malum". Otóż gatunek ludzki nie jest pod tym względem wyjątkiem. Przemoc, w tym przemoc nieuzasadniona (jak szympansy dla zabawy ukręcające główki małpiatkom), przemoc seksualna (jak orangutany gwałcące orangutanice), przemoc względem młodych (jak uprawiające dzieciobójstwo goryle) czy przemoc przesadna, przejawiają inne naczelne. Odpowiedzi trzeba by więc szukać na tym poziomie, traktując człowieka jako gatunek, który na skutek być może niepowiązanych z przyczyną agresywności cech mógł tę cechę w pełni okazać.

Co może być ta przyczyną? Przekroczenie przez gatunek pewnego poziomu inteligencji? Nie słyszałem o delfinach atakujących się nawzajem - choć czytałem o okrutnych zabawach delfinów ze zwierzętami będącymi ich pożywieniem. (O świniach nie czytałem nic, to jakoś mniej wdzięczny temat do badań).

Jedną z rzeczy łączących wszystkie naczelne jest brak syntezy witaminy C przez ich organizmy. Większość gatunków to potrafi, zdolność tę utraciły właśnie naczelne (jak i "świnki morskie, nietoperze owocożerne, pstrągi, łososie, niektóre ptaki oraz niektóre rasy psów (np. dalmatyńczyk)"). Może więc to w spowodowało jakąś gatunkową skłonność do przemocy? Podejrzewam jednak, że gdyby były badania wykazujące skłonność do przemocy świnek morskich, dalmatyńczyków czy łososi, coś bym o tym wiedział - a populacja trzymanych przez ludzi świnek morskich i dalmatyńczyków drastycznie by spadła.

(Nie dalej jak wczoraj Niewesoły zwrócił mą uwagę, że nie tylko witaminy C organizm ludzki nie syntetyzuje. Może więc przyczyną nadmiernej agresywności jest niedobór którejś z pozostałych witamin?)

Nie uważam też, byśmy jako gatunek byli przesadnie agresywni. W naturalnych warunkach, gdy ludzkość żyła w małych plemionach mających swe tereny zbieracko-łowieckie, większość konfliktów rozwiązywano okrzykami. (Mój ulubiony Brytyjczyk opowiadał raz o tym, że żołnierze rzadko zwykli zabijać przeciwnika, uzupełniając to anegdotką o tym, jak jeszcze podczas I wojny światowej uzbrojeni żołnierze stojący w odległości paru kroków od siebie zaczęli się odstraszać rzucając kamieniami, nie korzystając ze swej broni.) Dopiero, gdy Ziemia stała się przeludniona, a większość przedstawicieli gatunku zaczęło żyć w "ludzkich ZOO", zaczęła się powszechna agresja, niczym u szczurów (są inteligentne, ale jak właśnie sprawdziłem syntetyzują witaminę C) zamkniętych w zbyt małej klatce. Myślę więc, że stąd pochodzi obecna w naszych czasach przemoc. Skłonności do niej mamy faktycznie rzędowe, a ich eskalacja wiąże się ze zbytnią liczebnością gatunku. 

Rozwiązanie problemu przemocy jest więc dość proste, o ile tylko znajdzie się ktoś, kto celem zakończenia przemocy międzyludzkiej postanowi wybić 95 (może raczej 99) procent ludzkości. Niestety, bez użycia przemocy problem jest nierozwiązywalny (przy dzisiejszym poziomie nauki i technologii kolonizacja innych planet to mrzonka, a ogólnoświatowy program antykoncepcyjny nie uzyska ogólnoświatowej zgody na przeprowadzenie, nie mówiąc już o tym, że spowodowałby bunt sporej części ludzkości), pozostaje więc mieć nadzieję, że ze względu na naszą agresywność wcześniej się jako gatunek sami wybijemy niż zrujnujemy do cna tę planetę.

11:16, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 grudnia 2016

- Taki właśnie rodzaj piękna chciałem ci pokazać – powiedział Orolo. – Dostrzeżenie i pokochanie piękna spotykanego na każdym kroku to rzecz wielkiej wagi. To nasza jedyna obrona przed brzydotą, która przy pierwszej okazji opadnie cię ze wszystkich stron.
[Neal Stephenson, "Peanatema"]

Kolejne słowa fraa Orolo, pod którymi mógłbym się podpisać, i to nawet obiema rękami. Cieszę się, że udaje mi się czasem zachwycić pięknem spotkanym przypadkiem: krajobrazem, układem liści na drzewie, kwiatem lub nawet wbitym w ziemię patykiem.

Ponieważ zauważyłem tę cechę u siebie dopiero po tym, jak zacząłem zażywać narkotyki, a nawet po tym, jak zacząłem zażywać je regularniej, a u innych osób zauważam tę cechę rzadko (by nie powiedzieć, że praktycznie wcale; nie mówię bowiem o fascynacji pasjonata obiektem swej pasji, co widziałem wielokrotnie, lecz zachwytem piękna niespodziewanego i z pasją nijak nie związanego, "dostępnego" dla wszystkich), zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to skutek uboczny narkotyzowania się: "haj" kończy się po paru godzinach, lecz zmieniona biochemia mózgu może oddziaływać na me postrzeganie rzeczywistości jeszcze przez dłuższy czas, liczony w dniach. Potrafię jednak czasem (choć rzadko) zauroczyć się widokiem, gdy od ostatniego odurzenia się minęło kilka a nawet kilkanaście dni, więc hipoteza ta wydaje mi się mało prawdopodobna - chyba że na skutek wieloletniego zażywania zmiany w biochemii mego mózgu są już trwałe.

Może być tak, że zauważam to piękno tylko wtedy, gdy jestem w stanie hipomaniakalnym. Czasem jednak nawet w dniu, gdy czuję się przeciętnie lub raczej kiepsko potrafi mnie zauroczyć na minutę lub choćby pół jakiś widok, choćbym kwadrans wcześniej i później nastrój miał minorowy, więc też wydaje mi się to prawdopodobne. Na pewno za to jest tak, że by to piękno dostrzec nie mogę być zestresowany. Stres zamyka mi oczy na to piękno, a związany z nim pośpiech nie pozwala często nawet na nie spojrzeć.

Faktycznie jednak ujrzenie tego piękna pomaga przed dopadnięciem przez brzydotę świata. Zwłaszcza miasta są pod tym względem mocnym dostarczycielem wrażeń. Pamiętam jeszcze szarość i burość miast schyłkowego PRL-u, więc doceniam odświeżoną kolorystykę, ale kolorystyka nie zapobiegnie brzydocie budynku, który ma fatalną bryłę lub jest kompletnie niedopasowany do otoczenia. A takich "kwiatków" jest w polskich miastach od groma - napisano nawet o tym książkę, którą udało mi się przeczytać (ISBN: 978-83-7536-556-6).

Poza nimi bywa już lepiej, ale najładniejszy krajobraz oszpecić może leżący tak worek pełen śmieci. Jeszcze rdzewiejące fragmenty samochodów czy rowerów czasem potrafią wyglądać urokliwie (zwłaszcza mocno już pordzewiałe lub wpasowane w otoczenie), o tyle plastikowy wór na śmieci lub stosik plastikowych butelek (i potłuczonych szklanych przy okazji) szpeci zawsze i bezwzględnie. Widok ten boli, ale na szczęście zwykle da się chwilę później dostrzec piękno innego zakątka krainy, które pozwoli ten ból przemóc (można - a być może nawet należy - też próbować, w ramach wolnego czasu, ten bałagan posprzątać, jednak kilka podjętych prób uświadomiło mi, gdy wychodziłem z lasu z workiem pełnym śmieci, a droga którą przebyłem była na oko dokładnie tak samo zaśmiecona jak przed moim przejściem, jak bardzo przekraczająca jednego człowieka jest to praca, zwłaszcza w lasach miejskich i podmiejskich).

10:52, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2016

(...) chandra męczy nas i zawsze staramy się z niej wyzwolić. Jednakże potrzebna do tego siła nie rodzi się w jednej chwili, konieczny jest czas, aby mogła ona zgromadzić się w ilości niezbędnej do przezwyciężenia chandry. Pijąc piwo czekamy na ten błogosławiony moment. I tu następuje patologiczne przesunięcie wywołane działaniem tropiku. A mianowicie - w chwili zbliżania się błogosławionego momentu, w którym moglibyśmy spokojnie i godnie przezwyciężyć chandrę, wytwarza się w nas gwałtownie jakaś nadwyżka siły, nie wiadomo skąd pochodząca, nadwyżka, która nas rozsadza i uderza do mózgu falą krwi, i żeby ten nadmiar siły upuścić, musimy niewinnego przyjaciela wyrżnąć w głowę. Jest to wybuch chandryczny - zjawisko znane wszystkim bywalcom tropiku. Jeżeli jesteśmy świadkami takiej sceny, nie należy interweniować, ponieważ nie ma już powodu, tym jednym ciosem człowiek uwolnił się od nadwyżki i jest teraz normalnym, przytomnym, wyzwolonym z chandry osobnikiem. Opisać inne zachowania w okresie chandry. Zmiany fizjologiczne w stanach przewlekłych: sen szarych komórek, znieczulenie opuszków palców, utrata wrażliwości na kolory i ogólne przytępienie wzroku, okresowa utrata słuchu itd., dużo byłoby mówić.
["C.d. planu nigdy nie napisanej książki, która mogłaby (itd.)", w: Ryszard Kapuściński, "Wojna futbolowa"]

Tak jak Kapuściński - zgodnie z uroczym tytułem felietonu[citation needed] - nigdy nie opisał chyba dokładnie innych chandrycznych zachowań, poza tym krótkim akapitem, tak i mnie nie udał się jeszcze plan sprzed prawie dwóch dekad:

"Dół – cudowne uczucie – kiedyś je dokładnie opiszę (te łaskotanie w klatce piersiowej, odczucie „guli” w przełyku, etc.)." [31.03.0]

Jeżeli faktycznie chandra wygląda tak, jak tu zdawkowo opisał ją Kapuściński, wyjaśnienie obu tych niepodjętych prób może być wspólne: w tym stanie trudno jest zabrać się za zrobienie czegoś, a gdy stan mija i znów ma się energię do roboty - pozostają jedynie skrawki wspomnień i wrażeń z jego trwania (a zwłaszcza jego początkowej fazy). Trudno się przy rozwijającym dole zabrać za spisywanie na bieżąco wrażeń, nawet tych czysto fizycznych jak owa "gula" w przełyku (choć jak już napisałem, fizyczne objawy wyprzedzają o kilkadziesiąt minut apatię i brak chęci), przy chandrze podczas "snu szarych komórek" zapewne też.

Przeciwstawianie się zaś trendowi, rozkładającej apatii i braku chęci, by zapisać to, co się przeżywa, wpłynęłoby na samo doznanie - i tym samym opis nie byłby opisem "dołu", tylko "dołu przezwyciężonego" (a przynajmniej "przezwyciężanego"), co może być czymś podobnym w objawach, ale nie nie identycznym (z powodu tych samych obiekcji mam obiekcję do metody "obserwatora uczestniczącego", popularnej w badaniach społeczno-kulturowych[citation needed]). Pozostają nam więc tylko takie zdawkowo relacje - lub, jeżeli ktoś ma własne doświadczenie, blaknące z czasem wspomnienia[citation needed].

13:04, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 grudnia 2016

Nad schyłkiem XX wieku ciąży widmo rozbestwienia. Wydaje mi się, że w przyszłym stuleciu przyjdzie kryzys nie tylko klasycznego kapitalizmu, ale i demokracji typu permisywnego. Natura ludzka winna być niestety w ryzach trzymana.
["Pod prysznicem", w: Stanisław Lem, "Lube czasy"]

Lem wielkim poetą futurologiem był. Powszechnie wiadomo, że przewidział rzeczywistość wirtualną (fantomatykę), Internet, pendrive'y (triony) czy e-booki (optony), ale jak się okazuje skuteczność jego prognoz nie ograniczała się do nauk technicznych. Jak widać z powyższego cytatu sprzed ponad dwóch dekad ("Lube czasy" to książkowe wydane jego felietonów do "Tygodnika Powszechnego" z lat 1994 - 1995), potrafił też przewidzieć trendy społeczne.

Jak widać wszędzie wkoło (Polska, Anglia, USA, niebawem m.in. Francja i Niemcy), "demokracja typu permisywnego" jest obecnie, od około roku czy dwóch, w odwrocie. Jako - w odróżnieniu od Lema najwyraźniej - jej zwolennik żywię przekonanie, że na starość będę opowiadał wnukom, że "rok 2016 to był ten rok, w którym wszystko się sp...doliło". Spędziłem bowiem w owych permisywnych czasach młodość i nad wyraz miło je sobie wspominam i z chęcią widziałbym jej dalsze trwania. Choćby dlatego, że wtedy większym społecznym przyzwoleniem cieszy się posiadanie przez mężczyzn długich włosów.

O tym, że nadmiar możliwości potrafi człowieka sparaliżować przed podjęciem decyzji, wiedziałem już zanim obejrzałem TED-Talk'a na ten temat. Jako liberał jestem jednak zdania, że w związku z tym każdy człowiek powinien mieć prawo przystąpić do dowolnej wspólnoty, która ograniczy mu pole wyboru. Trend globalny jest jednak taki, by na wszelki wypadek ograniczyć wolność wyboru wszystkim - niczym posadzenie wszystkich na wózkach inwalidzkich, by nikt nie przewrócił się podczas chodzenia.

Przy owych globalnych trendach moje chęci i preferencje są jednak niczym. Choć "demokracja permisywna" nie zdążyła zapuścić korzeni (ani wydać owoców) w naszym kraju (wbrew głośnym okrzykom jej przeciwników), uznaje się ją za winną obecnego stanu rzeczy. A za ten bardziej odpowiada "klasyczny kapitalizm" (a raczej jego wypaczona wersja, którą Rafał A. Ziemiewicz określa mianem "post-kolonialnej"), z kryzysu i upadku którego się nawet ucieszę. Niestety upadek jednego pociągnie za sobą i drugie, moje emocje będą więc ambiwalentne. 

Niemniej nie zgadzam się na to, by ograniczać za bardzo ludzką wolność wyboru. Uważam, że możliwość skierowania swej uwagi i prac w dowolnym kierunku, choć nieraz sprowadzić może na manowce, potrafi doprowadzić do użytecznych lub przynajmniej ciekawych miejsc, do których droga w innych warunkach byłaby niedostępna i jedynym ograniczeniem powinno być liberalne - albo nawet libertarialne - "wolność jednostki kończy się w miejscu, gdzie zaczyna się wolność drugiej jednostki".

Być może to dlatego, że w odróżnieniu od Lema wychowałem się w czasach rozbestwienia (o grach komputerowych z setkami zabitych, litrami krwi i ogromem przemocy lub oglądanych przeze mnie serialach, które teraz wspominam z nostalgią, Lem wypowiadał się wyraźnie negatywnie). Może gdyby wychował się w "starych, porządnych czasach", inaczej bym te rozrywki oceniał, a nie zmarnowawszy na nie młodości wyrósłbym na bardziej wartościowego człowieka. O ile oczywiście przeżyłbym wojnę, z którą porządne czasy z hierarchiczną strukturą społeczeństwa i bezmyślnym posłuszeństwem dla władz wydają mi się dość mocno powiązane.

18:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA