Blog > Komentarze do wpisu

83-7311-238-3 (2)

Co daje już sto siedemdziesiąt dwa dolary. Facet taki jak Shellnutt oczywiście powiedziałby: "sto siedemdziesiąt dwa, wielkie mi co" - jednak dla Peepgassa oznaczało to kolejne potknięcie podczas wspinaczki na ścianę przerażająco wysokiego urwiska, ścianę, której i tak trzymał się ostatkiem sił. Obecnie Peepgass miał dwadzieścia dwie różne karty VISA, ale w przypadku dziewiętnastu doszedł już do ostatecznej wysokości udzielanego kredytu. Jedyna nadzieja, że pocztą przybędą nowe formularze zgłoszeniowe, rozsyłane w ramach promocji dla zainteresowanych kartą VISA – otrzymywał przynajmniej dwie takie propozycje miesięcznie – co zawsze choć trochę wydłuży linę asekuracyjną. Problem polegał na tym, że nie był w stanie obsłużyć spłaty nawet samych tylko comiesięcznych odsetek. Musiał nieustannie przekazywać czeki między PlaniBankiem, SouthBankiem, BancCharterem i BancoHijoChico, gdzie również miał konta, aby zachować choć połowiczną płynność w regulowaniu należności z rachunków VISA. Jedna z kart, jak zauważył, została wydana przez bank o nazwie JoshuaTree Federal w Tempe, w stanie Arizona. Dużo łatwiej – choć było to absurdalne – przychodziło mu robić interesy z szaleńcami z pustynnego pueblo niż z licznymi bankami w Delaware, których karty również posiadał.
[Tom Wolfe, "Facet z zasadami"]

Gdy czytałem książkę Toma Wolfe'a we wrześniu dwa lata temu i trafiłem na ten fragment, natychmiast przypomniała mi się wczesna wiosna owego roku. Następnej wczesnej wiosny dla odmiany przypomniał mi się ten fragment. A ponownie przyszedł mi na myśl kilka tygodni temu.

Tak się bowiem zdarza, że w pierwszych miesiącach roku miewam znaczący deficyt budżetowy. W mej obecnej pracy, tak samo jak w poprzedniej, zima jest okresem zastoju, co przekłada się na niższe zarobki. Dla absolutnego braku równowagi okres ten jest dla mnie okresem wzmożonych wydatków: co trzeci styczeń przychodzi mi płacić absurdalnie wysokie ubezpieczenie niskiego wkładu mojego kredytu, w lutym trzeba opłacić ubezpieczenie auta, a w marcu - wykonać obowiązkowy przegląd. To wszystko sprawia, że zanim wiosenne zlecenia nie doprowadzą do stanu w którym przychody przekraczają odchody, pogrążam się coraz głębiej w swym debecie.

Debet ten towarzyszy mi od lat, odkąd tylko postanowiłem kupić sobie mieszkanie. Jego pierwotną przyczyną były dodatkowe opłaty związane z zakupem (prowizja agencji mieszkaniowa, podatek, notariusz, ubezpieczenie niskiego wkładu, etc.), potem pogłębiły go konieczne zakupy oporządzenia do mieszkania, później pojawienie się dzieci i konieczne przemeblowania, wreszcie zakup i naprawy auta.

Debet ten jest samonapędzającym się mechanizmem - na skutek odsetków oraz obowiązkowych opłat związanych z kartami debetowymi rozrasta się o koszta własnego utrzymania. Przy jego obecnym poziomie kwoty te są już zauważalne: w ciągu roku obsługa mym usług bankowych kosztuje mnie ponad 4 tysiące złotych, nie wliczając w to rat kredytu. Nawet odliczając z tego (tylko niby czemu?) koszty ubezpieczeń ww. kredytu, pozostaje nadal kwota w przybliżeniu równa średniej krajowej pensji netto. Same odsetki od ciągłego debetu wynoszą niemal tysiąc osiemset złotych rocznie. Średnio daje to 150 złotych każdego miesiąca i czasem jest to dokładnie to 150 złotych, których mi brakuje, by miesiąc zakończyć nie pogłębiając wysokości mego zadłużenia..

Trwałość tego stanu nieco mnie zdumiewa. To nie jest tak, że żyję ponad stan: mieszkam w klitce w bloku wziętej na kredyt we frankach, jeżdżę dziesięcioletnim autem, zakupy robię w Lidlu i Biedronce, imprezuję raz w tygodniu, najczęściej pijąc trzy zakupione w sklepie piwa, a na wakacje jeżdżę na Mazury. Zarabiam dla odmiany grubo powyżej średniej krajowej, w lepszych miesiącach nawet ponad jej dwukrotność. A mimo to od sześciu i pół roku debet jest mym codziennym towarzyszem, wciąż i wciąż rosnącym, bo letnio-jesienna jego redukcja nie nadąża za zimowo-wiosennym jego rozrostem.

(Pamiętam, że zwykłem pijać w mym ulubionym barze w pierwszy weekend miesiąca, gdy będąc już po wypłacie, a jeszcze przed spłatą raty kredytu, byłem "na finansowym plusie" i mogłem pić za pieniądze, a nie na kredyt (na karcie kredytowej, a nie w zeszycie barmana). Teraz w ów pierwszy weekend mój debet nie zmniejsza się nawet do kwoty czterocyfrowej - ale to po części dlatego, że wypłatę dostaję w dwóch, oddalonych od siebie o parę dni, ratach.)

Co roku więc na przednówku przychodziło mi wyskrobywać resztki z kart kredytowych, nierzadko w dniu wypłaty spłacając minimalną konieczną ich ratę, by po tygodniu lub dwu te pieniądze znowu wyjąć, hojnie szafując prowizją od pożyczki gotówkowej. W takich chwilach przyrównywałem mą sytuację finansową do okrętu podwodnego, który od dawna się nie wynurzył na powierzchnię, a teraz się zanurza do poziomu, w którym swym dnem żłobi już bruzdy w dnie akwenu. Nierzadko też stwierdzałem, że jeżeli ten kurs się utrzyma, za miesiąc czy dwa miesiące będę musiał ogłosić bankructwo. Na szczęście jednak przed tym terminem zawsze udawało mi się nieco od dna oddalić.

Nigdy nie dorobiłem się dwudziestu dwu kart, jak Peepgass, ale w chwilach, gdy żonglowałem resztkami pieniędzy między mymi trzema ogołoconymi do cna kartami, zazdrościłem ich jemu gorąco. W Polsce wciąż jednak nie ma - i raczej nie będzie - zwyczaju wysyłania kart kredytowych w promocji, a by zdobyć kolejną trzeba w banku przejść proces weryfikacyjny i sprawić wrażenie, że się jej wcale nie potrzebuje. Za to bank, w którym posiadam me obecne karty regularnie usiłuje namówić mnie na pożyczkę lub zwiększenie limitu debetu, doskonale zdając sobie sprawę, że moje rosnące zadłużenie jest dla niego doskonałą okazją do zarobku.

Na szczęście ostatnia zima była łagodna, przez co odbiła się nieco słabiej na mym portfelu i gdyby nie konieczna (i kosztowna) wizyta w warsztacie, zakończyłaby się tylko trzycyfrowym zwiększeniem debetu, a nawet mimo jej nie szorowałem w jej ciągu ani razu po dnie akwenu mych finansów. Teraz tylko pozostaje mi czekać na wiosenno-letnio-jesienny napływ pracy i liczyć, że na jesień, przed kolejną zimą, uda mi się zredukować debet do kwoty czterocyfrowej, pozostałą część mych możliwości debetowych traktując wtedy jako biedniejszą wersję poduszki finansowej.

poniedziałek, 25 maja 2015, nieuczesany23

Polecane wpisy

  • 83-00-00000-0 (24)

    - Ty też jesteś świetnym wynalazcą. Znasz się na mechanice i elektronice. Co do mnie, nie mam pojęcia o tych rzeczach. Nawet w grach komputerowych ciągle nie wi

  • 978-83-64437-24-3

    Proces ten [akumulacji kapitału u najbogatszej warstwy społeczeństwa – przyp.red.] nie dokonywał się jednak w społecznej próżni. Dlatego, patrząc na wykre

  • 83-08-01655-3 (8)

    Przed zaśnięciem "kawałek" Lechonia: "Podobno (tak mi mówił kiedyś Staś Wasylewski) Mickiewicz był sadystą i tak bił żonę, że aż zwariowała. Podobno (to samo źr

  EVEN MORE OF ME:

  NIEUCZESANY
  MYŚLI NIEUCZESANEGO
  NIEUCZESANY CZYTA
  NIEUCZESANY OGLĄDA
  NIEUCZESANY SŁUCHA