RSS
wtorek, 27 września 2016

Co robią Francuz, Anglik i Niemiec po godzinach pracy? Francuz je obiad i idzie z dziewczyną do hotelu. Anglik je obiad i idzie do klubu. Natomiast Niemiec zażywa pigułki i wraca do pracy.
[Jerzy Wittlin, "Pójdź ze mną! Dziennik - pamiętnik (Połowa XII 1981 * połowa III 1982)"]

Być może było tak trzydzieści z okładem lat temu, gdy Wittlin pisał te słowa, ale na pewno nie opisują one stanu aktualnego.

Nie wykluczam, że Anglik po godzinach pracy i obiedzie idzie do klubu, zwanego zazwyczaj pubem. Kate Fox w swej książce o tej nacji (ISBN: 978-83-7495-127-2) niemało tekstu poświęciła pubom, jakkolwiek poza nimi jej zdaniem Anglik spędza czas na majsterkowaniu lub ewentualnie pieleniu ogródka (przed domem; ogródka za domem się nie pielęgnuje, w nim się przebywa).

Nie wiem, co robią po pracy obecni Francuzi. Mógłbym spytać Niemałego lub zażartować, że choć nie wiem teraz, wiem co będą po pracy robić Francuzi za kolejne trzydzieści lat - chodzić do meczetu.

Wiem natomiast, że Niemiec po pracy już do niej nie wraca. Akurat mam niepowtarzalną okazję (a przynajmniej chciałbym, by była jak najmniej powtarzalna) pracować w Niemczech, między innymi wśród Niemców. Zanim zacząłem pracę na terenie Niemiec słyszałem od pracujących tu Polaków, że dla Niemca w pracy najważniejsze są trzy słowa "Pauza, Fajrant i Weekend". Uznałem to za przesadę, zwłaszcza że w kolejnych zdaniach owi polscy gastarbeiterzy chwalili się, że kraj ten działa tylko dzięki takim jak oni dzielnym pracownikom. Aż wreszcie zacząłem pracę i przyznać muszę im rację.

Niemcy kończą pracę o 15:30 lub 16:00 (a w piątki o 12:30, bo w końcu to piątek) i natychmiast przestają się nią przejmować. Nie sposób się do niemieckiego pracownika dodzwonić po tej godzinie, nawet gdy jest przełożonym pracowników pracujących później. Fajrant i weekend to rzecz święta i już. Nie twierdzę, że to źle - wręcz odwrotnie - jedyne co, to mogę nieco pozazdrościć tego, że tak robić mogą. Najwyraźniej swoje już odpracowali. Po pracy, z tego co mam okazję obserwować, Niemiec podmiejski zabiera się za pielęgnację ogródka: kosiarka w rękę (lub pod tyłek, wszak są i kosiarki, którymi da się jeździć) i zaczyna się masowe koszenie trawników. Kosi się wszystko: trawniki własne za płotem, trawniki wspólne przy drodze, a nawet bruk, spomiędzy którego kostek wyzierają pojedyncze źdźbła trawy. Podejrzewam, że trawę dłuższą o kilka milimetrów od przepisowej normy toleruje się tu tylko u tych, którzy są na wakacjach (ale pod warunkiem, że skoszą ją natychmiast po powrocie) lub u świeżo zmarłych (trawnikiem zmarłych dawniej powinna się zapewne zajmować rodzina denata). Nie wiem jeszcze, co robią wtedy Niemcy miejscy - badania terenowe wciąż trwają.

A pracownicy, którzy po urzędowej 16.00 nadal w Niemczech pracują, to tak jak ja gastarbeiterzy, głównie z Polski. Im niemiecki przepisowy czas pracy, ani anglosaskie "work-life balance" niestraszne. Praca dwanaście godzin na dobę, sześć (w porywach do siedmiu) dni w tygodniu - czyli to co Wittlin przypisuje Niemcom - stało się domeną pracujących za granicą Polaków. Obawiam się jednak, że wbrew chęciom i marzeniom niemieckiego dobrobytu z tego w Polsce nie będzie.

21:03, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2016

Wierzaj, że tak się to przedstawia, jak tu piszę: pewne chwile są nam odbierane jawnie, inne odejmowane po kryjomu, a jeszcze inne wymykają nam się same. Najgorsza jest wszelako strata wynikająca z naszego niedbalstwa. I jeżeli zechcesz głębiej się zastanowić, pojmiesz, iż największa część życia schodzi nam na postępkach złych, duża część na bezczynności, a całe życie na czynieniu czegoś innego [niżby należało].
[Seneka, "Listy moralne do Lucyliusza", List I 1]

Seneka wielkim filozofem był. Już w pierwszym liście długiej z Lucyliuszem korespondencji daje tak wnikliwą ocenę stanu rzeczy - wnikliwą i skłaniającą do myślenia. I to stanu rzeczy doskonale znanego każdemu kto choć raz w życiu zaskoczony powiedział "O rany, to już czwartek?". 

Na skutek tych słów zacząłem się zastanawiać nad swym życiem i spędzaniem czasu. Na pewno większość życia schodzi mi na czynieniu czegoś innego niżby należało. W dzisiejszym świecie ten syndrom zwie się "prokrastynacją" i wzorem przeczytanej w Internercie rady postanowiłem go - w miarę możliwości - zaprząc do konstruktywnej pracy. Przy typowo prokrastynatorskim podejściu do konstruktywności, skutkiem tego były długie notki na blogu, podczas gdy raporty do pracy leżały nieskończone

Mam wrażenie, że duża część życia schodzi mi na bezczynności, zwanej też współcześnie cyber-slackingiem. Że czas, który mógłbym "na coś poświęcić", przepływa mi przez palce. Ponieważ część tego cyber-slackingu podszyta jest erotyzmem już od prawie dwóch dekad (czyli odkąd mam dostęp do Internetu), wyobrażam sobie w myślach, że naprawdę produktywny się stanę, jak dojdę w życiu do etapu starczej impotencji. (Nieco wbrew tym wyobrażeniu staje mój życiowy plan, który uknułem po przeczytaniu dwie dekady temu książki "Opium" Cocteau, by gdy już osiągnę ten stan, zabrać się za palenie tak barwnie opisanego w owej książce opium - bo wtedy będąca skutkiem ubocznym nałogu impotencja nie będzie mi już straszna.)

Z drugiej strony podczas niedawnej rozmowy Niemały wyraził się pozytywnie o tym, ile rzeczy udaje mi się robić: ile książek przeczytać i filmów obejrzeć. Może faktycznie tak jest, a może to subiektywny punkt widzenia rodzica z jednym dzieckiem więcej.

(A sztuczka z czytaniem książek jest prosta: należy przestać czytać gazety (przez co w dzisiejszych czasach rozumiem także portale informacyjne). Prezentowane tam wiadomości są niezaprzeczalnie w danym momencie interesujące i mają wciągające tytuły, ale nad wyraz mało z przeczytanych tam artykułów będzie wciąż wydawało się ciekawe za pół roku. A książka i owszem.

Nieuczesana lubi powtarzać słowa jednego ze swych wykładowców o tym, że gazety powstały w XVIII wieku, by przekazywać informacje ludziom zbyt prostym, by byli w stanie przeczytać książkę. Ciekawie jest obserwować, jak prasa wraca do korzeni.)

Dzięki blogom najwyraźniej nabawiłem się nawyku produktywności. Dlatego przestałem umieć grać w gry komputerowe. Gdy oglądam film, racjonalizuję sobie tak zmarnowany czas tym, że przetworzę to doświadczenie na wpis na blogu. O grze tak nie napiszę, a nawet jeśli, to przejście jednej gry zajmuje kilka tygodni wieczorów zajętych przez grę. A to mniej więcej z tuzin wpisów o filmach i odcinkach seriali, na które poświęcę owe wieczory - wybór jest więc dla mnie prosty.

A jednak, choć "lokalnie" staram się wciąż coś działać, "globalnie" przez to utykam w bezproduktywności. Na przykład jedyny skutek ostatnich miesięcy, podczas których miałem w pracy niekończące się wakacje, to kopa (a nawet dwie) wpisów na bloga, a nie np. powieść, której napisane rozważam od wielu lat. To pewnie jest powiązane z moją niemożności kończenia większych projektów, ale wynikiem tego jedynym wynikiem mych działań są owe Apollinaire'owskie "świstki papieru".

O ile na pewno spora część życia schodzi mi na czynieniu nie tego, co trzeba, a poczucie bezczynności, poparte niespełnionymi gryplanami, mnie nie opuszcza, o tyle uczynków złych staram się wystrzegać. Przynajmniej o tyle, ile jest to możliwe w ramach obowiązującego prawa.

Tagi: Rzym
11:28, nieuczesany23
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 września 2016

Jeżeli jednak ktoś twierdzi, że nieustannie pracuje, powinien zadać sobie zasadnicze pytanie, czy pracując mniej, mógłby mimo to przetrwać? Wielu z nas musiałoby sobie odpowiedzieć „tak”.
[Desmond Morris, "Ludzkie zoo"]

Chciałbym. Naprawdę bym chciał móc tak odpowiedzieć.

Jednak w odróżnieniu od autora nie żyję w pierwszym świecie, lecz w drugim i nawet zarobki znacznie przekraczające średnią krajową nie pozwalają mi zmniejszyć mego obłożenia pracą. Bo w odróżnieniu od Anglii lat 60/70-tych XX wieku, w Polsce lat 10-tych XXI wieku pojedyncza średnia krajowa pensja pozwala na utrzymanie rodziny 2+2 bez sporych wyrzeczeń, swoich (co da się jeszcze znieść) i dzieci (czego wolałbym uniknąć). Zwłaszcza gdy mieszka się w mieszkaniu wynajmowanym lub kupionym na kredyt.

A szkoda, bo w odróżnieniu od współ-superplemieńców ("superplemieniem" Desmond Morris określa współczesne masowe społeczeństwo) byłbym sobie w stanie inne źródła bodźców potrzebnych, by nie popaść w gnuśność.

A może źle oceniam sytuację? Może po prostu, choć tego nie dostrzegam, żyję ponad stan i pracując i zarabiając w drugim świecie staram się naśladować styl życia obywateli pierwszego świata, co powoduje konieczność intensywniejszej pracy? Jeżeli tak, to rozwiązaniem byłoby zlikwidowanie tej rozbieżności.

* * *

Tak skomentowałem ten cytat, gdy go jesienią zeszłego roku przeczytałem w nielicznych chwilach wolnych od pracy. Po czym nastąpił rok bieżący i na skutek braku zleceń pracuję znacząco mniej. Przetrwałem ten okres, ale przede wszystkim dzięki zapasom zgromadzonym w czasie owego zeszłorocznego natłoku pracy, gdy prawie udało mi się mój debet zmniejszyć do czterocyfrowego, oraz ograniczeniu wydatków do absolutnego minimum. Choć więc z chęcią, gdy taki natłok znów zdarzy się tegoroczną jesienią (najwyraźniej pracuję sezonowo), sarkać będę na niego, nie mogąc doczekać się końca "zajebu w robocie", ale też świadom będę, że na to, by ilość pracy (a przez to i płacy) zmniejszyć, będę mógł sobie pozwolić dopiero, gdy odbuduję pozwalającą przetrwać następny taki okres bezrobocia poduszkę finansową.

Nie zmienia to faktu, że globalna gospodarka sprawiła, że w dzisiejszych czasach znacznie trudniej jest utrzymać się z pensji. Badając (powierzchownie) temat natrafiłem ostatnio w sieci na wykres "słoniowej trąby", który pokazuje, że klasie średniej także w pierwszym świecie coraz trudniej utrzymać dotychczasowey poziom życia bez dodatkowej pracy. Trend ten będzie się jeszcze pogłębiał, zwłaszcza, gdy do pracy w kolejnych branżach będzie dało się zaprząc komputery. Bardzo niewykluczone, że Desmond Morris mógł napisać swe słowa pół wieku temu, ale dziś nie sformułowałby ich nijak, nadal będąc przedstawicielem klasy średniej bogatego państwa Zachodu.

Czy istnieje jakieś rozwiązanie tej kwestii? Tu i ówdzie myśli się o wprowadzeniu "basic income", pensji wypłacanej za sam fakt bycie obywatelem danego państwa, pozwalającej w nim przeżyć miesiąc, choć bez luksusów. Czy się to przyjmie, czy też będzie zbyt dużym obciążeniem dla budżetów państw - to się dopiero okaże. Pewnym jest jedynie to, że ten trend będzie się pogłębiał i wcześniej czy później ten problem trzeba będzie rozwiązać, nim rozwiąże się sam, tak jak to czynił w historii - rewolucją, wojną lub nawet upadkiem cywilizacji.

14:37, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 września 2016

- (...) Niestety, w tym przeklętym kraju rzadko cokolwiek bywa wolne od konotacji politycznych, a ta sprawa nie jest wyjątkiem. Bunt trwa, niekiedy tli się, innym razem wybucha, i nie możemy pominąć żadnej sposobności do okazania, jak mocna i nieugięta jest nasza władza. Z tego powodu prokurator nakazał, by wykonanie wyroku przybrało wzorcowy charakter. Oznacza to, że nie możemy zadowolić się ścięciem głowy, które jest metodą czystą, szybką i dyskretną, lecz musimy zastosować ukrzyżowanie. Problem polega na tym, że miasto nie dysponuje żadnym krzyżem, a tak się niefortunnie składa, że cieślą jest nie kto inny jak przestępca skazany na śmierć.
[Eduardo Mendoza, "Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa"]

Zwróciły mą uwagę te słowa, wypowiedziane przez rzymskiego trybuna Apiusza Pulkrucjusza, bo wspomniany cieśla jest znanym skądinąd Józefem, synem Jakuba, syna Matana, syna Eleazara, syna Eliuda, syna Achima, syna Sadoka, syna Azora, syna Eljakima, syna Abijuda, syna Zorobabela, syna Salatiela, syna Jechoniasza, syna Jozjasza, syna Amona, syna Manassesa, syna Ezachiasza, syna Achaza, syna Joatama, syna Ozjasza, syna Jorama, syna Jozafata, syna Azafa, syna Abiasza, syna Roboama, syna Salomona, syna Uriasza, syna króla Dawida, syna Jessego, syna Jobeda, syna Booza, syna Salmona, syna Naasona, syna Aminadaba, syna Arama, syna Ezrona, syna Faresa, syna Judy, syna Jakuba, syna Izaaka, syna Abrahama (Mt 1, 2-16), ojcem (przynajmniej prawnym; na temat ojcostwa biologicznego toczy się od dwóch tysięcy lat debata) Jezusa. Ten fakt dość szybko wypływa w toku fabuły książki.

Pamiętam, jak niecałe dwie dekady temu (zimą 97/98, prawdopodobnie w pierwszej połowie lutego '98) zwróciliśmy z Niemałym i Nieogolonym naszą uwagę na to zagadnienie, choć tyczyło raczej owego (przybranego) syna Józefa. Skoro był synem cieśli, to musiał uczyć się w młodości fachu ojca. Do fachu ojca należało też, jak to zauważa Apiusz Pulkrucjusz, budowanie krzyży na egzekucje. Ten ciąg rozumowanie doprowadził w dyskusji do puenty: "Kto krzyże buduje, od krzyża ginie".

Mało kto jednak chyba w naszym kraju gęsto obstawionym krzyżami zwrócił na to uwagę. Na opisanie takiej sytuacji powstał w języku polskim bowiem frazeologizm nie związany z bohaterami tej powieści - "sam ukręcił sobie stryczek".

Tagi: Rzym
11:09, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 września 2016

Umysł kształtuje swe nawyki, a one z kolei nadają postać ciału. Ten, kto całe życie spędził w siodle, chodzi na krzywych nogach, a marynarz rozstawia szeroko stopy nawet na najpewniejszym gruncie. Kobiety lubiące pociągać się za loki z czasem uczą się siedzieć z przechyloną głową. Niektórzy skłonni do zamartwiania się ludzi zgrzytają zębami, aż po latach mięśnie ich szczęk się wzmacniają, a trzonowce zmieniają w gładkie wyrostki, pozbawione koron i guzków.
[Steven Erikson, "Pył snów. Wymarsz"]

Ano właśnie. Rozważam właśnie tę kwestię, bo w ramach przeprowadzki mam okazję zmienić swe nawyki. Od życia w poprzednim miejscu zamieszkania i mego dotychczasowego trybu życia boli mnie gdzieniegdzie ciało - na przykład od czasu, gdy byłem w wieku chrystusowym regularnie boli mnie w krzyżu. Na pewno moja codzienna postawa przed komputerem na niewygodnym krześle też dała się memu kręgosłupowi we znaki. Etc, etc.

Mam teraz okazję, by te nawyki zmienić. Zmiana taka następuje zazwyczaj nieświadomie, ale zwróciwszy na nią swą uwagę, mogę wpłynąć na rozwój mych nowych codziennych rytuałów. A zmianą tą mogę wpłynąć pozytywnie na swe starzejące się ciało.

Na pewno jest to możliwe, bo udało mi się pozbyć bólów ramion, których nabawiłem się przez lata noszenia na ramieniu zbytnio obciążonej torby. Gdy uświadomiłem sobie przyczyny (było ich kilka) mego asymetrycznego bólu, zabrałem się za zmianę nawyków: ekran monitora ustawiłem na wprost siebie, a obciążoną torbę wpierw przez kilkanaście tygodni nosiłem na drugim ramieniu "odchylając wahadło w drugą stronę", a potem zacząłem używać plecaka. I po kilku miesiącach ból zniknął - nadal czasem czuję fizyczny dyskomfort w okolicy barków, ale nieporównywalnie słabszy i znacząco rzadziej niż kilka lat temu.

Do tej pory udało mi się skłonić się do cowieczornych ćwiczeń rozciągających na świeżym powietrzu, trochę też powykrzywiałem swe nogi. Wciąż jednak wydaje mi się, że to za mało, by w szybkim tempie zlikwidować skutki mej wieloletniej niewłaściwej postawy. Przede wszystkim, podejrzewam, by poprawić stan mego ciała, powinienem znacząco ograniczyć czas spędzany w pozycji siedzącej przed komputerem. A na to mój umysł jeszcze zgodzić się nie chce.

09:19, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 września 2016

Nienawiść do kotów to tylko jeden krok do antysemityzmu.
[Philip K. Dick, "Oko na niebie"]

Ciekawe to porównanie, ale zdaje mi się dobitnie nieprawdziwym.

Po pierwsze dlatego, że istnieje strona naziswithcats.tumblr.com (to była pierwsza fraza, która przyszła mi do głowy, by udowodnić nieprawdziwość tezy), która dobitnie ukazuje, że można uwielbiać koty i nadal być antysemitą.

Po drugie zaś dlatego, że - jak wynika z artykułu Joshuy Schwartza - "More extreme anti-cat attitudes remained prominent in certain Jewish circles as well". Dalej podaje on przykład rabbiego Rava, który orzekł, że wszystkie koty powinny zostać zabite (Bavli Bava Kama 801-b). Trudno uznać rabbiego za antysemitę, a kotów najwyraźniej nie cierpiał.

Skoro więc ani miłość do kotów nie chroni przed antysemityzmem, ani nienawiść do sierściuchów nie sprawia, że się nagle staje antysemitą, zdanie Philipa Dicka, choć ładnie brzmiące, uznaję za fałszywe.

11:22, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 września 2016

Boberki wypływały nam na spotkanie, piszcząc głośno i wyciągając uciesznie łapki ku nam. (...) Zawsze też dostawały jakiś przysmaczek, który zjadały w wodzie, głośno mlaskając i nie przestając piszczeć. (...) Gdyśmy je wciągali za ogon przez burtę, wdrapywały się nam na kolana, ciesząc się głośno i dokazując. To prawda, że poczęstunek przyczyniał się znakomicie do podniesienia ciepła powitania, ale... pokażcie mi, proszę, człowieka, który nie będzie serdeczniejszy, gdy go posadzicie za stołem!
[Grey Owl, "Pielgrzymi puszczy"]

Proszę bardzo - Nieogolony, który nierzadko utyskuje na sławną polską gościnność, która każe każdego gościa posadzić za stołem i kazać mu jeść do oporu.

Ja sam też nie przepadam za zaproszeniami do stołu. Jestem bowiem nad wyraz wybredny i zakładam a priori, że w posiłku, który mi jest proponowany, będzie znajdował się jakiś składnik z długiej listy rzeczy, których nie jem (grzyby, pomidory, gotowana cebula lub kapusta, galarety, galaretki i inne rzeczy o podobnej konstystencji, szarlotka, torty z nadzieniem, dżemy, wątróbka i wiele innych zup, mięs, sałatek i dodatków, a nawet soków i kompotów) i odmawiam zawczasu, tłumacząc się, że "już jadłem" albo "boli mnie brzuch", aby uniknąć długiej i krępującej mnie rozmowy, dlaczego odmawiam zjedzenia dania, w którego przyrządzenie pani domu włożyła tyle pracy.

(Z tymi tłumaczeniami mam związaną anegdotę: gdy przeszło dwie dekady temu nie miałem w domu komputera spełniającego wymagań ówczesnych gier i chodziłem grać do kolegów, trafiłem raz do U., by pograć u niego w "Colonization". Jego rodziców nie było, był za to dziadek, który zaproponował mi obiad. Odmówiłem - nie po to przyjechałem na kilka ledwie godzin grania, by tracić pół godziny na jedzenie, co więcej - obawiałem się tego, co w tym posiłku może się znaleźć. Ponieważ argument "już jadłem" odpadał, bo siedziałem już tam co najmniej dwie godziny, postanowiłem wyłgać się bolącym brzuchem. "Aaa!" - powiedział dziadek - "Mam na to lekarstwo!", po czym wyjął z kieszeni piersiówkę i nadał mi do pustego kubka whisky (potem się dowiedziałem, że 12-letniego "Johnny Walkera"), gdzieś tak na półtora palca, nie bacząc na to, że byłem niepełnoletni. Co robić - wziąłem kubek i wypiłem. U. mówił mi potem (i powtarzał przez kolejne lata), że wtedy jedyny raz w życiu widział wyraz zdumienia na twarzy swego dziadka - gdy na jego oczach 16-latek wypił whisky jak sok, jednym łykiem i bez skrzywienia.

Ostatecznie musiałem zjeść ten obiad. Na szczęście był to pieczony indyk z kartoflami, którego wchłonąłem w parę minut i natychmiast wróciłem do zabijania Indian i Francuzów.)

Myślę, że inne wybredne osoby mogą mieć podobne odczucia i wcale nie cieszyć się w naszych dzisiejszych, przepełnionych nadmiarem żywności, czasach z zaproszenia do stołu. Tym bardziej osoby stroniące od jedzenia, jak Nieogolony. A także, myślę sobie, asceci. I spora część pań na diecie. Robi się z tego całkiem długa lista...

23:35, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 września 2016

Wielu członków superplemienia potrafi się rozładować, obserwując w telewizji lub w kinie, jak inni zabijają rozmaitych łajdaków. Fakt, że w społecznościach, gdzie panuje wysoki stopień podporządkowania lub represji, lokalne kina wyświetlają wyjątkowo dużo filmów obrazujących przemoc, ma swoją wymowę. Właściwie można by wykazać, że fikcyjna przemoc oddziałuje na widzów proporcjonalnie do stopnia frustracji związanej z dominacją, jakiej doznają w rzeczywistości.

Ponieważ wszystkie wielkie superplemiona w wysokim stopniu dotknięte są tego typu frustracją, uczestnictwo w fikcyjnej przemocy jest zjawiskiem powszechnym. (...) Dokładna analiza programów nadawanych w rejonie Nowego Jorku w roku 1954 ujawniła, że tylko w jednym tygodniu pokazano nie mniej niż 6800 aktów agresji.
[Desmond Morris, "Ludzkie zoo"]

Za młody jestem, by pamiętać dyskusje o przemocy w filmach ("w moich czasach" dyskusja ta już była dawno rozstrzygnięta karierami Arnolda Schwarzeneggera, Sylvestra Stallone'a i im podobnych), ale dobrze pamiętam dyskusje o przemocy w grach komputerowych. I stoi powyższa teza w zupełnej sprzeczności z głoszonymi na łamach mediów od lat (pamiętam je z połowy lat 90-tych) apelami przeciwko niej. Wszystkie te "Doom'y", "Carmageddon'y", "Mortal Kombaty" i nawet poczciwy "Franko" (wcześniej niezliczone strzelanki, a później "Grand Theft Auto") miały z graczy uczynić żądne prawdziwej ludzkiej krwi bestie, a w każdym morderstwie popełnionym "na Zachodzie" przez młodocianego prasa doszukiwała się kontaktu z brutalnymi grami komputerowymi. I oczywiście znajdowała, bo praktycznie każdy nastolatek grał wtedy w takie gry.

Z czasem, gdy dziennikarzami stali się młodociani gracze, zaczęto zwracać uwagę na realność przedstawiania brutalnych zachowań. "To już nie są czerwone piksele, teraz grafika jest realistyczna niczym film", rzucali domorośli psychologowie, tłumaczący czemu chociaż sami dużo grali jako dzieci, swym dzieciom ma to nie pozwolą.

(Po prawdzie nieco racji przeciwnicy gier mieli. Tak szkoli się współczesnych żołnierzy, o czym przewlekle opowiadał mój ulubiony Brytyjczyk. Większość ludzi zawaha się nim strzeli do człowieka lub postaci człekokształtnej, poza tymi, którzy uczą się strzelać w takie cele zanim świadomość zdąży je zidentyfikować. A to mogą czynić z umysłem gracza gry niekoniecznie realistyczne, ale wymagające błyskawicznego strzelenia do wroga. Niestety - albo na szczęście - by ten efekt miał jakiś praktyczny wymiar, należałoby do wroga celować nie myszką ani klawiaturą, a plastikowym pistoletem. Miałem taką zabawkę - choć strzelało się do dużych białych kwadratów, a nie do ludzi - około 1985-1986 roku, ale jakoś nie przyjęła się ona, eliminując możliwość wyszkolenia sobie efektywnych żołnierzy.)

A tu, jak pisał Desmond Morris, zachodzi odwrotne reakcja: dzięki grom młodzież "spuszcza parę" i nie musi się wdawać w agresywne zachowania "w realu". Zwiększenie realności gier w niczym tej tendencji nie przeszkadza, a nawet ją może intensyfikować. Jacek Dukaj w jednej z pierwszych scen "Króla Bólu" (ISBN: 978-83-08-04537-4) opisuje, jak otumaniony farmakologicznie Paweł Kostrzewa przysłuchuje się slangowej rozmowie "dwóch bysiów w ciężkich szarawarach" obok niego. Może błędnie, ale odczytuję tą slangową przemowę jako zrezygnowanie z przemocy fizycznej ("To może tego? (I grzebią w kieszeniach przepastnych).") na rzecz przemocy w grach ("Tyyy, zobacz licho. Dwójka wyszła! Myślałem, że tylko demo. A! Już jest, noże, flaki, cipy, wsio.")

Filmy młodzieżowe (PG-13) też w obfitują w akty agresji (i wybuchy), ostatnimi laty "podkręcone do 11" i przez to momentami absurdalne i już nie realistyczne.

Zastanawiam się, czy obecny wzrost zachowań agresywnych wśród polskiej młodzieży (i przez to ich zainteresowania oddziałami paramilitarnymi lub osiedlowymi "patriotycznymi trójkami społecznymi" ) nie wynika po części z tego, że obecnie granie stało się drogie. Komputer w domu ma każdy (co łatwo stwierdzić, patrząc na poziom komentarzy w niektórych zakątkach Internetu), ale współczesne gry wychodzą przede wszystkim na konsole, które są drogim i już bardziej zbędnym wydatkiem. Nawet komputer do grania musi mieć parametry znacznie większe niż minimum wystarczające do obsługi sieci, programu graficznego i Worda czy Excela.

Ponadto w szczęśliwych latach 90-tych na giełdzie dało się kupić grę "za dychę", a później skopiować ją dla połowy klasy, podczas gdy teraz nowe gry na konsole kosztować potrafią ponad dziesięć razy tyle (gdy na PC chodzą po mniej legalnej części sieci zupełnie gratis, nie licząc gromady wirusów). Może więc z tego powodu coraz więcej młodzieży krąży wieczorami po ulicach swych osiedli zamiast spokojnie i bezpiecznie odstresować się strzelając do terrorystów, nazistów czy ufoków.

12:38, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 sierpnia 2016

Obok innowacyjny projekt budy na dziecko. Dwupiętrowy domek ze sklejki, z legowiskiem na górnym poziomie i miejscem do pracy na dole. Autor tej koncepcji najwyraźniej nigdy nie widział dziecka, więc uwierzył, że aktywność sześciolatka można skoncentrować na trzech metrach kwadratowych, podczas gdy dookoła zapanuje niezmącony spokój. Przy tym eksponacie zatrzymaliśmy się z żoną na dłużej. Patrzyliśmy z rozmarzeniem.
[Marcin Wicha, "Jak przestałem kochać design"]

Przypomniał mi się ten wspaniały cytat, bo akurat posiadam sześcioletnie dziecko i jestem w trakcie przeprowadzki do lokalu o mniej więcej dwukrotnie większym metrażu. Dzieci (oba, sześcio- i czteroletnie) dostały pokój wielkości poprzedniego dużego pokoju, ponad pięciokrotnie większy niż obszar założony przez projektanta "budy na dziecko". W pokoju są łóżka, szafy, szafki i małe biurko, ale i tak obszar przeznaczony do zabawy w przeliczeniu na jedno dziecko jest niemal dwukrotnie większy niż owe 3m2. Mimo tego dziecięce zabawki zagracają sporą część podłogi w nowym dużym pokoju. Jedyna różnica jest taka, że w nowym, większym lokum, znacząco łatwiej jest znaleźć trakt wiodący między zabawkami poukładanymi w różne scenki rodzajowe oraz ułożonymi puzzlami. Nie trzeba już stawiać kroków jak bocian, uważając by nie nadepnąć na żadną plastikową zabawkę, która mogłaby złamać się pod stopą, wywołując hałas, fizyczny ból w stopie i egzystencjalny ból u dziecka, dla którego w tym momencie stała się najważniejsza, choć bawił się nią w ciągu dnia tylko pół minuty.

Zaiste, projektant nigdy chyba nie widział sześciolatka z bliska. Zważywszy na polski rynek pracy, umowy śmieciowe i wysokość pensji, jest spora szansa, że nigdy nie będzie miał takiej okazji. Ale jego projekty będą ładnie prezentować się na wystawach.

Podobne uwagi, jak autor do "budy dla dziecka", miałem oglądając wszelkie fantastyczne patenty, jak zwiększyć przestrzeń mieszkalną w małym mieszkaniu. Opierały się one na systemie przesuwnych regało-ścian na szynach. Wyglądało to fantastycznie, ale mając dzieci - nie potrzeba sześciolatka, wystarczy półtoraroczniak - już oczami wyobraźni widziałem, jak cały system trafia szlag, gdy szyny zablokuje zagubiony klocek. Ale na ekranie, w mieszkaniu singla, obserwowało się to z wielką przyjemnością.

13:25, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2016

- Tyś rzymski katolik? - zapytał ostro sierżant.

- Nie, proszę pana, ani też żaden inny. Jestem generalizatorem w rzeczach religii i nigdy nie naprzykrzam się temu, co mnie się nie naprzykrza.

- Hm, generalizator... Ani chybi to jedna z tych nowych sekt, będących utrapieniem kraju – mruknął Dunham, którego dziadek był kwakrem z New Jersey, ojciec prezbiterianinem, on sam zaś został anglikaninem po zaciągnięciu się do wojska.
[James Fenimore Cooper, "Tropiciel Śladów"]

Zabierając się za lekturę Coopera, klasyki opowieści o Dzikim Zachodzie, nie spodziewałem się humoru. Wiedziałem, że będą opisy majestatycznej przygody, dzielni i prawi bohaterowie, przygody i niebezpieczeństwa oraz happy end na końcu. Po niedawnej lekturze innej jego książki ("Jezioro Śmierci. Młody Orzeł" (brak ISBN), wspomnianej w notce o przydomkach), która dokładnie spełniła te wyobrażenia, wiedziałem też, że pojawią się podstępni i nikczemni Mingowie. Ale humoru się nijak dopatrzyć nie mogłem - aż tu nagle trafił się powyższy cytat.

Sam, jak wspomniałem, mam nieco zagmatwane podejście do wyznawanej religii. Określenie "generalizator", którym określił się sternik "Chwista", jest urocze, ale nie wiem, czy pasuje do mnie. Ja raczej jestem "selekcjonizatorem", wybierając sobie z religii to, co pasuje do mej natury i odrzucając to, co nie (po angielsku określa się to terminem "cherry-picking", ale braknie na to dobrego polskiego odpowiednika). Z drugiej strony, inkorporuję tezy i poglądy z religii nie tylko wyrosłych z judeochrześcijańskiego pnia, jak czynił to sternik (chyba, że podzielał też indiańskie wierzenia), bardziej więc od niego "generalizuję".

W pełni podpiszę (i to obiema rękami) się zaś pod tezą o wzajemnym nie naprzykrzaniu się religijnym (i ogólnie, światopogladowym). Może więc jednak mogę zacząć się określać jako religijny generalizator?

Tagi: Indianie
17:49, nieuczesany23
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
| < Październik 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA