RSS
piątek, 26 sierpnia 2016

Obok innowacyjny projekt budy na dziecko. Dwupiętrowy domek ze sklejki, z legowiskiem na górnym poziomie i miejscem do pracy na dole. Autor tej koncepcji najwyraźniej nigdy nie widział dziecka, więc uwierzył, że aktywność sześciolatka można skoncentrować na trzech metrach kwadratowych, podczas gdy dookoła zapanuje niezmącony spokój. Przy tym eksponacie zatrzymaliśmy się z żoną na dłużej. Patrzyliśmy z rozmarzeniem.
[Marcin Wicha, "Jak przestałem kochać design"]

Przypomniał mi się ten wspaniały cytat, bo akurat posiadam sześcioletnie dziecko i jestem w trakcie przeprowadzki do lokalu o mniej więcej dwukrotnie większym metrażu. Dzieci (oba, sześcio- i czteroletnie) dostały pokój wielkości poprzedniego dużego pokoju, ponad pięciokrotnie większy niż obszar założony przez projektanta "budy na dziecko". W pokoju są łóżka, szafy, szafki i małe biurko, ale i tak obszar przeznaczony do zabawy w przeliczeniu na jedno dziecko jest niemal dwukrotnie większy niż owe 3m2. Mimo tego dziecięce zabawki zagracają sporą część podłogi w nowym dużym pokoju. Jedyna różnica jest taka, że w nowym, większym lokum, znacząco łatwiej jest znaleźć trakt wiodący między zabawkami poukładanymi w różne scenki rodzajowe oraz ułożonymi puzzlami. Nie trzeba już stawiać kroków jak bocian, uważając by nie nadepnąć na żadną plastikową zabawkę, która mogłaby złamać się pod stopą, wywołując hałas, fizyczny ból w stopie i egzystencjalny ból u dziecka, dla którego w tym momencie stała się najważniejsza, choć bawił się nią w ciągu dnia tylko pół minuty.

Zaiste, projektant nigdy chyba nie widział sześciolatka z bliska. Zważywszy na polski rynek pracy, umowy śmieciowe i wysokość pensji, jest spora szansa, że nigdy nie będzie miał takiej okazji. Ale jego projekty będą ładnie prezentować się na wystawach.

Podobne uwagi, jak autor do "budy dla dziecka", miałem oglądając wszelkie fantastyczne patenty, jak zwiększyć przestrzeń mieszkalną w małym mieszkaniu. Opierały się one na systemie przesuwnych regało-ścian na szynach. Wyglądało to fantastycznie, ale mając dzieci - nie potrzeba sześciolatka, wystarczy półtoraroczniak - już oczami wyobraźni widziałem, jak cały system trafia szlag, gdy szyny zablokuje zagubiony klocek. Ale na ekranie, w mieszkaniu singla, obserwowało się to z wielką przyjemnością.

13:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2016

- Tyś rzymski katolik? - zapytał ostro sierżant.

- Nie, proszę pana, ani też żaden inny. Jestem generalizatorem w rzeczach religii i nigdy nie naprzykrzam się temu, co mnie się nie naprzykrza.

- Hm, generalizator... Ani chybi to jedna z tych nowych sekt, będących utrapieniem kraju – mruknął Dunham, którego dziadek był kwakrem z New Jersey, ojciec prezbiterianinem, on sam zaś został anglikaninem po zaciągnięciu się do wojska.
[James Fenimore Cooper, "Tropiciel Śladów"]

Zabierając się za lekturę Coopera, klasyki opowieści o Dzikim Zachodzie, nie spodziewałem się humoru. Wiedziałem, że będą opisy majestatycznej przygody, dzielni i prawi bohaterowie, przygody i niebezpieczeństwa oraz happy end na końcu. Po niedawnej lekturze innej jego książki ("Jezioro Śmierci. Młody Orzeł" (brak ISBN), wspomnianej w notce o przydomkach), która dokładnie spełniła te wyobrażenia, wiedziałem też, że pojawią się podstępni i nikczemni Mingowie. Ale humoru się nijak dopatrzyć nie mogłem - aż tu nagle trafił się powyższy cytat.

Sam, jak wspomniałem, mam nieco zagmatwane podejście do wyznawanej religii. Określenie "generalizator", którym określił się sternik "Chwista", jest urocze, ale nie wiem, czy pasuje do mnie. Ja raczej jestem "selekcjonizatorem", wybierając sobie z religii to, co pasuje do mej natury i odrzucając to, co nie (po angielsku określa się to terminem "cherry-picking", ale braknie na to dobrego polskiego odpowiednika). Z drugiej strony, inkorporuję tezy i poglądy z religii nie tylko wyrosłych z judeochrześcijańskiego pnia, jak czynił to sternik (chyba, że podzielał też indiańskie wierzenia), bardziej więc od niego "generalizuję".

W pełni podpiszę (i to obiema rękami) się zaś pod tezą o wzajemnym nie naprzykrzaniu się religijnym (i ogólnie, światopogladowym). Może więc jednak mogę zacząć się określać jako religijny generalizator?

Tagi: Indianie
17:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 sierpnia 2016

W przeddzień ataku Santee Dakotów na Fort Ridgely, dowódca fortu, porucznik Gere, zdążył jeszcze wysłać posłańca z prośbą o pomoc do Fortu Snelling. Ów posłaniec, szeregowiec William Sturgis, dosiadł najlepszego w forcie wierzchowca i, gnając bez wytchnienia dzień i noc, w osiemnaście godzin przebył sto dwadzieścia pięć mil dzielące Fort Ridgely od Fortu Snelling. Po drodze ostrzegał przed niebezpieczeństwem pojedyncze farmy i osiedla.
[Krystyna i Alfred Szklarscy, "Złoto gór czarnych. Ostatnia walka Dakotów"]

Wspominałem już na blogu o dalekobieżnych konnych osiągnięciach, ale w obu przypadkach - starego Sojota Cerena, który przebył 2400 kilometrów azjatyckich bezdroży w 9 dni, jak i młodych, rączych kurierów amerykańskich, który przebywali 1900 mil w 8 dni - była to odległość przemierzana na rozstawnych koniach. Tutaj zaś mamy przykład jeźdźca na jednym koniu, który nie miał kiedy odsapnąć. Bo to jednak koń męczy się bardziej podczas jazdy niż jeździec, cokolwiek by zadek owego na ten temat nie sądził.

Sto dwadzieścia pięć mil to mniej więcej dwieście kilometrów. Jest to odległość mniejsza niż Cerenowe 265 kilometrów przebytych w ciągu dnia (choć 200 km w ciągu 18 godzin to prędkość praktycznie identyczna z 265 km w ciągu 1 dnia) i kurierskie 250 mil przebywanych w ciągu dnia. Ale wyznacza maksymalną znaną mi prędkość przesyłu informacji przez gońca na pojedynczym koniu. Co więcej, goniec ten - w odróżnieniu od starego Cerena i amerykańskich kurierów pocztowych - nie jechał prosto jak strzała, zatrzymując się jedynie podczas zmiany konia. Nie, po drodze zdążył jeszcze ostrzegać farmy i osiedla, co sprawiało, że nadkładał drogi i zwalniał, by przekazać informacje mijanym imigrantom.

Komentując poprzedni wpis o amerykańskich osiągnięciach w rajdach konnych napisałem, że takie prędkości wymagają organizacji, która zaopatrywać będzie jeźdźca w konie na trasie. I nadal uważam, że utrzymanie tej prędkości przelotowej na trasie dłuższej wymaga takiej organizacji - ale widzę, że prędkość taką na trasie o długości do 200 kilometrów da się osiągnąć bez żadnej organizacji jej patronującej (choć nie wykluczam, że po przebyciu owych stu dwudziestu pięciu mil w ciągu dnia koń padł i jeździec potrzebował owej organizacji (tu akurat była to armia), by móc wrócić do swoich w podobnym czasie, a nie przez idąc pieszo przez tydzień).

Tagi: Indianie
19:02, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lipca 2016

Duchowni i inni ludzie wygłaszający oficjalne mowy na pogrzebach mają szczęście: oni mają do dyspozycji utarte zwroty, którymi mogą się posługiwać. Te, którymi opisuje się zmarłą osobę, są rodzajem szyfru. Nie wolno źle mówić o zmarłym, ale każdy wie na przykład, że „był zawsze duszą towarzystwa” to eufemizm sugerujący pijaństwo; „nie cierpiał głupoty” jest uprzejmym sposobem nazwania zmarłego złośliwym, opryskliwym starym draniem; „była niezwykle uczuciowa” może oznaczać, że dawała na lewo i prawo; a „zdeklarowany kawaler”, że był gejem.
[Kate Fox, "Przejrzeć Anglików. Ukryte zasady angielskiego zachowania"]

Dopiero gdy przeczytałem ten akapit zrozumiałem oburzenie Watsona, granego przez Martina Freemana, ze współczesnego brytyjskiego serialu "Sherlock", który w odcinku 02x03 w prasie ujrzał, że dostał przydomek "bachelor", czyli "kawaler". "What the hell are they implying?", spytał wtedy rozdrażniony Sherlocka. Otóż, właśnie to, drogi Watsonie - prasa sugeruje, że jak całe dnie spędzasz w towarzystwie uroczego ("smart is the new sexy") kolegi, to na pewno jesteś gejem, który jeszcze nie wyszedł z szafy. Byłbyś przeczytał książkę Kate Fox, to byś wiedział.

Nie wyszedł z szafy, ani nawet nie wstał z kanapy.

Gdy już przeczytasz, to będzie elementarne, mój drogi Watsonie.

15:53, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lipca 2016

Obecnie jest on [styl polegający na posiadaniu długich włosów przez mężczyzn] uznawany za nową modę i minie jeszcze sporo czasu, zanim – jeśli przetrwa – odzyska powszechny szacunek, jakim cieszył się dawniej. Dla starszych mężczyzn nosi on na sobie niczym nie uzasadnione piętno "zniewieściałości". Mężczyźni ci nie chcą jeszcze przyjąć do wiadomości, że ich krótkie fryzury powstały kiedyś głównie jako sposób na wszy, a naleganie na to, żeby wszyscy mężczyźni tak się strzygli, w epoce, gdy problem zawszenia już nie istnieje, jest całkowicie irracjonalne.
[Desmond Morris, "Zachowania intymne"]

45 lat minęło od napisania tych słów i trzeba przyznać, że długie włosy wciąż jeszcze nie odzyskały należnego im szacunku i uznania. Jakkolwiek, to też przyznać trzeba, są dużo bardziej tolerowane niż były pół wieku temu - nawet jeden z liderów polskiej sceny politycznej nosi długie włosy i żaden z jego krótkowłosych przeciwników mu tego w ciągu niemal roku jego kariery jeszcze nie wytknął.

Trudno orzec, jak wygląda to w Anglii, gdzie słowa te dr Desmond Morris napisał. Wiele różnych opinii o stylu ubierania się i czesania Brytyjczyków czytałem (ostatnio najbardziej prawdziwe wydają mi się słowa Kate Fox (ISBN: 978-83-7495-127-2), że wygląd Anglików opiera się zwykle na ich konserwatyzmie, z wyjątkiem "mód subkulturowych", gdzie jednak też obowiązuje jeden wzorzec i się od niego raczej nie odstępuje), ale oglądałem wiele brytyjskich filmów oraz seriali i nie przypominam sobie zbytnio żadnego długowłosego mężczyzny w nich.

W amerykańskiej kinematografii długie włosy oznaczają zazwyczaj - jeśli film nie dzieje się w epoce dzieci-kwiatów - że noszący je mężczyzna jest niemal zawsze nastolatkiem (vide: serial "Szczała", gdzie Oliver Queen ma dłuższe włosy jedynie w reminiscencjach sprzed 5 lat) lub informatykiem (pod koniec lat 90-tych były one popularniejsze, ale to było bardzo przejściowe zjawisko). Co prawda, w Ameryce, jak słyszałem, panuje kult młodości, a informatycy, jako dobrze opłacani specjaliści, mają tam wysoką pozycję, ale nadal nie sądzę, by była to oznacza szacunku dla samej fryzury.

Nie wróżę tej fryzurze większego szacunku też w przyszłości. Mężczyzna jest zwierzęciem dość konserwatywnym i uznaje za godne szacunku to, jak wyglądali ojcowie. A skoro w naszych czasach rodzinne samce alfa, czyli ojcowie i dziadowie nosili krótkie włosy, to młody samiec najprawdopodobniej dorastając powtórzy ich fryzurę, by okazać gotowość wejścia do ich grona.

Co więcej, sądzę, że istnieje korelacja między preferowaną długością włosów a ogólnym poczuciem bezpieczeństwa społeczeństwa. Na wojnie i w walce długie włosy są przeszkodą. Gdy więc poczucie bezpieczeństwa spada, młodzi mężczyźni golą swe włosy lub obcinają je "na jeża". W czasach niepokoju coraz bardziej popularne i widoczne stają się subkultury krótkowłose - jak skinheadzi, kibole, czy dzisiejsza "młodzież patriotyczna". Jedynie gdy panuje dobrobyt i poczucie bezpieczeństwa można "opuścić gardę" i zacząć hodować grzywę - stąd może ów długowłosy trend w amerykańskiej kinematografii końca lat 90-tych, gdy poczucie bezpieczeństwa było znacząco wyższe niż w poprzednich i kolejnych dekadach.

Z drugiej strony jednak - style mody trwają niecałe dwa wieki, może 45 lat to za mało, by taka fryzura się upowszechniła i "spatyniała" i trzeba jeszcze będzie na to poczekać drugie lub trzecie tyle. Czas pokaże.

16:47, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lipca 2016

No i dobrze, ponieważ nasza kultura uważa dzieci za coś w rodzaju irytującej zawady, a nastolatki za prawdziwe utrapienie. Nastolatki postrzegane są zarówno jako wrażliwe, jak i niebezpieczne, jako obiekt troski, ale także potencjalne zagrożenie; istoty potrzebujące ochrony, ale też dyscypliny - po prostu stworzenia generalnie nieznośne. Nie jest więc chyba zaskoczeniem, że tylko wyznawcy religii będących w mniejszości w znaczący sposób celebrują wejście w dojrzałość. Nadejście tego niezręcznego, kłopotliwego, „upośledzonego hormonalnie” etapu życia nie jest powszechnie uważane za powód do świętowania. Anglicy wolą chować głowę w piasek i udawać, że nic się nie dzieje. Kościół anglikański wprawdzie przewiduje ceremonię bierzmowania w odpowiednim wieku (tradycyjnie między jedenastym a czternastym rokiem życia), ale jest ona jeszcze mniej popularna niż chrzest, a ponieważ nie ma odpowiednika świeckiego, ogromna większość angielskich dzieci pozbawiona jest oficjalnego rytuału wejścia w dojrzałość.
[Kate Fox, "Przejrzeć Anglików. Ukryte zasady angielskiego zachowania"]

Przypomniał mi ten cytat niedawne medialne zamieszanie związane z próbą stworzenia świeckiego odpowiednika Pierwszej Komunii Św. Zwało się to "Postrzyżyny-Zapleciny" i miało miejsce w Świetlicy (czyli świeckiej kaplicy) Krytyki Politycznej, poddane zaś miały być temu rytuałowi dzieci w wieku komunijnym właśnie (by miały swe rytuały wtedy, gdy ich katoliccy koledzy z klasy).

Abstrahując od samej idei organizowania ceremonii jednej religii w ramach kontrastu dla popularnej ceremonii innej religii przez antyreligijne z założenia środowisko, zwrócono w dyskusjach mą uwagę na młody wiek dzieci. O ile Postrzyżyny faktycznie mogły dotyczyć już 9-latków (choć wiedzę tę czerpię z komiksu o "Domanie"), o tyle zapleciny oznaczały przejście z grona dziewcząt do grona kobiet - a przez to wejście do grona kobiet zdatnych do ożenku. Organizowanie więc ich dla 9-letnich dziewczynek jest, ehem, nieco nie na miejscu (jakkolwiek badania wskazują, że zdarzają się dziewczynki gotowe w tym wieku już do macierzyństwa).

Ale gdyby uczynić tę ceremonię właśnie rodzimowiernym lub a(nty)katolickim odpowiednikiem bierzmowania? Owe 14-15 lat oznacza już wyraźnie wejście w okres dojrzewania, a przez to płodność człowieka. Choć można nadal czepiać się, że gotowości do ożenku w naszym prawie w tym wieku jeszcze nie ma, to rytuał Zaplecin do tego wieku pasuje znacząco bardziej.

A co z męskim odpowiednikiem, Postrzyżynami? Choć pierwotnie, zdaniem Wiki, dotyczył 7-10-latków, to oznaczał jednak przejście ze świata dzieci do świata mężczyzn. W dzisiejszych czasach, gdy wydłużyliśmy sobie dzieciństwo i młodość jeszcze bardziej (i bardzo dobrze, jest to rozwinięcie trendu sięgającego małp: gatunek ludzki rodzi młode o wiele dłużej będące pod opieką matki niż spokrewnione z nim małpy, co jest skorelowane z rozwojem inteligencji u człowieka), wiek 14-15, a może nawet 16 lat jest odpowiednikiem słowiańskich 7-10 lat, powyżej których chłopiec stawał się mężczyzną i nabierał w związku z tym męskich obowiązków.

O ile bowiem wtedy 10-latek mógł być traktowany jako dorosły, o tyle teraz nawet 12-latka każdy traktuje jak szczyla. Z 14-latkami bywa już różnie, zwłaszcza gdy trafią się wyrośnięci, a 16-latek wygląda już znacznie poważniej od dwu poprzednich. Formalnie też nabywa w tym wieku wielu praw i jest to dobre miejsce na uświęcający to rytuał.

Nadal nie jest to rytuał świecki i nijak nie pasuje do tradycji Anglików, ale może być to ciekawym rozwiązaniem dla a(nty)kościelnych Polaków. Niestety, pozostawia lukę na miejscu świeckiego odpowiednika dla Pierwszej Komunii Św. Za socjalizmu w tym wieku wstępowało się do harcerzy, może to jest jakieś rozwiązanie?

12:32, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 czerwca 2016

(click to enlarge)

[Krystyna i Alfred Szklarscy, "Złoto gór czarnych. Orle pióra"]

Ledwie co wspomniałem o rozróżnianiu tipi od wigwamu, a tu w kolejnej książce trafiłem na całą dokładną mapę podziału typów indiańskich M1 na terenie Ameryki Północnej. Co pozwoliło mi tę wiedzę sobie już dobrze przyswoić.

Skądinąd, cykl pp. Szklarskich co najmniej w połowie składa się z takich merytorycznych informacji (umieszczanych zwłaszcza w przypisach, zawierających wszystko, od podstaw języka migowego Indian po zwyczaje godowe ptactwa, na które Indianie polują) i jako taką polecam ją wszystkim chcącym poszerzyć swą wiedzę o Indianach i preferującym powieść z fabułą (nie przesadnie oryginalną, ale za to popartą źródłami historycznymi, więc wielce prawdopodobną) nad solidną pozycję naukową.

Tagi: Indianie
16:59, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 czerwca 2016

W 1978 roku Lego wprowadziło nowy typ figurek. (...) W zabawie zaczęła się epoka specjalizacji. Żółte twarze uśmiechały się spod czapki policjanta lub hełmu strażaka. Do wyboru był jeszcze kask kosmonauty lub rycerski szyszak z plastikowym pióropuszem sterczącym na czubku.
[Marcin Wicha, "Jak przestałem kochać design"]

Jak każdy człowiek, robiłem w życiu rzeczy, z których nie jestem dumny. Jak każdy, dokonałem nawet kilku występków, których się szczerze wstydzę. I jeżeli moje wierzenia religijne okażą się błędne i przyjdzie mi stanąć przed jakimś Sądem Ostatecznym, będą mi się w głowie przypominały dwie-trzy* sytuacje, w których wiem, że zachowałem się zdecydowanie źle i których rozliczenia na owym sądzie oczekiwałbym z trwogą.

Jedna z tych sytuacji miała miejsce jesienią 1987 roku. Pod sam koniec października (29-ego, jak da się wydedukować z poniższych faktów) wybrałem się na imprezę do mojego kolegi z klasy i ławki szkolnej Julka F. Julek chwalił się zestawem Lego z rycerzami, którymi bawiliśmy się większość wieczoru (poza tym obejrzeliśmy odcinek "He-Mana", który to serial Julek wraz z bratem nagrywał na kasety magnetofonowe, by go sobie potem móc ponownie odsłuchać i nauczyć się dialogów; chyba graliśmy też chwilę na jego Atari 65XE, ale jako że w domu miałem już od dawna ZX Spectrum, nie zrobiło to na mnie wrażenia, więc to mogło być innego wieczora porą jesienno-zimową).

Strasznie spodobały mi się te "wyspecjalizowane" klocki, których liczba znacznie przekraczała tę w moim zestawi kosmicznych Lego. A najbardziej spodobał mi się właśnie wspomniany "rycerski szyszak z plastikowym pióropuszem sterczącym na czubku". Tak bardzo, że pod koniec imprezy bezczelnie ukradłem Julkowi ten klocek.

Wsunąłem go do kieszeni (trudne nie było, to mały klocek) i wyszedłem z imprezy. W domu bawiłem się tym klockiem resztę wieczoru, zastanawiając się, czy go Julkowi zwrócić udając, że przypadkiem trafił do mej kieszeni czy też zachować go sobie, ryzykując, że któryś z kolegów z klasy go u mnie zobaczy i wieść o tym dotrze do Julka.

Kolejnego dnia w szkole nic o klocku Julkowi nie wspomniałem, choć on wspominał, że szukał go z tatą i nie znaleźli. Potem nadszedł weekend, podczas którego było święto Wszystkich Świętych i wraz z rodziną ruszyłem na cmentarną odyseję. Wziąłem ze sobą ów szyszak Lego. Co parę chwil bawiłem się nim, wkładając go na mały palec i palcem tym ruszając. Aż pod koniec wycieczki, gdy niebo było już czarne, a oblężoną ulicę w stronę cmentarza oświetlały latarnie, klocek ten zgubiłem. 

Cofnąłem się po chwili, ale w marnym oświetleniu i wędrującym tłumie nie udało mi się go znaleźć. Rozglądałem się potem wracając z cmentarza przez cały kawałek drogi między chwilą, gdy miałem go ostatni raz na palcu a chwilą, gdy zorientowałem się, że klocek zgubiłem, ale nie udało mi się go odnaleźć. Klocek przepadł bezpowrotnie, tym samym rozwiązując mój dylemat, czy zwrócić go Julkowi czy nie.

A jednak rozwiązanie to nie było poprawne, o czym świadczy fakt, że prawie trzy dekady później nadal tę sytuację rozpamiętuję. I nadal czuję się z tego powodu winny.

* - trzecia sytuacja przypomina mi się znacznie rzadziej, bo choć tyczyła obrzucania z kolegami kamykami i grudami piachu domku zamieszkanego przez nieznaną nam bliżej parę staruszków, to owa sytuacja miała miejsce akurat w tym okresie życia, gdy chodziłem do spowiedzi. Wyspowiadałem się z niej, dostałem naukę, pokutę i rozgrzeszenie i odbębniłem rytualne trzy zdrowaśki. W podręczniku "Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej" (brak ISBN) w rozdziale o spowiedzi stał jednak punkt o "zadośćuczynieniu" jako koniecznym elemencie rozgrzeszenia, a tego w żaden sposób nie uczyniłem. Niewykluczone, że zostało mi nawet jakieś zadane przez spowiednika, bo choć tego wyraźnie nie pamiętam, to jednak pamiętam związany z sytuacją brak ostatecznego jej zamknięcia, a samo zadanie zadośćuczynienia mogłem, jako rzecz niechcianą, wyprzeć ze swej pamięci. W każdym razie sytuacja nie jest tak jednoznaczna i może do czasu Sądu Ostatecznego całkowicie o niej zapomnę, a jeżeli tam ona wypłynie, to będę się odwoływał i dyskutował, by uznać ją za załatwioną tymi trzema zdrowaśkami.

13:40, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 czerwca 2016

W PRL setki razy kopiowano te klocki [Lego - przyp.red.]. Do sklepów trafiały brudnoszare produkty socjalistycznego przemysłu, ale krajowe klocki zawsze siedziały zbyt luźno albo zbyt ściśle. Sczepiały się na wieki lub natychmiast rozsypywały się na kawałki.
[Marcin Wicha, "Jak przestałem kochać design"]

Pamiętam, miałem takie klocki. Różniły się przede wszystkim tym, że nie miały napisu "LEGO" na wypustkach, kolorem już mniej (jakkolwiek zetknąłem się z nimi kilka lat później później niż autor). A z ich niecałkowitej kompatybilności czerpałem nawet niemały pożytek.

Gdy byłem gdzieś w pierwszej połowie podstawówki podstawówki wraz z kolegami urządziliśmy sobie konkurs na najmocniejszy samochód zbudowany z klocków Lego. Konstrukcje miały być testowane w bezpośrednim zderzeniu po rozpędzeniu do (subiektywnie) dużych prędkości na podłodze. Mój pojazd od początku nie odstawał od reszty (niestety łatwo w zderzeniach tracił koła  - pierwotnie przeznaczonych do łazika księżycowego - co eliminowało go z kolejnych rund), ale majstersztykiem okazało się spięcie konstrukcji przodu pełniącej funkcję tarana klockiem socrealistycznym. Włożenie go na miejsce po ewentualnym odpadnięciu potrafiło trwać kilka dobrych minut, ale to się praktycznie nie zdarzało - taki wypadek zdarzył się jedynie raz i nie wyeliminował pojazdu z kolejnej rundy, w której dobił zniszczonego przeciwnika, choć samemu też ulegając poważnym uszkodzeniom.

Konstrukcja była tak dobra, że po kilkunastu próbach zbudowania godnego przeciwnika koledzy, włącznie z pomysłodawcą konkursu, przestali pałać chęcią do dalszej gry. To był moment mego prawdziwego dziecięcego tryumfu. 

A samochód stał jeszcze w niezmienionej postaci na półce przez kilka miesięcy, aż zdemontowałem go i z resztą klocków schowałem do pudełka. Nie był potrzebny, do idei konkursu nikt już później nie wracał.

Pojazdy z LEGO - zima 90/91

Niestety, nie mam zdjęcia owego pojazdu. Jako ilustracja posłuży więc zdjęcie z archiwum podpisane "Pojazdy z LEGO - zima 90/91".

10:13, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 czerwca 2016

Nietrudno zauważyć różnego rodzaju udoskonalenia rozmaitych symboli fallicznych, które dokonują się niemal na naszych oczach. Dobrą ilustracją są tu modele samochodów sportowych. Zawsze emanuje z nich brawurowa, agresywna męskość, w dużej mierze za sprawą ich właściwości fallicznych. Przypominają one członek pawiana, bo mają sterczące przody, są długie, błyszczące, często jaskrawoczerwone, i z wielką energią prą przed siebie. (...) Nawet zwyczajne samochody mają cechy falliczne i w pewnym stopniu tłumaczy to, dlaczego mężczyźni za kierownicą stają się agresywni i za wszelką cenę usiłują się wzajemnie wyprzedzić, nie bacząc na spore ryzyko i na to, że i tak wszyscy spotkają się pod kolejnymi światłami, a w najlepszym razie uda im się zaoszczędzić kilka sekund.
[Desmond Morris, "Ludzkie zoo"]

Cóż, mój samochód to minivan w kolorze beżowo-kremowym (temu też Nieuczesana zwie go "Budyniem"), więc raczej niż sterczącego fallusa pawiana przypomina swym wyglądem ludzki worek mosznowy. Może to tłumaczyć, czemu nie jeżdżę agresywnie i nie wyprzedzam za wszelką cenę (choć bardziej racjonalne byłoby uznać, że to z powodu słabego silnika dla tak dużej masy pojazdu), a mimo to nadal jeżdżę dość fallicznie - zwłaszcza podczas cofania.

17:05, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA