RSS
wtorek, 17 października 2017

Prawdziwe koty nie polują dla zdobycia jedzenia, ale dlatego że was kochają. A ponieważ was kochają, zdają sobie sprawę, że z jakiegoś powodu zapomnieliście umieścić w swoim domu te wszystkie niewielkie osobiste drobiazgi, które czynią go przytulnym. Starają się więc, by je dostarczyć. Bezgłowe ryjówki zawsze są popularne. Jeśli idzie o dodatkowy akcent kolorystyczny, nic nie przebije miniaturowego zestawu wnętrzności.
[Terry Pratchett, "Kot w stanie czystym"]

Wygląda na to, że jestem posiadaczem prawdziwego kota. Moja kotka bowiem, po latach mieszkania w klitce w bloku, gdzie odnosiła spore sukcesy w byciu najbardziej niezgrabnym kotem na świecie (a to nie doskoczyła do szafki i spadła nie ziemię, a to podczas gonitwy nie wyrobiła na zakręcie na korytarzu i głową walnęła w drzwi od łazienki, a to nie utrzymała równowagi na barierce balkonu i spadła - na szczęście tylko z pierwszego piętra), ponad rok temu przeprowadziła się z nami na wieś. I nagle odkryła w sobie instynkt łowcy.

Pierwszych tego objawów nie doświadczyłem osobiście, ale gdy nadeszła tegoroczna jesień i chłodne wieczory, a myszy zaczęły szukać ciepłego schronienie na zimę, zacząłem co wieczór dostawać od niej jedną mysz. Czasem martwą, czasem jeszcze dogorywającą - zawsze jednak w podobnej, głośnej manierze z miauczeniem, bym przypadkiem nie przegapił prezentu. Czym prędzej sprzątałem ów prezent i wyrzucałem go poza teren domu, odciągając od truchła dumnego kota. Dumnego, ale raczej nie głodnego, by gdy raz odgłosy kociego tryumfu rozległy się, gdy już leżałem w łóżku, następnego poranka prezent leżał w zwykłym miejscu na samym środku podłogi w przedpokoju. Jedynie brakło mu uszu i kończyn, reszta leżała nietknięta.

Jeżeli zaś chodzi o dodatkowe akcenty, ehem, kolorystyczne, to pewnego wieczoru gdy mnie nie było Nieuczesana natknęła się na zezwłok myszy z rozprutym brzuchem, skąd wyciągnięty był mysi płód. Dla mnie byłoby to chyba już za dużo, jeszcze w głębi duszy jestem zbyt miastowy.

I tak to wesoło żyjemy sobie z kotem na wsi...

Tagi: Pratchett
23:05, nieuczesany23
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 października 2017

Pan Suttle spojrzał w dół. Wcześniej miał na sobie zwyczajny szary garnitur; a teraz był ubrany w jaskrawoczerwone pończochy, workowate pantalony, jasnozielony kaftan z mnóstwem złotych zdobień oraz pas z mieczem. Dotknął dłonią głowy – zdobiła ją aksamitna czarna czapka z piórkiem.

- Idiotycznie się w tym czuję – powiedział* i usiadł.

* I, prawdę mówiąc, również idiotycznie wyglądał.
[Terry Pratchett, "Odkurzacz czarownicy"]

A tu zaprotestuję - wcale się w takim stroju nie wygląda głupio. A w dobrze skrojonym - a nie wierzę, by czar, który przeniósł całe miasteczko w XVI wiek, ubrał pana Suttle w niedobrany strój, który się wtedy nie zdarzał (bo nie było sieciówek, gdzie maszynowo produkowane ubrania są tylko w kilku rozmiarach, na sporej części ludzi leżących nieidealnie) - wygląda się znacząco godniej, dumniej i wznioślej niż w zwykłym garniturku, który ma teraz krótki okres chwały w modzie. Wiem, to z własnego doświadczenia, bo miałem na sobie i taki strój i umiarkowanie pasujący garnitur.

Jest też powyższy cytat dowodem na to, że "beauty is in the eye of the beholder" ("Actually, in the medial orbitofrontal cortex of the beholder", odparował mi kiedyś na ten bon-mot Nieogolony) - mnie osobiście owe późno-XVI-wieczne stroje zdają się dostojne, zaś ludzie we współczesnych garniturach wyglądają zwykle idiotycznie. Już nie aż tak bardzo jak wtedy, gdy popularność świeciły garnitury robione z tworzyw sztucznych nie przepuszczających powietrza, ale za każdym razem, gdy widzę gest luzowania krawata i odpinania górnego guzika koszuli wykonywany po to, by pokazać, że garniturowcowi jest gorąco, zastanawiam się nad jego idiotyzmem. Oczywiście, sensowniejsze byłoby w takiej sytuacji zdjęcie marynarki, ale tego zabrania pewnie współczesny dress-code - a ponadto jeżeli któryś z elementów stroju nadal niezbyt "oddycha", gest taki ukazuje duże plamy pot pod pachami frajerów wbitych w gajery.

A w wykonanym z materiałów naturalnych stroju dojrzałego renesansu tego problemu nie ma, dlatego i w środku lata da się chodzić w stroju zapiętym na ostatni z wielu guzików i się nie przegrzewać. Przez co idiotycznie dla mego oka (i kory oczodołowoczołowej) wyglądają filmowe postacie z owego okresu Małej Epoki Lodowcowej rozchełstanych wamsach pomykające po ekranie. Ale pan Suttle rozchełstany na szczęście nie był.

Tagi: Pratchett
20:21, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »

Przekonania teoretyczne i praktyczne o wyższości artystycznej wyobraźni od niewolniczego trzymania się natury były podstawą dla opinii o decydującej roli intelektu w sztuce. Zajęcia artystyczne stawały się przy takim ujęciu przede wszystkim pracą umysłową, gdzie element rzemieślniczy, samo ręczne wykonanie, stawało się tylko czymś dodatkowym, wtórnym. Nic też dziwnego, że okres połowy wieku, okres tryumfu wyobraźni w naszej sztuce był też widownią zaciekłej walki ze strony artystów o uznanie malarstwa i rzeźby za sztuki wyzwolone, a nie za rzemiosło.
["Tryumf swobodnej wyobraźni 1740-1770", w: Mariusz Karpowicz, "Sztuka polska XVIII wieku"]

Pisałem już o tym, jak to w starych czasach, gdy byłem artystą, mieliśmy z resztą Stowarzyszenia Nielotów podobne podejście, które w pewnym momencie skłoniło nas do napisania haiku rekrutacyjnego mającego nam zapewnić wyrobników mających realizować nasze pomysły. O ile bowiem (pracując umysłowo) te siedząc w akademickim barze przy piwie i lufce wymyślaliśmy całkiem żwawo, to (wtórne) przekucie w czyn któregokolwiek z nich wymagające więcej niż kwadransa pracy zdarzało nam się nad wyraz rzadko. Zwłaszcza, gdy wymagały pracy grupowej.

Wydawało mi się wtedy, że był to objaw naszego młodocianego lenistwa i marazmu - na co zresztą wtedy mocno narzekałem i co miała piętnować moja nigdy nie ukończona (znamienne) sztuka "Dekadenci" - a tu się okazuje, że nawiązywaliśmy po prostu do tradycji połowy XVIII wieku. Całkowicie nieświadomie, podczepiając się wtedy raczej do XX-wiecznego ruchu konceptualistów, ale kontynuowaliśmy ten nurt w sztuce polskiej. W odróżnieniu jednak od znanych do dziś artystów XVIII-wiecznych, nam nie udało się znaleźć dobrych wyrobników do urzeczywistnienia tych pomysłów (złych zresztą też nie), zostało więc po naszych pomysłach sprzed mendla lat znacznie mniej niż po artystach sprzed ćwierć millenium i żaden przyszły Karpowicz jr. nic z naszej sztuki nie zaprezentuje w kolejnym tomie pt. "Sztuka polska przełomu milleniów". Może szkoda, rzeźba "Kot bez rymu" mogłaby przykuć uwagę potencjalnego czytelnika.

10:26, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 października 2017

Zaczęło się na północnych krańcach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Rodzina magnacka Paców – Krzysztof, kanclerz litewski i Michał, hetman wielki litewski, ufundowali jeszcze w latach sześćdziesiątych dwa kościoły – w Pożajściu pod Kownem dla kamedułów (1664) i na Antokolu w Wilnie dla kanoników regularnych (1668).
[Mariusz Karpowicz, "Sztuka polska XVII wieku"]

Zwrócił mą uwagę ten fragment tekstu, bo gdy przeczytałem pierwsze jego zdanie, pomyślałem sobie - jako mieszkaniec dominującej północnej części kraju - "O, to gdzieś niedaleko!". A dopiero przeczytawszy drugie zdałem sobie sprawę, że Gdańsk był wtedy zachodnią, a nie północną rubieżą państwa polskiego, leżąc pięćset kilometrów na południe od najdalej na północ wysuniętego skrawka Inflant, a czterysta od północnej granicy samej Rzeczypospolitej owego okresu. Zachodnią zaś granicę miał tuż za rogiem, bo 30 kilometrów od niego zaczynała się Brandenburgia, a najdalej wysunięty przyczółek wielkiej I Rzeczypospolitej był nie więcej niż 200 kilometrów dalej na zachód od Gdańska.

(dygresja: chciałem w Internecie sprawdzić jak dokładnie przebiegały granice Polski u szczytu jej chwały. Na pewno uczą gdzieś tego w szkołach, by uczeń mógł pojąć, jak ogromny był to obszar. Na pewno jest to powszechna wiedza, której po prostu do tej pory nie posiadłem (może akurat byłem chory w szkole). Wpisałem więc frazę "Polska XVII wiek granice" w popularną wyszukiwarkę. Może to źle o mnie świadczy, ale na dwóch pierwszych stronach wyświetlonych wyników wyszukiwania nie znalazłem odpowiedzi - po części dlatego, że były zawalone powtórzeniami zdania "W XVII wieku u granic Polski stanęli Turcy". Wygląda na to, że dla Polaków ważniejsze jest, by granic bronić przed "Arabami" niż to, gdzie faktycznie się one w danej epoce historycznej znajdują. Powyższe dane są więc wzięte z map ówczesnej Rzeczypospolitej, których w sieci jest zatrzęsienie.)

Co przypomina mi o tym, że granice, które uznajemy za stałe i trwałe wcale takimi nie są. O ile po Krymie potrzeba jeszcze sobie takie banały przypominać (w Hiszpanii najwyraźniej trzeba; ciekawe, jak długo jeszcze).

23:02, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 września 2017

Nie czując się na siłach, aby przezwyciężyć tę regułę, zdecydowałem się [w tłumaczeniu – przyp.red.] porzucić rymy. Skłoniły mnie do tego rady Autorytetów, jak też słowa wydawcy Miltonowskiego Raju utraconego, który w 1667 pisał: „Rym nie jest koniecznym dodatkiem i szczerą ozdobą poematu lub dobrego wiersza, a głównie w dziełach dłuższych, lecz wymysłem barbarzyńskiego wieku dla pokrycia nędznej treści i kulawej miary” (tłum. Maciej Słomczyński).
[Piotr Oczko, "Uwagi na temat niniejszego wydania", w: Joost van der Vondel, "Lucyfer"]

Jako emerytowany kiepski poeta potwierdzić mogę przytoczone przez tłumacza słowa XVII-wiecznego wydawcy. Moje wiersze - czy też raczej utwory wierszowane - przez długi czas opierały się właśnie na rymach, całkowicie ignorując miary i bogactwem treści nie grzesząc. Głębokością porównań też nie, bo każde zawierać musiało jedno ze nielicznych słów rymujących się z końcówką poprzedniego wersu, które odszukać czasem miałem problem (pamiętam, jak na kiedyś podczas lekcji fizyki graliśmy z Niemałym w grę, w której gracz musiał znaleźć rym do słowa podanego mu przez przeciwnika; przegrałem 0:3; pamiętam też, że jeden punkt Niemały dostał za to, że nie znalazłem rymu do słowa "Quetzalcoatl") i wokół niego się obracało, resztę wersu traktując nierzadko jedynie jako wypełniacz do owego rymu. Fakt, czasem udawało mi się napisać coś, co poza posiadaniem rymu także dobrze brzmiało, ale były to przypadki, o których przysłowie mówi: "trafiło się ślepej kurze ziarno".

Dopiero gdy byłem poetą lat już kilka zacząłem zgłębiać temat wierszy białych. Pozbawienie wierszy rymu - tego na czym je wcześniej opierałem - pozwoliło mi skupić się na innych jego aspektach. Wybrałem - być może ze względu na brak umiejętności, by poprawić w wierszach ich miarę - skupienie się na myśli przewodniej wiersza, czyniąc z nich momentami wręcz podzielone na wersy aforyzmy. Aż zapędziwszy się w tą uliczkę dotarłem do haiku. Ale to już temat na inną notkę.

Choć później jeszcze wróciłem do utworów wierszowanych - nie na długo i w przerwach między kolejnymi haiku - jeszcze przed mą poetycką emeryturą uważałem me nierymowane utwory za lepsze (a przynajmniej, dając odpowiednią rzeczy miarę, mniej gorsze) od rymowanych. Nie mogąc ukryć się za rymami, musiałem włożyć w wiersz albo myśl, którą uznałbym wartą przekazania czytelnikowi, albo pracę nad frazą, by mimo braku rymów u czytelnika pozostało wrażenie, że jest to tylko wiersz. Niewykluczone, że do tej drugiej opcji przekonał mnie przeczytany mniej więcej w tamtym czasie wtedy tomik wierszy (albo raczej utworów wierszopodobnych) o. Benedykta Stefana Zimy (ISBN: 83-85185-07-0), który udowodnił mi niezbicie, że da się też napisać i naprawdę fatalne wiersze białe. Może gdyby o. Zima potrafił rymować brzmiały by te wiersze choć odrobinę lepiej.

13:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 września 2017

Gdybym miał choć chwilę,
Nie starczy ona, lecz czy zwie się czasem
To okamgnienie, w którym się rozchodzą
Wieczyste szczęście z wiecznym potępieniem?
[Joost van der Vondel, "Lucyfer"]

Nie do końca jestem pewien, czy zrozumiałem pytanie tłumaczone z niderlandzkiego. Nie wiem też, czy owe okamgnienie zwie się czasem, ale ja określiłbym je "punktem bifurkacji". Termin ten, popularny w teorii chaosu, oznacza miejsce, w którym niewielkie zmiany powodują ogromne różnice w dalszym działaniu układu. Jeżeli gdzieś cała sytuacja może zmienić się drastycznie w okamgnieniu, to właśnie tam.

Teoria chaosu i ten termin są jednak współczesne (uknuty został przez Henriego Poincarégo niecałe półtora wieku temu) i znane być nie mogły ani XVII-wiecznemu niderlandzkiemu Szekspirowi ani tym bardziej wypowiadającemu te słowa w dramacie Lucyferowi z epoki sprzed jego upadku. Ja sam poznałem ten termin nie z kilku przeczytanych książek o teorii chaosu, ale opowiadania "El Ninio 2035" Konrada T. Lewandowskiego. Ukazany tam przykład zdał mi się tak obrazowy, że do dziś pozostaje w mej głowie i me niebanalne pierwsze skojarzenie z terminem "bifurkacja" brzmi "krab".

15:29, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017

Na przykład wzmocnione konstelacje satelitów telekomunikacyjnych doprowadzą do powstania tanich urządzeń o wymiarach zegarka, dzięki którym będziemy mogli dotrzeć w sposób interaktywny do magazynów ludzkiej wiedzy z każdego miejsca na świecie. Co więcej, urządzenia te pozwolą swoim użytkownikom przekazywać olbrzymie ilości danych – między innymi głos, obraz i muzykę – bądź do innych ludzi, bądź do centralnej bazy danych systemu. Wartość praktyczna istnienia tego typu układów jest oczywiście olbrzymia, ale ich wydźwięk sięga jeszcze dalej. Wprowadzenie tych układów miałoby implikacje historyczne i społeczne. Ludzkość zostanie połączona, a rezultatem tego będzie głęboka jedność kulturowa i radykalne upowszechnienie ludzkiej wiedzy.
[Robert Zubrin, "Narodziny cywilizacji kosmicznej"]

Gdy czytam książki popularno-naukowe próbujące przewidywać przyszłość, nierzadko uderza mnie ich miejscami wręcz naiwny optymizm. Widać to znacznie wyraźniej, gdy czyta się książki wydane na tyle dawno temu, że część z tych optymistycznych prognoz można już bez wahania zdezawuować. Książka Zubrina wyszła w 1999 roku (polskie tłumaczenie w 2003 roku) i już ten warunek spełnia.

Wpierw Zubrin przewiduje, że orbitalne stacja naprawcze, które naprawiać by miały krążące nad naszymi głowami satelity telekomunikacyjne i inne pojazdy kosmiczne, "powstaną w ciągu dekady", czyli do 2009 roku. A potem pojawia się powyższy cytat.

O ile "tanie urządzenia wielkości zegarka" powstały (no, może nie zegarka, ale mieszczące się w kieszeni) i dzięki rozwojowi sieci satelitów potrafią przesyłać niezliczone ilości danych do każdego miejsca na świecie (przynajmniej w teorii; moje osobiste doświadczenie nie popiera tego typu buńczucznej tezy), o tyle to próba wprowadzenia jedności kulturowej (choć autorowi może nie o to chodziło, to dziś "Grę o Tron" ogląda cały świat) spotkała się z reakcją w postaci ruchów akcentujących swą kulturową (lub narodową) odrębność. A dostęp do wiedzy nie sprawia, że ludzie przestają wierzyć medycznym hochsztaplerom - wręcz odwrotnie, powszechny Internet pozwolił zdobyć im nowych wyznawców.

Mnie to nie dziwi, bo to naturalny stan rzeczy, ale wydaje mi się, że amerykańskim "wizjonerom" przydałoby się kilka lekcji historii, by uświadomili sobie, że po renesansie nastąpił barok, a nie od razu oświecenie, jak najwyraźniej sądzą. I nie ma podstaw, by uważać, że ten trend naprzemiennych faz rozwoju cywilizacji się już skończył.

Dopóki tej lekcji nie opanują, wciąż dawać będą estymaty czasowe swych prognoz, które po dekadzie lub dwu będą już tylko bawić, osłabiając wymowę innych wniosków lub bardziej długofalowych prognoz i przewidywań. Nie wykluczam więc, że uda nam się dotrzeć do "cywilizacji typu I w skali Kardaszewa", ale wykluczam przypuszczenie, że będzie to prosta droga ciągłego rozwoju. I nie sądzę, by było to osiągnięcie, które uda nam się zdobyć w tym wieku. Nie dlatego, że nie będzie ku temu technologii, lecz dlatego, że rozwojowi technologii nie dorówna kroku rozwój ludzkiej woli.

12:54, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 września 2017

Zdaje mi się że nie ma na świecie człowieka,
który by nie miał swojej manii,
i łatwo można spostrzec,
kiedy ona w drugich dojrzewa.
H.J. Grimmelshausen Simplicissimus
[Hans Heinz Ewers, "Najwyższa miłość"]

Faktem jest, że łatwo spostrzec, kiedy w drugich ich mania dojrzewa. Pewnie są wyjątki, osoby tak introwertyczne, że nie okazują tego na zewnątrz - ale takie osoby nie zwykły się pokazywać w miejscach, gdzie łatwo można je zobaczyć, a swe manie uprawiają za zamkniętymi drzwiami swych pokoi. U reszty zaś - zwłaszcza podczas rozmowy - widać wyraźnie, gdy dyskusja schodzi na temat, który jest ich pasją

Słuchanie ich wypowiedzi może być wtedy nawet fascynujące, gdy całą swą energię wkładają w to, by jak najdokładniej opowiedzieć o tym, czym żyją. Nawet gdy temat zdaje się mi całkiem obcy, miło mi się patrzy na ich zaangażowanie w przekazywanie wiedzy. Dzięki temu, mam wrażenie, nawet mimo własnej do tematu obojętności lub zniechęcenia udaje mi się czegoś na ten temat dowiedzieć - częściej raczej ciekawostki czy anegdotki niż praktycznej wiedzy, ale zawsze czegoś. Sam doświadczyć miałem tego okazję niedawno, gdy spotkawszy się z kolegą z podwórka w pewnym momencie wieczoru okazałem się słuchaczem prawie trzygodzinnego wykładu o jego nowej pasji. I doświadczę pewnie tego znów niebawem, gdy w ramach nadchodzącej podróży spotkam się z ludźmi, którzy nadal uprawiają hobby, które i mnie dekadę temu zdarzało się uprawiać.

Dłużej zastanawiałem się nad pierwszą częścią powyżej zatytułowanego motta tytułowego opowiadania. Trudno mi orzec, czy wszyscy swą manię mają, ale przez chwilę zastanawiałem się, czy sam przypadkiem nie jestem kontrprzykładem. Od lat zastanawiam się, czym by się tu w życiu bardziej zainteresować, gdy już porzuciłem poprzednie "hobby, które przerodziło się w pasję". W przerwach między zastanawianiem się coś tam czasem pomniejszego zrobię, ale nie czując tej przepełniającej manii, jak to drzewiej bywało. Nawet te blogi - które z zewnątrz wyglądać mogą na objaw manii blogowania - piszę z mniejszą niż kiedyś chęcią, przez co też piszę je wyraźnie rzadziej (samym latem obejrzałem kilkanaście filmów i odcinków seriali, o których nie wspomniałem tu ni słowem; cyklom muzycznych wpisów rosną ogony z każdym miesiącem; etc.).

I pewnie zakończyłbym ten wpis takim wnioskiem, gdyby przypadkiem nie wszedł na fanpage Janiny Daily na popularnym portalu społecznościowym i nie ujrzał motta, będącego cytatem z jednego z anonimowych internetowych komentatorów, brzmiącego "To się nazywa grafomania i to jest choroba". I doszło do mnie, że też swą manię mam i jest to mania pisania, czy zwać ją grafomanią czy hipergrafią. Niezależnie, czy będzie to wpis na bloga, wpis lub komentarz w innych miejscach Internetu, czy jedynie zapisek do prywatnych archiwów - czasem czuję, że muszę coś zapisać, zanim mi umknie myśl lub cały myśli wątek. Też te zapiski stają się z wiekiem nieco rzadsze, ale wciąż zauważam kątem oka zdziwienie na twarzach współpasażerów, gdy w komunikacji zbiorowej wyciągam zeszyt - a ostatnio nawet laptopa - i zaczynam pisać. Wtedy pewnie łatwo im dojrzeć, że moja mania właśnie we mnie dojrzała.

23:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 sierpnia 2017

"Piwo tu wprawdzie kiepskie - mawiał Szwejk - ale możemy iść do innej restauracji, gdzie akurat zmarła żona bufetowemu. Tak nad tym rozpacza, że mu nawet na myśl nie przyjdzie fałszować piwo".
[18 II, PIĄTEK, w: Jerzy Wittlin, "Pójdź ze mną! Dziennik - pamiętnik (Połowa XII 1982 * połowa III 1983)"]

Przypomniał mi się ten cytat, gdy wracałem do domu po paru piwach wypitych z kuzynem. Wieczór przesiedzieliśmy w jednej z modnych i popularnych ostatnimi laty knajpek, w których lista piw jest dłuższa niż menu w McDonaldsie. W czasie rozmowy wspomniałem stare czasy, gdy duży wybór piw w barze polegał na wyborze między Specjalem, Warką, Okocimem i Żywcem; znaczyło to wtedy, że są dostępne wszystkie popularne na rynku piwa. Ewenementem wtedy na skalę wojewódzkiego miasta był jeden mały lokal, w którym serwowali Żywe, więc "można się było w barze napić dobrego piwa". Obecny wysyp "piwnych degustatorni", serwujących oprócz piw koncernowych także piwa rzemieślnicze ("piwa kraftowe"), czy mini-browarów oceniam tym pozytywniej, że sam jestem amatorem piw pszenicznych, które w tradycyjnej ofercie wcześniej nie występowały, a i dziś czasem ich wybór ogranicza się w zwykłych barach do jednego polskiego koncernowego gatunku. 

(Co ciekawe, nie przypomniał mi się ten cytat, gdy parę miesięcy temu weszliśmy z Nieogolonym do baru, w którym parę razy w tamtym okresie byliśmy; wtedy przychodziliśmy tam na imprezy muzyczne i dla towarzystwa Czarnej-Białej, a wybór piw był ograniczał się do dwóch gatunków jednego koncernu; teraz lokal okazał się kolejną "piwną degustatornią" i gdy spytałem o pszeniczne, okazało się, że do wyboru są cztery - chyba, że doliczyć witbiery, to wtedy więcej.)

Pamiętam też, jak w podobnym okresie początków millenium pojechaliśmy z Nieogolonym do Krakowa z zamiarem clubbingu, w czasie którego postanowiliśmy w każdym barze wypić tylko jedno piwo. By jakoś je od siebie odróżnić i mieć w przyszłości punkt odniesienia, postanowiliśmy odwiedzane bary punktować w skali 0-10 w trzech kategoriach: piwo, wystrój i barmanki. Wysokie noty (6,5) w pierwszej kategorii dawała Warka za 3,50zł lub np. Żywiec Porter na składzie, a notę maksymalną poza dwoma barami z irlandzkim piwem zdobyła też bezimienna knajpa przy dworcu z następującym uzasadnieniem: "wybór, tanio – duże od 4 zł". Trafiały się perełki - do dziś miło wspominam cydr pity w barze "Dubliner" na Garncarskiej 5 na trasie między krakowskim Rynkiem Głównym a Parkiem Jordanowskim - ale normą był Żywiec, Tyskie i Okocim. To wiele świadczy o jakości ówczesnych barów. 

A dwie pozostałe kategorie naszego rankingu oznaczają, że już wtedy byliśmy świadomi, że nie tylko dla piwa przychodzi się do baru. Co z tego, że dają gdzieś dobre piwo, jeżeli w środku jest tłok i hałas, a z głośników dobywają się dudnienia muzyki techno, psując całą smaku radość? Mimo gorszego piwa, lepiej wybrać inne miejsce, gdzie inne zalety będą rekompensować bezpowrotnie utracony smak dobrego piwa: wystrój będzie przyjemny dla oka, z głośników poleci niezbyt głośny jazz, a barmanka się uśmiechnie podczas składania zamówienia. To tłumaczy, czemu nadal chodzę do mego ulubionego baru[citation needed], choć nie uświadczę tam Obolona Pszenicznego ni żadnego wyboru wśród piw pszenicznych, a czasem i piwa pszenicznego wcale. "Piwo tam prawdzie kiepskie, ale wystój i atmosfera lokalu to w pełni rekompensują". Tak jak w Krakowie czwartą lokatę zdobyła "Szisza" przy Małym Rynku, która za piwo dostała tylko 3 punkty (uzasadnienie brzmiało następująco: "jak już płacę 8 złotych (sic!) za piwo, to mogłoby być przynajmniej zimne; przynajmniej za te 8zł jest wybór"), wyprzedzając w ogólnym rankingu ów bezimienny bar przy dworcu, w którym miast tańca brzucha można było zaobserwować rytualne walki samców z klasy niższej.

(Same "Przygody dobrego wojaka Szwejka" też czytałem, lata długie temu, nie jest więc tak, że tę książkę znam tylko ze słyszenia. Wtedy jednak ten cytat nie przykuł mej uwagi. Wyróżniony przez Wittlina i przeczytany kilka dobry lat później już tak. Może dlatego, że w międzyczasie dokonała się owa eksplozja piwnych smaków w mym zakątku Polski.)

21:15, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 sierpnia 2017

Heroiniści są najbardziej spokojnymi obywatelami tego kraju, nie licząc kwakrów. (...) Ich zachowanie przypomina ciotkę Matyldę, której lekarz zaaplikował leki uspokajające. Heroina jest bowiem takim mocnym środkiem uspokajającym.
[Robert Anton Wilson, "Seks, narkotyki i okultyzm"]

KLUB PODRÓŻNIKÓW - Slangowe określenie grupy osób, które spotykają się regularnie, na przykład raz w tygodniu, by razem wziąć LSD i dzielić się doświadczeniami. Przypomina to trochę zgromadzenie naćpanych kwakrów.
[Robert Anton Wilson, "Seks, narkotyki i okultyzm"]

Akurat podczas niedawnego spotkania z przyjaciółmi w europejskiej stolicy narkotyków, zorientowałem się, że jestem - albo przynajmniej: spokojnie mógłbym być - kwakrem. Wcześniej zawsze - między innymi na skutek powyższych akapitów - zdawali mi się jakąś sektą podobną do amiszów, o historii sięgającej co najmniej epoki Dzikiego Zachodu, a tu po sprawdzeniu okazało się, że ich podejście do wiary jest bardzo rozsądne. To ostatnie zależy jeszcze pewnie od tego, o jakim odłamie kwakrów mówimy - ale jeżeli istnieje coś takiego jak "kwakrzy niewierzący", nie wydaje mi się, by jako całość byli jakoś szczególnie fanatyczni[citation needed].

I do tej subkultury, która dostała 70 lat temu Pokojową Nagrodę Nobla, Robert Anton Wilson porównuje w powyższych akapitach narkomanów. I choć brzmi to na pierwszy rzut oka wręcz obrazoburczo (a jeszcze bardziej musiało w Ameryce lat 70-tych i 80-tych), to pewnie jest to porównanie całkiem prawdziwe. 

W przypadku LSD, z którym miałem kontakt, mogę to potwierdzić. Oczywiście, zdarzają się "złe tripy" i ludzie, z których wydobywać kwas może agresję (mnie się raz zdarzyło zostać zaatakowanym przez "nakwaszoną" osobę, ale było to nieco ponad dwie dekady temu i był to Niemały, więc trudno z tego przypadku ekstrapolować - a i on stracił dominacją fizyczną zainteresowanie po minucie lub trzech zafascynowany układem chmur na niebie), ale są to przypadki nad wyraz odosobnione.

Podobnie jest z ludźmi pod wpływem marihuany - przypadki agresji u jej palaczy są o ile nie zupełnie, to praktycznie nieistniejące. Chyba, że - to faktycznie przyznać trzeba - zmiesza się ją z alkoholem. Wtedy i owszem, ale przekonany jestem, że to alkohol je wywołuje, a tetrahydrokannabinol jedynie miast to zatrzymywać jeszcze może podsycać. (Niewykluczone, że ww. Niemały też był wtedy pod wpływem alkoholu; była to wszak Noc Świętojańska i cała reszta towarzystwa była. Może więc też alkohol tłumaczy ten incydent.)

Z heroiną i heroinistami kontaktu nie bezpośredniego nie miałem, więc potwierdzić tego nie mogę. Paru w życiu raz widziałem w przejściu pod ulicą przy dworcu nieodległego miasta. Nie zdawali mi się groźni, bo byli zdumiewająco powolni. Co innego, gdyby byli nie "pod wpływem", a "na głodzie". Wtedy, mając już zwykłą szybkość, przeraźliwą determinację i bezwzględnie logiczną świadomość, że uczciwą pracą nie będą w stanie zdobyć odpowiednio szybko pieniędzy na kolejną "działkę" w tym punkcie swojego życia, do którego doprowadził ich nałóg, faktycznie mogliby być groźni i niebezpieczni. Ale pod wpływem heroiny? Nie sądzę, nie po to się ją bierze, by dalej cokolwiek działać.

15:12, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA