Blog > Komentarze do wpisu

83-00-00000-0 (17)

Nazajutrz po bankiecie wydanym na cześć braci Tharaud, któremu przewodniczył Maurice Barrès, "Apollinaire zrobił nam mały wykład i wcale nie żartował. Doprawdy, on i jego przyjaciele zbyt mało pracują! Co znaczą te krótkie wiersze, te opowiadania, te dziennikarskie artykuły? Jesteśmy pokoleniem świstków papieru! Powtarzał: otóż to, pokoleniem świstków papieru! Najwyższy czas zabrać się do solidnego dzieła!... I przemożna chęć pracy ogarnęła natychmiast André Billy i René Dalize'a. Zelektryzowani słowami Apollinaire'a, postanowili zerwać, podobnie jak on, z dotychczasowym niedbalstwem. Dość spania! Do roboty! To wtedy właśnie, ażeby wytrwać w zamierzeniu, rozpoczęli oni swoje słynne seanse współzawodnictwa... I wiemy, jak się to skończyło: zrezygnowali po dwóch próbach w mieszkaniu Apollinaire'a".
[posłowie Artura Międzyrzeckiego, z cytatem ze wspomnień Luizy Faure-Favier, w: Guillaume Apollinaire, "Poeta zamordowany]

Patrzę na te wspomnienia sprzed wieku i mimo nich wciąż jestem pełen podziwu dla ówczesnych młodocianych artystów. Choćby i sami uznawali się za "pokolenie świstków papieru", to i tak pisali wiersze, powieści, czy malowali obrazy. Choćby narzekali na swe nieróbstwo, to wiele ich twórczości powstało i do naszych czasów przetrwało (poza Kolumną Kurta Schwittersa, jej się nie udało i to kilka razy).

Patrzę na te wspomnienia mając w głowie i własne spostrzeżenia, że jesteśmy pokoleniem 140 znaków na Twitterze, notki na blogu, gdy 140 znaków nie wystarcza i śmiesznego obrazka z podpisem, gdy lepiej niż słowa oddaje on nasze zdanie. Po stu latach jesteśmy więc pokoleniem e-świstka papieru (świstka e-papieru?) i te nasze twory są nad wyraz nietrwałe, a i zniknąć mogą w każdej chwili, choćby wraz z serwerem lub całą siecią.

Patrzę też na te wspomnienia mając w głowie własne, odnośnie grupowej pracy. Może to dlatego, że jestem raczej introwertykiem i w środowisku introwertyków raczej się obracam, ale wciąż pamiętam me przemyślenie po próbie wspólnej nauki:

"W sumie z nauką z kumplami z klasy to tak jak ze sraniem artystycznym: niby piękna idea, a zawsze wychodzi z tego gówno." [okolice 12 maja 1997]

I podobnie, podejrzewam, może być w moim przypadku - i nie tylko moim - podczas pracy twórczej. O ile kontakty między twórcami są przydatne i mogą być nad wyraz rozwijające, o tyle sam proces twórczy zwykle bywa indywidualny i inne osoby starające się w nim uczestniczyć mogą jedynie wyrzucić twórcę z optymalnego stanu flow.

Nawet w kooperatywach i projektach grupowych często się ten podział zauważa. Pamiętam anegdotki o spotkania Monty Pythonów i często padało tam, że jakiś skecz był "czyjś" - Erica, Micheala, Grahama, Terry'ego, czy Johna lub jakiegoś duetu i dopiero wspólnie się go dopracowywało, a później wspólnie robiło. Część z wymyślonych skeczy nie przechodziła sita zespołowego i zostawała - ku niezadowoleniu pomysłodawcy - odrzucana.

(Jakkolwiek tam akurat, trzeba przyznać, poza pracą indywidualną, częste bywały też twory duetów. Sytuacja więc nie do końca się zgadza - ale też Guillaume Apollinaire wraz z André Billym i René Dalize'em nie stanowili duetu, a tercet. A troje, jak wiadomo, to już tłok.)

Jak więc pokazują przykłady, praca grupowa bywa problematyczna. Z drugiej strony, kontakty bywają rozwijające i potrafią być kreatywne. Gdzieś tu więc trzeba znaleźć, specyficzny dla siebie, złoty środek. Mnie się nie udało, przeskoczyłem z jednego krańca w drugi i po latach spędzonych ze Stowarzyszeniem Nielotów na próbie stworzenia czegoś wspólnie (z czego udał się jedynie scenariusz filmu "Klewki") oddaliłem się dawno temu do swej skomputeryzowanej samotni. I nie udało mi się przez ten czas stworzyć niczego, czego za moim ulubionym zagranicznym poetą nie mógłbym określić masą "świstków papieru".

W odróżnieniu jednak od ówczesnych, których świstki przynajmniej były drukowane, a gdy drukowane zostały - bywały czytane, moje są jedynie strumieniami bitów w otchłani Internetu, gdzie pomiędzy milionami podobnych zlepków nikt zbytnio nie ma czasu ich szukać. Gdyby nawet udało mi się jakieś z tych zlepków słów przełożyć na papier drukowany, nadal ginęłyby w księgarniach przepełnionych tytułami. Taki urok czasów nadpodaży kultury - im łatwiej można coś wydać, tym trudniej będzie znaleźć czytelnika, który spośród wszystkich tych możliwych tytułów wybierze nasz. Zwłaszcza, że dzisiaj o czas wolny książki konkurują z filmami - i sromotnie przegrywają. Mój ulubiony polski poeta mógł mieć kilkadziesiąt lat temu nadzieję, że coś z jego twórczości po nim zostanie:

Kiedy przepływać będę Letę,
Zostawię massa tabulettae
Nie ja ostatni i nie pierwszy,
Może tych kilka wierszy...?
["Rachunek aptekarski, w: Jonasz Kofta, "Moja paranoja"]

Dzisiejsi poeci (a zwłaszcza e-poeci) chyba już takowej nie mają. Blogerzy i twitterowicze tym bardziej.

czwartek, 24 grudnia 2015, nieuczesany23

Polecane wpisy

  • 83-00-00000-0 (24)

    - Ty też jesteś świetnym wynalazcą. Znasz się na mechanice i elektronice. Co do mnie, nie mam pojęcia o tych rzeczach. Nawet w grach komputerowych ciągle nie wi

  • 978-83-64437-24-3

    Proces ten [akumulacji kapitału u najbogatszej warstwy społeczeństwa – przyp.red.] nie dokonywał się jednak w społecznej próżni. Dlatego, patrząc na wykre

  • 83-08-01655-3 (8)

    Przed zaśnięciem "kawałek" Lechonia: "Podobno (tak mi mówił kiedyś Staś Wasylewski) Mickiewicz był sadystą i tak bił żonę, że aż zwariowała. Podobno (to samo źr

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA